Miesiąc: Listopad 2011

Opuszczony peron PKP i współtowarzyszące

Ostatnio chłonę całym sobą takie miejsca. Albo one pochłaniają mnie.
W każdym bądź razie w jakiś przedziwny i tajemniczy sposób współegzystujemy.
Lubię taki stan.
I w nabliższym czasie nie zamierzam tego zmieniać.

Towarzyszył Paweł. Miałem napisać o nim coś głupiego, ale tym razem sobie daruję.
Z drugiej strony, uśmiech psychopaty z zaburzeniami afektywnymi dwubiegunowymi na jego twarzy mówi sam za siebie 😉

O Różowościach Świata Tego

Z konsternacją na wypudrowanym policzku napuchniętej twarzy i dumnie głowę unosząc, w sposób może nawet majestatyczny, w akcie rozrzuconych majtek wokół łóżka, wzięła i wyszła. Wzięła i wyszła głośno, głośniej niż planowała i choć drzwi, którymi trzasnęła wcale się nie zamknęły to głupio jej było wracać, żeby udowodnić sobie i Jemu, który siedział krzywo na krawędzi tego łóżka skrzypiącego, że ona te drzwi jeszcze raz trzaśnie. Tak żeby się zamknęły i żeby słowo ostatnie należało do Niej. Chciałoby się rzec, że zostawiła w tym pokoju przez przypadek torebkę i majtki. I serce.

Opieram się, ułożony prawym bokiem do lewej ściany szklanego przystanku i podziwiam jak mi się miasto rozbudowuje. Opieram się i podziwiam w milczeniu, żując ze smakiem gumy owocowe z pobliskiej stacji beznynowej. Ręce mam w kieszeni, ciężką torbę, bo jakieś zdjęcia jadę robić za miasto i czekam na autobus lini nijakiej, który to za to miasto mnie zawiezie. A ta guma to mi się ciągnie jakoś niesmacznie czy coś.
I staje nagle nieopodal blondi-bejbe, w różowym futrze z kota (?) i z cienkim papierosem między palcami zaciąga się nonszalancko i wydawałoby się dystyngowanie.
W tej blond-bejbowej czuprynie, która okala pomarańczową, jakże naturalnie opaloną twarz, to nie jestem w stanie rozpoznać koloru oczu, bo grube na pięćdziesięt centymetrów makijażowe kreski wokół nich – uniemożliwają mi to. No więc stoimy tak sobie oboje, ja w dalszym ciągu się opieram, a blondi-bejbe kończy właśnie papierosa i ruchem zaaferowanej księżniczki, z miną urzędniczki państwowej, która właśnie menopauzę przechodzi, rzuca tego papierosa na chodnik, między mokre liście i tym swoim białym obcasem białego kozaczka, przygniata, żeby dogasić. Już mi się za różowo zrobiło przed oczyma, więc wzrok odwracam, a blondi-bejbe z maciupkiej torebeczki w cekinki, ptasie piórka i inne dziwne ozdóbeczki (?) telefonik wyciąga, z jakimś dziwnym bryloczkiem który przyczepiony do pink telefoniku zwisa jeszcze trzy metry w dół i tymi swoimi szponami w różowy wzorek, którymi mogłaby pewnie tapety zrywać, jako tapetozrywarka w firmie budowlanej, głośno westchnąwszy próbuje wystukać jakimś numer. I, o zgrozo, odzywa się na głos i ja już nie jestem w stanie się opierać jakoś przyzwoicie o ten przystanek, więc prostuje się i odchodzę kawałek dalej, żeby śmiechem nie parsknąć.
-Ej, no heloooł? Ja tutaj czekam…?, poprawia tymi szponami w różowy wzorek blondi-bejbe swoją blondi-czuprynę i moim oczom (bo w dalszym ciągu obserwowałem ukradkiem to zjawisko przyprzystankowe), ukazało się różowe pasemko.
– Ej noooo, chyba żartujesz … Heloooł?
Rozłączyła się i nerwowo zaczeła przeszukiwać swoją torebunię, klnąć przy tym soczystym różowym pod nosem.
A ja mam myśli mordercze, wyciągam swój telefon i podchodzę. Trzy ciosy w twarz z górnego kantu telefonu, potem chwyt za włosy i o drewnianę ławkę przystanku ze dwa razy, potem ściągam jej tego białego kozaczka i obcasem wydłubuje z pomarańczowo-pomarszczonej twarzy lewe oko, krzycząc w jakimś amoku „Gdzie wy się takie rodzicie?! Kto was robi?!”. Ocknąłem się. Różowa blondi-bejbe odpala papierosa, a ja na szczęście właśnie wsiadam do swojego autobusu i ostatnie co widzę, to jak blondi-bejbe sprawdza w małym lusterku czy jej się dwudziestokilogramowy makijaż nie pogniótł i czy aby różowe pasemko na pewno odpowiednio widać. Nie lubię takich kobiet – choć słowo „nie lubię” to chyba za mało.

