Miesiąc: Maj 2009

Środa, Wtorek

Chciałbym się.
Nie udawać przed samym sobą, jak bardzo urozmaicony jest ten czas, kiedy lustra pękają w pół rodząc siedem kotów na rozgrzanym dachu Twoich pleców. Pocałunki są brzydkie, rozczochrane i chaotyczne. Morduję samego siebie kolejnymi kilogramami smutku napierającego z każdej strony, łuk brwi jest przedbramą do duszy moich bogów uśmiechających się dymem od papierosów. (Mam brudne serce.)
Rozkrajam ten wtorek, drugą w nocy i wyrzuconą gazetę. Śniłaś mi się wspólnie z Nim, brązy były czerwone, a biały nie istniał. Nie mam ciszy, mam krzyk wciskający się w żebra.

Tak myślę.
Urodził się trzeci. Bardziej inny, niż ta pozostała dwójka wpleciona w faktury chodnika. Street Magic, połóż się sama, a ja Cię podniosę. W mieszkaniu siedzi Nuda, nad morzem subtelnie sztorm toczy fale po piasku, wpycham do ust czekoladki. Chyba się już nie zobaczymy, nie zdążymy – bo ja zaczynam rozumieć Tą Małą ze Stolicy, przeguby mam pełne różowości Jej głosu. Słucham Cię wirtualnie. Na czarnym fotelu, w niebieskich dzinsach i wszystko jest „Well Done”. Rozumiesz? Przecież tych chmur nigdy nie było.

Tak myślę.
Urodził się trzeci, Skurwysynie.
Nie potrafię Go jeszcze nazywać po imieniu, nie potrafię spojrzeć mu w oczy i dotknąć, tak żeby Go nie bolało. Mam na imię, a Ty? Od zawsze Tomasz powtarzał, żeby uważać na Świat, bo Świat jest jak niewygodny sweter – najpierw trzeba go trochę rozciągnąć, żeby dało się nosić z uśmiechem. (Tak myślę.) Perfumujesz się.

Tym porannym autobusem sprzed tygodnia, zaczepiasz mnie spojrzeniem, a ja utykam wychodząc. Chaos.

Cztery Dni

(Sieciowa nuda napisana wierzchem dłoni)

Na głosie zawieszam zmysł słyszenia, żeby potem docierały do mnie głosy wysokie i niskie pomieszane w jedno. Biurko zdobi czarno-biała kawa, telefon komórkowy i uniwersalny pilot działający nawet przy włączaniu pralki – ta pralka od zawsze była dziwna.
Jest zimno, chłód rozkłada się po kątach mieszkania wypędzając resztki tego ciepła wiosennego, co oknem wpadało spontanicznie. Za cztery dni znowu wsiądziemy w pociąg, znowu napijemy się wódki w małym pokoiku wielkiej artystki, znowu spotkamy tą milczącą kobietę i poprzytulamy głowy do szyby w napierdzianym przedziale, żeby zaraz potem wyjść do wc na papierosa. I krztusząc się tym kaszlem, jestem uśmiechnięty

Mucho moja!

Sobie.
Na rowerze, w autobusie i między drzewami szukając inspiracji na nową serię, która zawiśnie w mieście na K. Przypadkiem natrafiam na piękne uśmiechy, na subtelnie słodką głupotę i zieloną zapalniczkę w kieszeni, którą odpalam papierosy.
Spożywanie Sutter Home na plaży, piasek w podwiniętych nogawkach i czarny las po dwudziestej trzeciej – nie martwię się, jakoś nie odczuwam tej potrzeby.
Co u mnie słychać? Słychać Morze – najbardziej.

Martyna / Mam tyle słów…

Że mijam poszarpany budynek, pustą paczkę po Camelach, potem wygnieciony fotel i plastkiową wannę, która w dzieciństwa grała rolę baseniku u Reginy w ogrodzie.
Historia.
Z Nim i z Nią.
(Nie odkrywaj się, kiedy śpisz tylko dwie godziny – mówię)
Dzień płynie w stronę wieczoru u Katarzyny. Lubię pić wódkę w tym niebieskim pokoju, lubię biegać w nocy po placu zabawch i wlewać Em. do soku ocet twierdząc, że wcale tego nie zrobiłem.
Popsuły mi się kieszenie, oderwałem guziki z ulubionej bluzy i chodzę tylko w niewyprasowanych koszulkach, które bywają bardziej plastyczne niż te po spotkaniu z żelazkiem.