Miesiąc: grudzień 2010

Migawkowo II

Natychło mnie powłóczyście w autobusie lini nijakiej (w drodze z pracy do domu) na chaotyczne wyrzucenie urlopowych zdjęć. Na wspomnianych zdjęciach zapomniane Kłomino, rozwijające się Borne-Sulinowo, opuszczony magazyn w polu województwa zachodnio-pomorskiego i różne współtowarzyszące.

Migawkowo

W taką pogodę jak dziś (czyt. zimno, zimno i bardzo zimno) niezwykle sympatyczną rzeczą jest popijanie gorącej herbaty z wielkiego kubka i zatapianie się w fotografie z folderu o nazwie „Urlop 2010” gdzie to słońce uprzejamniało prawie każdy dzień. Na zdjęciach Chociński Młyn, osada leśna z mnóstwem wiejsko-fotograficznie-fotogenicznych smaczkach układających się we wszech-patynę. Stary dworek, który pełnił kiedyś funkcję czegoś na kształt domu dziecka, następnie leśniczówki – w przyszłości blizej jeszcze nieokreślony ośrodek muzealny. Zdjęcia z końca sierpnia.

Piotr. Zdrowy jak ryba.

Который год, не знаю сам, я мультибренд, герой реклам.

Patrzę na Ciebie i mam wrażenie, że umrzesz jak Ci wszysycy wielcy. Z braku hamulców bogatego wnętrza lub innych rzeczy, na które na dobrą sprawę nie masz wpływu. Nie wciągaj, podobno to nie zdrowe.
Mówisz jedno słowo psując tym samym mój stosunek do samej siebie, a ja bardzo lubiłam ten stosunek, rozkoszowałam się nim, smużyłam z przygryzioną wargą (mylą mi się dni ostatnio)
Przy Tobie mam wrażenie, że można wszystko – tylko trzeba powoli, sukcesywnie i z nadzieją wciśniętą w kieszeń podartych dżinsów z warszawskiego bazaru pod zielonym mostem, nad ciszą.
Układam Cię w kostkę, w papier, w dłonie i jestem bardziej Tobą czasami. To nie dobrze, raczej.
Wyjeżdżam do Francji.

Imaginacje

Wymyślanie sobie zapachów polega na zniekształcaniu danej chwili.

Biel krzycząca, pochylam się nad różowością świata tego i wdycham obecność kobiety w autobusie pachnącej mydłem.
Potem wypijam herbaty przy czwartym oknie, licząc od prawej strony i zatapiam palce w dźwiękach jakbym się z nimi pieprzył. Mówisz, mam zielone rękawiczki i smużę się tocząc półuśmiech przez półdrzwi półotwarte. Zasypiam cicho na śniegu, oglądam połamane gałęzie Twojego jutra i czuję, że ta chwilowa samotność jest bardziej dla mnie, niż dla Ciebie. Roztapiasz się, pełznąc w spękania płyt chodników krzywo ułożonych krzywymi palcami. Mogę pytać, niemych twarzy grymas cichy krzycząc bezgłośno milczę. I proszę.

Bo gdyby tak umrzeć raz, a potem komuś o tym opowiedzieć?
Mówisz, części zamienne są używane, ryby mają oczy, dym papierosowy wydmuchują małe dzieci rzucające kamieniami w uliczne egzystencjonującą szarość kuśtykającą pomiędzy Czymś. Spojrzenia, niemoc, usilny płacz który zamienia się tylko w bolące pieczenie pod skórą. Większe znaczenia, anomalie fragmentowo rzucone w półkrzywą matematyczną pękającą pod wpływem zmęczenia nasilającego się swoiście tuż przed północą. Rozumiesz?

Pochylam się nad różowością świata tego.

Katarzyna przystankowa

Szklarnia Nikodemowa jakiś czas temu powiększyła się o koleżankę Sigmę, która swoją obecnością wyparła z torby fotograficznej legendarnego już i zakurzonego, kitowego 18-55. Na dobrą sprawę oto pierwsze zdjęcie w pełnym świetle dziennym (wcześniej brak czasu, a po ciemku na dworzu to mi się nie chce). Jutro zapowiada się istne szaleństwo fotograficzne – po zakupieniu systemu mocowania teł, tła w kolorze szarym i blendy, która będzie odbijała światło z lampy błyskowej rozpoczynam szerszą zabawę w domowym studio. Może nie super ekstra, ale generalnie nie przepadam za sztucznym światłem, a z kolei pogoda za oknem nie zachęca do używania tego podwórkowo zastanego. Czy coś.
Sigmę pokochałem miłością od pierwszego kadru 🙂