♪♫ Michał Jelonek- BaRock

Zakłady mięsne w Żukowie

Chyba robię się nudny i monotematyczny. Ze starości? I z obfitego przeziębienia, które pustoszy mój organizm 😉
I z racji tej swojej nudnej monotematyczności, na chwilę obecną, pozostanę w temacie opuszczonych miejsc.
Opuszczone zakłady mięsne w Żukowie, które odwiedziłem w minioną niedzielę.

I serdecznie zapraszam na stronę Trójmiejskiej Grupy Eksploracyjnej, której jestem współpomysłodawcą, współtwórcą i administratorem. Będzie mi bardzo miło, jeśli każdy kto tu zagląda kliknie facebookowe „Lubię to” na stronie 3GE. W dalszym ciągu poszukujemy chętnych ludzi do wędrówek po opuszczonych miejscach, im nas więcej – tym lepiej !

Mieszkanie w kolorze słońca

W kołysce z okruchów chleba płacze małe dziecko. Potem popołudnową ciszę tnie, namalowaną czerwoną farbą na ścianie, czerwoną dłonią i czerwonym spojrzeniem. Ludzie nie powinni umierać – nie z takimi emocjami, które układając się fragmentowo w szczelinach drewnianej podłogi, tworzą to Życie właśnie. Za dużo tego. Tworzysz zapachy i kształty, wspominając potem wszystkie zakręty, przy których szukano oddechów – głębokich, mocnych i namacalnych. Można być, być chaotycznie i z otwartym sercem, wpuszczając jesienne ptaki jutra, niczym przez okno. Czekasz. W pajęczynie zmarszczek, rozłożonej w prostokąty liczb, umiejętnie toczysz wymuszony uśmiech, złożony równiutko w kostkę. Dzień Dobry, mówisz, jestem tylko człowiekiem …

Gdańsk – o mrozie, patynie i innych

Od szóstej z minutami spożywam łapczywie, pierwszą tego dnia, kawę. Spożywam w kubku, który swoją pojemnością możnaby nazywać też małym wiaderkiem.
Kawa o tej porze z takiego wiaderka smakuje właśnie najlepiej i sympatycznie nakręca na dzień – a Dzień Ważny, wszak Święto Niepodległości.
Pomijając wszelkie porannie czynione toalety, spakowanie Nikodema, ułożenie gazu pieprzowego tuż obok wspomnianego w plecaku i przeproszenie się z termoaktywnymi kalesonkami, które grzeją kości tuż po wyjściu z domu – o ósmej znalazłem się na stacji SKM. Znaleźli się tam też Iza i Sławek – bo tak jakoś razem postanowiliśmy patriotycznie odwiedzić obrzeża Gdańska i poeksplorować niszczejące mięsne zakłady i budynki do nich przynależące. W drodze napadła na nas banda rozchichotanych harcerek i ta najwyższa i najbardziej rozchichotana, patrząc jednym okiem na mnie, a drugim na przejeżdżający samochód – wcisnęła nam biało-czerwone szaliki. Widząc naszą konsternację i głośno sapnąwszy pod nosem potwierdziła, że w prezencie i za darmo 😉 I czy chcemy jeszcze wiatraczki, bo ładnie wiatrakują na wietrze. Nie chcieliśmy.

