Miesiąc: Lipiec 2010

Kwintesencje

Poniekąd.
Nieprzypadkowe rozmowy z przypadkowymi kobietami. Całe mnóstwo bezdomnych kotów, cegłówek i szmat intymnych rozwieszonych na drewnianych drzwiach garażu. Jestem dziś higroskopijny ciut. I te wszelkie samochodowe kwintesencje powstałe jakoś na skutek czy coś, gdzieś.
No to dobranoc 🙂

Mucho-karłątek

(Mam dosyć ciągłości tych przypadków tkwiących w człowieku. Wolałbym być czasownikiem i działać konstruktywniej niż dotychczas. Nie potrafię zebrać się w sobie, nie mam motywacji – wszak dni wydają się być takie same, identyczne.)

Co się dzieje, kiedy wypalasz się mentalnie? Kiedy czas wydaje Ci się osowiały, kiedy Dni przytłumione w sposób namacalny w żaden sposób nie potrafią rozjaśnić tej deliaktnej poświaty beznadzieji, w której tkwisz czas jakiś? Kiedy codzienne dzielenie wspólnego uśmiechu, ciszy i chleba przestaje być satysfakcjonujące? Szukam sposobu na tą szeroko pojętą dziwność, lekarstwa szukam.
Myślę, że mógłbym być szaleńcem tnącym własne powietrze, wyimaginowanym WszeArtystą, który przy okazji poniedziałkowo popłudniowej herbaty, rozsiadłby się w śmietanowych kryzach wokół szyi i zagapiał niemo na drzewa, ich szum i zieleń. I niebo. I te świezo co urodzone koty z kropalmi mleka na wąsach.
Myślę, że słyszałbym głosy, szeptem rozpięte w Twoje usta, widziałbym blade twarze pokryte piegami i widziałbym to wszystko czego na codzień zwykły człowiek mógłby się wstydzić.
Duży będę od jutra, dziś jeszcze zasnę z marzeniami pod kwiatową kołdrą. Mów do mnie tak …

(…) „Tato… Wojtek powiedział, że to nie moja wina”. Las rąk z białym paznokciami pieścił moje włosy. Pachniało karmelem. „Tato, to przez Piotra… on też kochał księżniczkę. Tak, wiem… Była chora…”. Przyjemna fala gorąca wylała się z potłuczonych butelek. I tyle bladych dzieci. Tyle spojrzeń przytulonych do mojego pępka. Pachniało karmelem… „Ty byłeś? Prawda? Istaniałeś? „Światło w każdym ziarenku bladoczerwonego piasku. Pocałunek. Milczenie. Pożądanie… „To tutaj? Jest tu Ania? a jej córeczka?”. Serce w świecie. Drzwi życia zamykały się skrzypiąc. Piękny. Piękny ja. „To ja? Tato? To ja?”. Płacz w zapach błękitnej poświaty. Jak pachnie cisza? Gdy ktoś umiera? Truskawki… strach układany zimnym wiatrem.
„Tato!!! Ja śnię, prawda? Piotrek wróci? Wiem, że wróci. Wiem! To tylko sen…”
Poczułem szarpnięcie w okolicach serca.
Poczułem, że bije.
W głowie dudniło takie nieznosne pik… pik… pik…
Rozmazane szepty w tle białych ścian i ten jeden nasycony jakąś nieopisaną ulgą…
– Będzie żył… –

Domowe Studio

Schłodzoną kawą wypełniam ciche popłudnie. W łupinie rzeczywistości, namacalności i niewidzialności.

I wszystko.
Scena przed lustrem.
Z cichym pomrukiem na ustach, spinam mięśnie twarzy i modlę się o spokój w przyszłości.
Widzę werandę, drewniane koty ułożone niemo na poduszkach ciszy, śmietanową filiżankę w angielskie róże i pąsowy pocałunek na policzkach. Delikatny wiatr widzę, co palcami muska bladą skórę ramion, pogniecione bibeloty w jesiennie złocistym dywanie trawy, półotwarte okna, drzwi, serca.
Dopóki marzymy Świat wydaje się być subtelniejszy, myślę.

Jestem bardzo popsutym człowiekiem …

/Dygresja. Buduję powoli domowe studio. Pierwsze efekty powyżej z jedną żarówką błyskową, parasolką i styropianem, który swoją obecnością zastępował blendę.

Babcie Kociakowe

Kocie Babcie.
„Pan te młode porobi, ładne są .. ”

Istotnie.
Rok temu zasiedziałem się na śmietniku kilka godzin fotografując kocie brzdące, które do dziś już spotężniały.
Pojawiło się nowe pokolenie, bardziej strachliwe i nieufne – wszak stoi jakiś debil z czarną puszką przy oku i „kici kici” wypluwa z ust pocąc się przy tym jak maniakalny morderca czworonogów śmietnikowych 🙂

Bąble i bąbelki

Ha!
Mam bąbelki na plecach, takie różowiutkie i kurewsko bolące. Czuję, że jak się ruszam to gniotą mi się plecy sposobem wrzuconej do szafy bylejak koszuli na specjalne okazje. Mam nadzieję, że etap złażenia skóry plecowej nastąpi jak najszybciej, ponieważ przeleżenie całej nocy na brzuchu nie należy do przyjemności – tak myślę.
Generalnie siedmiogodzinne gnicie na czarnobiałym kocu, w pełnym słońcu przy mojej jasnej karnacji nie było najlepszym pomysłem – ale co zrobić, dobrze mi się leżało po prostu więc wszystko mam na własne życzenie. Cierpimy zatem. Ja i moja skóra.