Miesiąc: Lipiec 2009

Kruchość

I popsuli mi marzenie.
Wśród zielonych koron drzewa dębowego stał piętrowy budynek, który swoją dziwacznością i procentową przeszłością idealnie wpasował się w moją głowę jako siedmiopokojowe mieszkanie ze strychem, a w piwnicy studio – lalala.
I wcale mi nie przeszkadzał fakt iż dawno temu, w budynku owym przechowywano pijany ułamek narodu, który nie mogąc trafić do domu, trafiał tam właśnie w eskorcie umundurowanych na granatowo panów. I naprawić już się nie da, bo w rozsypce totalanej wszystko. (A tak mi się poplotło ładnie przed oczami kiedyś) Kurwa, no.

Koty

Obudziła mnie chęć wypicia kawy. Trzecia pięćdziesiąt osiem. Za uchylonym oknem szalaje wiatr. Miasto wydaje się spać.

Poprostość.
/Lepisz mi się do dłoni, ustami balony z porzeczkowej gumy do żucia i ograniczanie swoistości ciszy. Zasłucham się./

Od dwóch dni jest gorzej. Odzywa się gardło, tajemniczo powstający katar doprowadza do subtelengo szału, ręce nie mieszczą się w kieszeniach. Ósmego sierpnia Ich ślub.
Odzywa się we mnie współczucie, napuchnięcie uczuć gdzie kulminacyjnym momentem będzie wyziew płaczliwy, mokra siatkówka oka i górne rzęsy zlepione z dolnymi.
Dni wyglądają tak samo, ubrane z samego rana w kubki z kawą, bose stopy układające się w skrzyżowanie dotyków (Chyba nie jestem) i półsuche palce błądzące po czarnej klawiaturze. Nudzę się.

Małgorzata

… o wytrącaniu się z równowagi, ogólnie pojętego harmonogramu zajęć życiowych i namacalnym kurwamaćjapierdoliźmie, który towarzysząc mu w sferze zawodowej doprowadza do szału wszystkie komórki w odcieniach szarości.
Dużo milczy, chowa w siebie wszelkie trapiące uniedoskonalenia tkwiące w rzeczywistości, mamrocze pod nosem i uśmiecha się mimowolnie, trwając w przekonaniu swojej wyższości.

A jak już wybuchnę to zamorduję i zakopię gdzieś, gdzie nie znajdą.
Kawa, papierosy, radio i nowe cefałki w ilościach hurtowych (wstaw, wyślij).
Kurwię się w liście motywacyjnym („Jestem w stanie dostosować się do oczekiwań klienta, zapewniam pełną satysfakcję…”), utwierdzając swoje osobiste Ja, iż wcale nie porywam się z motyczką na słońce, że to czas najwyższy i tak dalej, które przeplatane z blablabla wpycham pomiędzy wykształcenie, a doświadczenie zawodowe. Tu i teraz.

Małgorzata

Wcale nie wstanę, w tym dziwnym dresie w pomarańczową kratkę zostanę przy tych nieodkrytych jeszcze pierścieniach siódmego nieba. Moja świadomość jest podatna na rozkojarzenie, zaprzątam sobie zwoje niepotrzebnymi drobiazgami i potem denerwuję się, że znowu nie wyszło.
Reflesky bywają plastyczne, układam je w twarze i budynki i czekam na te opisywane drżenia – skupiam się, i gdy już czuję jak robi się coraz chłodniej, wyciągam przed siebie ręcę, wchodzę w niebieską dziurę i uśmiecham się do swojego niewidzialnego przewodnika. Jest dziwnie, pięknie i warstwowo. Nie potrafiłbym nazwać wszystkich kolorów jakie widzę, wszystkich świateł i samej siły, która płynąc od lewej strony przekształca się w różowe chmury. Jestem, wtedy własnie. Otwieram się na ościerz i chłonę ustami całą Wiedzę, którą dane jest mi poznać. Mówią do Mnie Czwartym Imieniem i nazywają Stwórcą, bo przecież każdy Człowiek Nim jest o czym nigdy wcześniej nie pomyślałem. Przepieknie jest.

Bose Stopy

I deszcz (w ciepłych kałużach moczenie palców) na miękkiej podłodze, która kolorami jesieni jest. Medytuję przy QMR przytulony do drzewa, pisanie boli ostatnio. Wolałbym wyrażać się obrazami, wolałbym gdy ktoś zapyta pokazać mu niewerbalnie swój zakres kolorów, którymi potrafię się określić.

Damian

Próbuję sobie wyobrazić P. w tym namiocie i Jego koleżankę, która po pieprzeniu farbuje Mu włosy – i nie jestem w stanie nie śmiać się, bo oboje byli pijani.
P. ma krzywo nałożony Blond i wygląda jak męski odpowiednik Blachary Z Odzysku. Amen.

Swoje Kosmosy

(Chaos jest gdzieś na pewno rozkładając nogi czeka na spektakularne wejście pospolitych kurw nie umiejących nawet przeżegnać się w imię ojca syna i świadomości bo ducha świętego nie ma przecież i nigdy nie było)

Zostawię Sieć, pójdę nad Wodę, i złożywszy ręce w modlitwę za spokój całej nierzeczywistości WszechŚwiata Swojego oddam się słonym kroplom we włosach, na wargach i ramionach. Przeguby mojego miasta pełne są słońca, pomarańczowych oddechów i czerwonych truskawek. Napełniam się tym chaosem ulicznym, opierając się o chłodny metal Twoich oczu, odbijasz mi się w kałużach Kosmosu i pytasz o ten kilkudniowy syf w mieszkaniu, artystyczny nieład mojej twarzy i trzepoczące rzęsy niemych ptaków.
Czytam z tego światła.