No to leziemy, jest zimno, trochę wieje i idę z przymkniętym lewym okiem, bo mi w nie bardziej zimno, niż w prawe. 😉
Zakłady mięsne, dementując plotki o ich zniknięciu z powierzchni ziemi, mają się świetnie – w dalszym ciągu grożą zawaleniem, kalectwem i śmiercią (Achtung! Achtung!) – a, że każde z nas odczuwa dziką satysfakcję przy mijaniu tego typu tabliczek, przyspieszamy kroku 😉

No i potem w stronę Elbląskiej, bo Piotrowskii sobie spontanicznie przypomniał, że coś tam widział wartego zobaczenia.
I już głodni trochę, trochę zmęczeni, ale uśmiechnięci i rozmawiający o pozytywach dnia dzisiejszego – śmigamy przez to miasto, które pod względem różnorodności architekturalnej kładzie Gdynię na plecy.

I uwaga !
Piotr usłyszał głos – nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że owy głos pochodził z jego głowy.
Oczami wyobraźni zobaczył jednooką dziewczynkę, która przyduszając czarnego kruka (kruk w dziobie trzymał oko koloru zielonego) gorączkowo szeptała, „ja Ci dam, skurwysy…”. Piotr zatrzymał się w miejscu, głęboko zaciągnął się chłodnym powietrzem i spojrzał w niebo. Zauważył, że kilka metrów dalej nad jakimś budynkiem krążą kruki. Izabela zadrżała. Jej drżenie było bez znaczenia, bo i Sławek zadrżał – więc stojąc tak i patrząc bezmyślnie, drżeli we dwójkę, bo jakoś raźniej im było. Drżeć tak, w sensie. Piotr wyciągnął z pomiętej paczki papierosa i odpalił. Zamyślił się.
– Musimy iść tam … – powiedział powoli wypuszczając dym z ust i ruchem głowy wskazał cel ich wędrówki.
Ruszyli. Sławomir cierpiał, niewygodny but otarł mu stopę – ale był dzielny i mocno zaciskając zęby szedł za Piotrem i Izabelą.
Kiedy jednooka dziewczynka zniknęła, ich oczom ukazała się potężna, nadgryziona zębem czasu, kamienica. Nic nie wskazywało na to, że można do niej wejść, ale Piotr podszedł do drzwi i nacisnął na klamkę. Czas jakby stanął w miejscu. Izabela, powolnym i bardzo filmowym ruchem, odgarnęła kosmyk włosów z czoła, Sławomir równie powolnym ruchem założył kaptur na głowę. Drzwi do kamienicy były otwarte.

Mroczna klatka schodowa wołała o pomstę do nieba. Wszechpatyna osiadła na ścianach tworząc, odpadającą farbą, esy floresy.
Schody, przytrzymywane dwoma cieniutkimi palikami, mocno zaskrzypiały kiedy Sławomir, jako jedyny posiadający latarkę, ruszył i oświetlał drogę.

Na piętrze, w zamurowanej ścianie znaleźli dziurę przykrytą zmurszałą deską w kolorze krzyczącej bieli. Piotr wszedł jako pierwszy, dalej wstrzymująca powietrze w płucach, Izabela i Sławomir. Uderzył ich zapach stęchlizny, moczu i pochodnych układających się w niemile kojarzące się rzeczy. Mieszkanie było opuszczone.

Po kontemplacji dużego mieszkania, odkryciu nowej odmiany żółtego kalafioru w brudnym słoiku, martwego ptaka walczącego do końca swoich dni o wolność (i zapewne też o równouprawnienie) i innych, równie ciekawych rzeczy – Izabela odkryła tajemnicze drzwi za którymi były drewniane, równie tajemnicze i tajemniczo zakręcone systemem ślimakowym, schody. Obsypane róznymi obrazami, na których główną rolę odgrywały łabędzie w kresce podobne do psów rasy nijakiej.

