Miesiąc: czerwiec 2010

Rozgardiasz

/Po środku martwy chłopiec wyciąga rekę w stronę ust.

I Fell Love.

Upał.
Gorąco.
Zimno.
I czas, który powinien leczyć rany Gdybania Wszędobylskiego. Zataczam się urokliwie, tworząc wokół siebie namacalny chłód zastępujący wszelkość objetą zieloną szelką, klamerką, zapinką. Uczę się lini uśmiechu, rąk, rysów rzęs i ptaków umiejętnie mieszkających tuż pod sklepieniem nieba rozłożonego w błękit. Zataczam się myślowo, utykając na wszystkie nogi (twoje) pocięte w gałęzie drzew, plaster ulicy równo ułożony opaloną dłonią, obrazy wiszące w oknach, wiatr, łzy.
Nie lubić wtorków, to tak jakby czesać się w każdą niedzielą – z błyskiem w oku do lustra krzywo przewieszonego przez ramię młodego boga. Uczę się uczyć. Życie, słowa, miłość (zbyt duże słowo na te czasy … ) – nie lubię płakania, płakania cudzego i obcego mi, bo nie do końca przekonany jestem nad racją tego wszystkiego. Głupia.

/Chaos rozsiadłwszy się na poplamionym fotelu, drąży dziurę w głowie w celach niekomercyjnych. Amen.

/Migawki. Budynek ze zdjęć wyburzają pierwszego lipca.

Ślady

Wieczory subtelne.
Przesypiam popołudnia ułożony lewą stroną do okna. W mieszkaniu ciszę przerywa jedynie Stephanie swoim zachrypniętym głosem budząc dreszcze na ciele.

/Umięśnienie chwili, zamykające się oczy i fragmenty konkubinatu podskórnie toczącego nierówną walkę ze społeczeństwem – chyba nie lubię aż tak bardzo wszystkiego udawać. Zaczynam się butnować przeciw sobie – i mam nadzieję, że wyjdzie mi to na dobre.

Idioci

(Idioci zapominają. )
Palarniane półszepty z nad kubka dorotowej kawy, za oknem przewijają się leniwo, mleczne chmury.
Dorota ma bardzo ładne oczy, myślę. I myślę też, że ma bardzo dużo racji z tym półtora roku wstecz – zasiedziałem się półprzytomnie, z ciemności wygrzebując ostatnie fragmenty tej całości mojej ułożonej kiedyś bardziej konstruktywnie, czy coś. I Coś tak jak kiedyś – popite dużą ilością kawy, przesiąknięte nicością na wskroś, obżarte i nie takie same jak wtedy. (Pierdolenie, powiesz..)
Człowiek się zmienia, myślę. Idioci zapominają.

Hel

Można mijać się w drzwiach i tworzyć przy okazji wszelkie filozofie dotyczące całego zajścia, wymyślać większe znaczenia, doszukiwać się symboli, przesłań.

(W takiej zwyczajnie pojętej codzienności dzieląc łóżko, pokój i łazienkę.)

Nierealne apopleksje / noce bezsenne

Czarne chmury nad miastem, wiatr między gałęziami i podkołdrowe uśmiechy.

I niech mnie biorą w nocy zamglone apopleksje, rozluźniające się samoistnie kąty szarych pokojów układające się pod kołdrą w złowrogo piętrzące się, nieme twarze.
/Złożenie następuje : samo, sobie i po prostu. Akty niesionego serca, dłoni, stóp – rosnę niczym Maria w delikatnej doniczce, jak kurwa mać moja droga i w ogóle.
I niech mnie biorą apopleksje nienazwane, rozłożone w sznur brudnej bielizny, ciasnych propozycji i wszechstronności. Wydaję z siebie jednostajny odgłos sera.
Nierealnie.
Swoiście drżąc, myślisz o tych wszystkich czekających zakrętach szeroko pojętego jutra.

/Lubię taką pogodę, kłęby szarych chmur tworzą realniejszy obraz świata, łatwiej się dopasować, wsadzić, współgrać i tworzyć te wszystkie artystyczne wyziewy mieszczące się w fotograficznej puszce.
Wyłączam się, wymyślam, rysuję przerywaną linią wszystkie małe sukcesy żeby móc potem połączyć je pogrubioną kreską.
Nadużywam ostatnio słowa „generalnie”.
Ściągam testy egzaminacyjne z poprzednich lat i dochodzę do wniosku, że nie są takie straszne. Może jakoś uda się prześlizgnąć z wymaganą ilością procentów, bo „generalnie” nie mam głowy do spółkowania z książkami.

„Babcia” Kasia

Babcia Kasia z Trzmielewa.
Nie jest moją babcią, ale na widok jej twarzy tytuł „Pani” w żaden sposób do Niej nie pasuje.
Babcia Kasia kradnie co popadnie. A to ciasto z talerza do kieszeni, szczoteczki do zębów, mydło.
Dlatego też nikt Babci Kasi nie wpuszcza do mieszkania.

/Dochodzę do wniosku, że pogoda dostaje pierdolca. A ja razem z nią. Jest tak goroąco, że polewamy sobie nawzajem głowę zimną wodą z dyspozytora. Jednorazowe polanie wystarcza na ok. dziesięć minut, potem lać trzeba znowu 🙂
W planach było subtelne gnicie nad brzegiem jeziora, ale popołudniowa burza na to nie pozwoliła.
Po za tym nie mogę wyjść z ostatnio zrobionych zdjęć. Foldery pękają w szwach, a nie posiadam czasu, ochoty i innych pochodnych i niezbędnych.

Dzień

(Niekontrolowane szumy) Deszcz, wiosenne burze rozpięte w niebie granatowym guzikiem.

Wymyślam sobie ludzi, tworzę w głowie każdą literę naszych rozmów i trwam w fałszywym przeświadczeniu, że samo się wszystko zrobi. Generalnie nie ma siły, jest tona prac zaliczeniowych, foldery ze zdjęciami i egzaminy zawodowe. I chęci też nie ma.