Autor: Zbigniew Piotr Piotrowski

(...)urodziłem się w tych fajnych czasach, gdzie brak szerokiego dostępu do świata wirtualnego i innych internetów sprawił, iż moje dzieciństwo pełne było siniaków, obtarć, połamanych kończyn i powybijanych zębów, do domu wracało się z szerokim uśmiechem po zmroku, a najlepszą bronią podczas podwórkowych zabaw w wojnę była kupa na patyku! ... więcej

Cisza i hałas

Z winylowych rozbełtów .

Smużyć się między cieniami popołudniowego słońca potrafisz najlepiej, ale w poniedziałki robisz to trochę we wszystkich tempach zwolnionych – ciepłotą ciała nałożonych jakby sztucznie i bylejak. Oddech przysiadłby na lewym ramieniu i próbowałby być głębszy, gdyby tylko mógł się wydostać kominem wilgotnych ścian. A przecież nie może. Więc wierci się na brzuchu rozczarowująco drażniąc rzęski. To są te właśnie procesy. Te, których najbardziej nie lubisz – bo nie mieszczą się w każdym kubku z herbatą. Nawet w tym ulubionym.

Królewna Śnieżka

Głośno pełznąc w smutku rozkrokach rozrysowanych tak samo szeroko jak się patrzy. Niby nie patrzy. Niby cisza. Niby cisza. Niby siedem zdjęć. Niby bez krasnoludków. Niby na papierosie. Niby z uśmiechem.

To jak sen… Kochanie jak sen…

 

To jak sen, kochanie jak sen, wystarczy, że zamkniesz oczy,

a ja jak cień, kochanie jak cień, będę wyła po nocy.

To jak sen, kochanie jak sen, którym będziemy się dzielić,

by jak te ćmy, jak para ciem, poszukać światełka w tunelu.

To ci się śni, śni się mnie,

Dopóki śnimy, żyjemy w tym śnie

Niech nikt nas budzić nie próbuje

Bo życie odbierze, życie popsuje.

To jak sen, kochanie jak sen, co chroni nas nocy mocą

I ty to wiesz, i ja to wiem, że nigdy dość tych nocy

 

autor: Wojciech Waglewski

 

Alicja w Krainie Czarów

Urodził się pomysł. Na balkonie, w asyście dogorywających w pełnym słońcu kwiatów i oparach dymu papierosowego. Podlany kilka butelkami wina rodził się zdecydowanie łatwo, przyjemnie i zupełnie jakby po prostu wyskoczył z głowy, rozsiadł się zmaterializowany na prl’owskim fotelu i krzyczał roześmiany „zrealizuj mnie!”.

Alicja w Krainie Czarów? Czemu nie!?

W pewnej aplikacji, w której kupujesz i sprzedajesz w stylowej społeczności, zamawiam pomarańczową marynarkę dla Kapelusznika. Ale to zdecydowanie za mało! Zamawiam też  kilka sukienek i innych pierdół niezwykle potrzebnych na ten plener fotograficzny. Ręczne lusterko, etażerki na stół, cylinder, kolorową bibułę, karty do gry i tryliard guzików. Które przez następne 3 dni pieczołowicie przyszywam do wspomnianej marynarki klnąc pod nosem po cichu, że zamówiłem ich za mało.

Zapraszam na część pierwszą gdzie z radością przedstawiam Kapelusznika, Alicję i trochę stołu przy którym herbaciano biesiadowali wszyscy zaproszeni …

Stół jest mistrzowski!

Tort bez pieczenia – zrobiony ze znalezionej na śmietniku wełny mineralnej, z której wycinam umiejętnie okręgi udające biszkopt. Całość traktuję paćką z mąki, wody i drodży oraz kolorowymi spray’ami i na końcu sosem malinowym. I choć wygląda dosyć apetycznie to jeść tego nie polecam. W podobny sposób robię też pseudoserniczek wykończony fioletową farbą i rodzynkami 😉