Sławomir ponownie wyciągnął latarkę i zrobił pierwszy krok chcąc sprawdzić co kryje się za drzwiami na końcu schodów.
– Nie przejdziemy… – szepnął smutno – tu leży jakiś stół
– To go przestaw tak, żebyśmy mogli się przecisnąć … – warknęła Izabela, bo i ona była ciekawa co kryją te zielone drzwi.
Sławomir głośno westchnął i poprawił czapkę na głowie. Odsunął delikatnie stół, a po znalezieniu dziwacznej „przystołowej korbki” począł nią kręcić. Kręcił jak w amoku, zupełnie w taki sposób jak by od tego zależało jego życie. – Udało się … – szepnął pełen zadowolenia i wszedł wyżej. Piotr i Izabela zrobili to samo.
Stojąc tuż przy drzwiach, Sławomir pchnął je z całej siły. Od wewnątrz, jak się okazało, blokowała je sterta brudnych ubrań.
I wszystko działo się bardzo szybko.Zapachniało starością. Rozległo się szczekanie psa i wszysycy usłyszeli zachrypnięte i pijane „Co jest, kurwa?!” rozlegające się zza drzwi. Sławomir znieruchomiał. Zobaczył kobietę, potężną blondi-mutant. Kiedy ich oczy się spotkały, poczuł się nieswojo. Nie wiedział, czy za sprawą tego, że kobieta miała potężny wąs pod nosem i bardziej wyglądała jak męzczyzna, czy też dlatego, że akurat dzierżyła w dłoniach siekierę.
To był szybki odwrót, z racji tego, że tuż za Piotrem stała Izabela blokując drogę ucieczki – Piotr złapał ją w pasie i jakoś udało mu się wybiec z przewieszoną koleżanką przez ramię. Sławmomir odkrył w sobie talent do strusiego pędu i już nawet nie cierpiał z powodu obtartej stopy.
Wszysycy szczęśliwie znaleźli się na zewnątrz, uświadamiając sobie, że kamienica nie do końca była kamienicą opuszczoną przez lokatorów.

Czyli pozytywnie. Jak zawsze, z resztą.
I muszę wspomnieć, że ku niezadowoleniu wąsatego pana w okularach siedzącego w Mc Donald’s na przeciwko mnie, rozlałem całą Latte.
Rozlałem przypadkiem i gdzie się tylko dało. 🙂
No to pozdrawiam! 🙂

Dawno, dawno temu …

Po Gdyńskim Porcie śmigałem przy okazji przygotowywania wystawy „Przyjrzyj się ! Modernizm Gdyni”, część zdjęć portowo-zabytkowej architektury była już wykorzystana. Cała reszta, upchnięta na dysku zewnętrznym w folderze „Portek”, czekała na swój czas.
Minął rok. Mniej więcej.
I tu następuje szablonowy kurwamaćjapierdolizm uroczysty – uroczyście przysięgam, że w owym czasie musiałem być kretynem zapisując zdjęcia w JPGach, a nie w RAWach. No cóż, człowiek całe życie uczy się na własnych błędach…

Mało wyjściowe JPGi, trochę bez ładu i składu, ale jest jakiś sentyment do tych kilku, wielogodzinnych spacerów po porcie.

Pomiędzy słowami Ania

Niezwykle ciężko jest zlokalizować współrzędne tego uśmiechu.
Rozedrganie panujące wszędzie nie powinno pozwolić na to, jesienne nostalgie pogniecione w żółtość liści, chłodne autobusy i na wpół wymieszane zielone herbaty wypijane duszkiem nad krzywą ciszy.
Można się staczać myślowo, drążąc spojrzeniem wszystkie twarze, rozkładać je sobie na czynniki pierwsze, drugie i ostatnie, a na końcu właśnie układać liery w zdania, zdania w szepty, a szepty w krzyki. I krzyczeć gdzieś w przestrzeń. Na płaszczyźnie współbycia.
Jesteśmy tylko sumą oddechów.



Gdzieś pomiędzy tym wszystkim, stojąc na swoim kawałku pomarańczy, głęboko zaciągam się niebem.

Przebudowa Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni

Na tym terenie, co to się rozrasta monstrualnie owy Park, stały kiedyś magazyny Zakładu Komunikacji Miejskiej. Albo może były to jakieś stacje naprawcze, tudzież zajezdnia? To jest nie ważne 🙂
Ważne, że zanim wszystko zostało sprzedane pod inwestycję i zburzone – zdąrzyłem wleźć jakoś wybitym oknem do środka i zrobić zdjęcia.
To jedno z bardziej fascynujących miejsc tego typu, w którym byłem – może za sprawą mnóstwa pozostawionych tam przedmiotów?
Zupełnie tak, jakby dosłownie ludzie przed chwilą opuścili to miejsce…
Byłem tam w połowie czerwca tamtego roku.

Wspomniany czerwiec był wtedy bardzo gorący – ze środka wyszedłem nieziemsko przepocony.
W pobliżu znajdował się jeszcze tajemniczy budynek, w którym kiedyś mieściła się chyba jakaś kotłownia czy coś w tym stylu.


