Miesiąc: styczeń 2011

Vilia

Jakiś czas temu w moje objęcia padł aparat fotograficzny, analogowy o nazwie Vilia.
Tak więc po zakupieniu taniej kliszy i wypstrykaniu jej celem sprawdzenia jak, co i czy korpsuik na pewno szczelny i czy nic się nie tenteguje w środku, nie prześwietla i w ogóle – wywołałem.
Jakość zdjęć zmiażdżyła mi nerki – tak więc poszukuję dawcy!
Skany wywołanych zdjęć pozostawiają trochę do życzenia – ale i tak jest fajnie.
Także ten .. druga klisza już wepchnięta w aparat 🙂

Cichy. Niecichy.

Zatrzymaj się.
Wsadź sobie rękę w porwaną kieszeń i znajdź tam tą nadzieję o której tak pieprzysz.
Widzę Ciebie, wśród pozytywnie brzmiących wykrzykniów, chaotyczności towarzyszącej już od urodzenia, budzeniu się kilkakrotnym w nocy – o trzeciej w nocy obciągasz, oblizujesz wargi, przygryzasz palce, brzeg poduszki, łóżka, serca.
Na imię. Jak kiedyś.

Bywanie elitowe, masz krawat i szepczesz niezrozumiałem słowa w równie niezrozumiałym języku, ptaki we włosach, skrzydła, dzioby – układam się w obrazy znanych malarzy, bogowie się śmieją z nas – markotnie, drążymy czerń, na twarz świt – promienie w zagłębiniach skóry, obojczyki pełne pocałunków – poukładaj się w kąty bytu.

/Chaotycznie poznawanie, nocne mruczenie, parapet pełny wiatru, nieszczelne okno. Boli Cie linia pleców odpowiedzialna za dźwiganie Świata. Nie krzycz, kurwa mać.

Daria i Roksana

(Coraz intensywniej odczuwam Twoją niefizyczną obecność.)

Na brzegu łóżka napisany chwilą drążysz dziurę w żebrach, palcem wskazującym. Wyjdź, mówisz.
Północne mruczenie zamienia się w oczy koloru spokojnego morza, jesteś żółty, pachnący, prawdziwy.
Dopiero uczę się jak masz na imię, nie potrafię go wymówić, ubrać w słowa które znam i których na codzień używam, zawieszam się, jąkam, kuleję. Milczę, mówić też jeszcze nie potrafię.
Tylko teraz.
Przestrzeń czterech kątów wydaje się być taka ogromna, kulę się pod kołdrą, mieszczę czas między palcami i obracam nim w lewo. Lewa strona zawsze wydawała mi się tą właściwszą. Cisza.
I jak gdybym obudził się w kimś innym, uczeszę włosy i wstawię wodę w garbatym czajniku koloru nijakiego, pod stopami przebiegnie mi biały kot, uśmiechnę się, otworzę okno, wszystko się nie dzieje. W ogóle.

Jest tylko to dążenie Gdzieś, Tam nieokreślone dosłownie – bo wszystko się zmienia powoli.
Skąd wiedziałeś?

S. Dietrich

Katarzyna. Zła jak osa.

„(…) Mówi się. Poniżej, na kolanach rozciągając wizję przyszłości uczę się zmieniać kolory.
Mówi się. Spadanie boli od samego początku, tylko dopiero na końcu uświadamiamy sobie jak bardzo.

Mieszkanie wypełnia dźwięk ciała i duszy.
Zapach cynamonu, jaśminowej herbaty i ciszy jednostronnie klejącej się do telefonu. Ja też nie muszę, po co?
Zacząłem znów pisać, powracać do Jakuba opatulonego szalikiem, z szelkami luźno puszczonymi gdzie popadnie.
Noc, którą przespałem była najpiękniejszą nocą.
Rozchodzę się w sobie na miliony kawałeczków z masy perłowej, mam niebieskie oczy i nie mam ust.
Wychodzę.
Bardzo powoli, żeby czasem siebie nie obudzić tym uciszanym niemo skowytem wszechogarniającej radości.
W starym trabancie koloru śmietanowego siedzi Wiesława, siedzi dumnie wyprostowana rozczesując chwilę spotkania białym grzebieniem. Uśmiecha się, pomrukując. Myślałem właśnie o Niej.
Wiatr niesie spokój, nawet jeśli to nie prawda – mówi. Musisz być bardziej Mój Drogi.
Musisz nauczyć się tego, czego nie zdążyłam Ci przekazać. Umrzesz w tym roku – mówi.
A ja pieszcząc duże guziki swojej sukienki, uśmiecham się nie posiadając ust. Z piersi wydobywa mi się światło, Wiesława nie ma rzęs i przestała oddychać. Nie krzycz. Zapal papierosa. Oddychaj powoli.
W starym trabancie koloru śmietanowgo siedzi Wiesława. Milcząco siedzi jakby. Nieistniejąco już. Nienamacalnie.

Rozpychanie kolanami czasu.”