Miasto, jesień i bezdomność

Ślamazarnie tocząc półuśmiech pod nosem, w wysłużonej kieszeni równie wysłużonych spodni zapalniczki szukając klnę też soczystością resztek zieleni w mieście. Mamy Jesień, pełną gębą rozsiadłwszy się w zagłębieniu ulicy liście zrywa i kapryśnie wydłuża godziny. Pod liściami (liśćmi?) brud miasta ułożony bezwiednie jakoś, sprawia, że chce mi się absolutnie nic. Nic można popijać chłodną herbatą i przyduszać kłębami dymu papierosowego. I zagryzać czym popadnie.
W sypiącym się zabytku klasy w pełni nienajwyższej, który widać powyżej, byłem w połowie lipca. Z Dorotą.
I wówczas odkryłem, co w takich miejscach robię bardzo często, że miejsce zostało zagospodarowane na małe mieszkanko z aneksem kuchennym i łazienką, w każdym dostępnym kącie nieużywanych pokoi. Powstało kilka zdjęć:

Wiem, że niedzielę, według mentalności wszystkich moich zdewociałych sąsiadek, powinienem spędzać w kościele – najlepiej jeszcze leżąc krzyżem na zimnej posadzce tuż przed ołtarzem i ze stówą w zębach na ofiarę, błagać o odpuszczenie grzechów – ale mam inne zwyczaje.
Z dzielną Izabelą u boku i niezawodnym Nikodemem w torbie przeczesywaliśmy miasto w poszukiwaniu jesieni. I choć jesień widoczna gołym okiem na każdym fragmencie ulicy, została już cyfrowo zarejestrowana – to nadal szukaliśmy czegoś, co ukoronuje ten dzień ;)
No i proszę. Niemalże w centrum miasta stoi cudeńko, strzeżone przez bliżej niezidentyfikowaną firmę ochroniarską z groźnie brzmiącą nazwą, z powybijanymi szybami w oknach, przez które wcale nie było tak ciężko się przecisnąć ;)
W niewymuszony sposób powoli powstaje cała seria miejsc noclegowych bezdomych.

Wiecie co jest fascynujące w takim miejscu?
Ci ludzie, bezdomni, brani przez nasze społeczeństwo za zło konieczne, margines społeczny, który egzystuje już nawet po za tym pieprzonym i wymuszonym marginesem – próbują żyć normalnie. W każdej takiej „melinie” panuje porządek, który w jakimś stopniu pewnie sprawia, że oni czują się jak w domu. Ubrania wiszą na gwoździach, wszelkie przedmioty codziennego użytku, o ile takie posiadają, stoją równiutko ułożone na parapecie.
Przypomina mi się historia z dzieciństwa, o której kiedyś pisałem w innym miejscu. Moja nieżyjąca już osobista i prywatna babcia co niedzielę gotowała wielki gar zupy i potem wędowała z nim na dworzec i jego okolice karmiąc tych wszystkich bezdomnych, właśnie. Wśród nich było mnóstwo wykształconych ludzi, którzy swego czasu zajmowali wysokie stanowiska w poważnych firmach – ot, życiowo potknęli się i nie było czego ani kogo się złapać, żeby do końca nie upaść.
Mam bujną wyobraźnie, więc mijając na ulicy bezdomnego zawsze układam sobie w głowie jego historię.

I abstrachując od bezdomności, kilka zdjęć z miejskiego szlajania się, gdzie oczy poniosą.

I na koniec dzielna Izabelka, której muszę jakiś medal sprawić za cierpliwość do mojego włóczęgostwa ;)

Lubię takie dni.