 

I w ten oto sposób wyszedłem ze zdjęć, które czekały na owe wyjście ponad rok czasu. Dziękuję, miło mi 😉

Były węzeł łączności dowództwa Marynarki Wojennej

Ten dzień miał wyglądać trochę inaczej, ale bywa tak, że nie zawsze jest tak jak sobie to zaplanowaliśmy – ba! czasami jest nawet lepiej ! 😉
Najpierw powstała wersja, że Sławek, Iza, Ania i ja spod nowoczesnych orłowskich centrów handlowych udamy się w stronę jesiennych mórz bałtyckich.
W drugiej wersji, którą musieliśmy przyjąć ze Sławkiem bez mrugnięcia okiem, Izie zjechali się goście „wszystkoświętowi” i musiała ich ugaszczać, a Ania tuż po zaspaniu na nasze spotkanie, w zaciszu własnej domowej łazienki walczyła z ogólnym wkurwieniem na świat i opakowaniem podpasek ze skrzydełkami 😉
Całkiem spontanicznie Sławomir K. rzucił hasło w stylu „blablabla opuszczone blabla” – i już samo słowo „opuszczone” sprawiło, że moja twarz wykrzywiła się w przeszerokim uśmiechu. Na początku pełni siły i energii wszelkie miejskie góry obsypane domkami jednorodzinnymi po bokach pokonywaliśmy z przysłowiowym palcem tu i ówdzie.
Ale zanim o docelowym miejscu i wyznaniu uczucia Chwilowej Nienawiści dla Sławomira K. kilka zdjęć z przypadkowo spotkanej chatki, która okzała się kolejnym miejscem bezdomnych. Tym razem nawet z bezdomnym w roli głównej, śpiącym pod brudnym prześcieradłem. Projekt „Bezdomność” powolutku rośnie.

Sławomir K. to na codzień ogarnięty człowiek, którego orientacja w terenie w skali od jeden do dziesięciu wynosi zero 😉
Dlaczego? Stoimy więc sobie na krawędzi jakiegoś grabówkowo-chylońskiego osiedla, na polno-leśnym skrzyżowaniu i wspomniany Sławomir K. przekonany o wyższości swojej pamięci nad moją pamięcią (przecież sprawdził google earth przed wyjściem z domu!) włazi w lewą leśną ściężkę. I tym oto sposobem błądzimy trochę przez najbliższe dwie godziny, spotykając dziwnych „leśnych” ludzi, którzy na pytanie o opuszczoną jednostką wojskową albo, patrząc nieobecnym wzrokiem w korony drzew, mówią, że nie mają pojęcia albo kierują nas na czterystostopniowe schody, na końcu których okazuje się, że owszem jest jednostka, ale nawet w najmniejszym stopniu nie jest jednostką opuszczoną. Jestem pewny, że Sławkowi jeszcze nikt tyle razy w ciągu jednego dnia nie wyznał „nienawidzę Cię!”. Taki ostatni wysiłek fizyczny pamiętam z czasów przedszkola, bo potem to się oszczędzałem 😉
Kiedy w końcu okazało się, że w pukncie wyjściowym trzeba było pójść w prawo i przejść kilkadziesiąt metrów (powtórzę:kilkadziesiąt metrów!), żeby znaleźć się na miejscu – z wywieszonymi jęzorami i prawie czołgając się na czworaka ze zmęczenia w końcu znaleźliśmy. Widok tych wszystkich budynków zrekompensował nam te ciągnące się pod górę godziny.

Były węzeł łączności dowództwa Marynarki Wojennej, nazywany ogólnie opuszczoną jednostką wojskową. W pierwszym dyptyku rzeczony Sławomir K. – oficjalny sponsor mojej okrutnej zadyszki powstałej na skutek wdrapywania się na leśne wzgórza , moje płuca też Cię znienawidziły 😉

Wszystko dzięki Sławkowi właśnie, dlatego też obiecałem sobie, że wcale kolegi nie zablokuję na gg i facebook’u w akcie zemsty za ten dwugodzinny, okupiony litrami potu, „spacerek” po lesie. Niech Ci będzie wybaczone ! 😉
Było bardzo pozytywnie !