O tym jak Tadeusz Rolke mnie zainspirował…

Dwie Zorki nieumiejętnie rozkręcone parę lat temu w celach eksperymentalnych ciągle czekają. Sam nie końca jestem pewny na co, ale stan oczekiwania wydłuży się jeszcze na parę lat zapewne… jakby dojrzeje, doprecyzuje się w tym łbie przepastnym przepoconym od nadmiaru eksperymentów bardziej i mniej życiowych, ale nade fotograficznych. Zdecydowanie jestem dzieckiem Cyfry… Które koślawo tuptając poczęło uprawiać fotografię naście lat temu pierwszymi z tą możliwością telefonami komórkowymi. Analogi były ładne, ładnie stały na półce, ładnie były zbierane, ładnie były fotografowane cyfrowo. I tyle. Ostatnio z braku snu, pochodnych od wspomnianego stanu skupienia oczu i wystających niezdarnie skądinąd myśli natłokowych z racji ogólnego rozregulowania wpada mi nocną porą film dokumentalny o Tadeuszu Rolke. Tadeuszu mocno inspirującym i choć wspomniana inspiracja rodzi się dopiero po wgłębieniu się, po raz kolejny na przestrzeni tych nastu lat z fotografią, w jego zdjęcia to jednak rodzi się ponownie. Bo to nie pierwszy taki zryw serca w stronę zapisów socjologicznych objawiających się w następnym kroku łapaniem aparatu za łeb i wypełźnięciem w miasto, w bramy szemrane, podwórka niedobre i inne tego typu miejsca. Odkąd pamiętam zawsze lubiłem rozmawiać z ludźmi. I zawsze przywierał do mnie człowiek prawdziwy – zbity życiem z pajęczyną zmarszczek na zmęczonej twarzy i brudną dłonią dzierżącą chwilę wcześniej butelkę z alkoholem. I choć nie analogiem, a cyfrą… to jednak chłonę z podobną do siebie radością, jak mniemam, co Tadeusz na swojej kliszy fotograficznej. Ale to nie koniec bo w głowie kiełkuje myśl, żeby przeprosić się jednak z analogiem i choć nie mierzę wysoko, bo raptem spoglądam tęsknie w stronę lomograficznego fish-eye kupionego parę ładnych lat temu to jednak uśmiech jest coraz szerszy. I z tym coraz szerszym uśmiechem wypstrykuję wsadzoną nawetniewiemkiedy kliszę typu 135 i sprawdzam gdzie i za ile wywołam potem to cudo. Ale trochę mi mało, a że z nowej karty w przeglądarce bardzo blisko do karty z adresem allegro to kupuję lomograficzną La Sardinę – przecież tam wystarczy kliknąć po prostu „kup teraz„. I czekam. A w trakcie czekania mnóstwo zdjęć czynię sposobem jeszcze cyfrowym…

Kamila

Czasami spontaniczny dobór miejsca, sukienki i modelki tworzy przed obiektywem rzeczy zjawiskowe – i w tym przypadku ma to właśnie miejsce. Na zdjęciach przepiękna Kamila.

 

Dzień Dziecka

Szósty miesiąc projektu 365 zdjęć zaczynamy wspólnie z Grzegorzem krótką serią portretową w klimacie „Tego” Stefana King’a. Osobiście wielbię ludzi podobnie czujących horror i tego typu akcje, więc spotkanie przebiegało w atmosferze radosnej, wręcz hurraoptymistycznej. Zatem Klown (klałn lub klaun ,jak kto woli) sfotografowany oczywiście w odpowiedzialnej odległości dwóch metrów, bo covid. I w asyście Grzegorzowego Dziewczęcia, które wspięło się na wyżyny umiejętności charakteryzacyjnych – co, jak widać na zdjęciach przyszło jej z absolutną lekkością i pełnym profesjonalizmem. Lubicie klauny?

Wiosna!

Wiosna, wiosenka!

Nareszcie można wejść do lasu, bo przecież koronawirus skutecznie nam to uniemożliwił na jakiś czas. Albo rząd, któremu najwyraźniej wydawało się, że Covid-19 siedzi na drzewach i rzuca się bestialsko na bogu ducha winnych spacerowiczów atakując wszystkie płuca. No mniejsza. Wiosna… W lesie pierwsze plastikowe butelki nieśmiało wychylają swoje plastikowe szyjki w stronę słońca, żeby zaczerpnąć pierwszych jego promieni. Puszki mienią się tysiącem barw w tym samym słońcu, a foliowe reklamówki, woreczki, worki i reklamóweczki rzęsiście powiewają na wietrze tworząc dźwięki przywodzące na myśl nieśmiałe zawodzenie. Szklane buteleczki jakby niewzruszone stanem pogody, leniwie leżąc w ściółce grzeją swoje naderwane banderole jakby w nadziei, że lada moment wspomniane banderole odrosną – wszak proces, że wszystko rodzi się na nowo właśnie się rozpoczął… Niektóre odmiany tych pustych buteleczek chłodzą się w pobliskim stawie… nieśmiało kładąc się na tafli, żeby w chwilę potem zanurzyć swoje kolorowe szkła w orzeźwiającej wodzie… I uwaga! Zupełnie nowy gatunek pojawia się w lesie… Bawełniane Maseczki! Wielorazowego użytku… to dosyć młode osobniki, które gumkami chwytają się trawy za każdym razem gdy ktoś próbuje je podnieść i z tego naturalnego leśnego środowiska wynieść…

Jesteśmy chujowi. Wszyscy.

To były czasy…

Paczka papierosów, kluczyki do samochodu, torba z aparatem i jedziesz. Przyjemny ciepły wiatr wdziera się przez uchyloną szybę. Wiosna coraz pewniej rozsiada się w sadach i lasach i na trawie. I to jest bardzo dobry stan – słońce rozpełza betonowym plastrem ulicy ciesząc mordę do każdego przechodnia. I to też jest dobre. Że możesz wejść do sklepu i kupić butelkę wody czy paczkę gum do żucia. Albo cokolwiek innego, co w danej chwili jest Ci niezbędne do tego, żeby tego dnia uśmiechać się jeszcze szerzej. Tak było do niedawna… Drażni mnie obecny czas i to, że mi nie wolno. Na zdjęciach Mleczny Piotr i okolice, z tych wydawać by się mogło odległych czasów kiedy na zewnątrz można było wyjść bez rękawiczek i bez mydła pod paznokciami. I wyjść też bez sensu – ot tak, po prostu…
















































Pomocna dłoń

Tak bardzo potrzebna w tym niepewnych czasach. Szczerze mówiąc bardziej spodziewałem się ataku obcych, albo kolejnej wojny światowej z udziałem tych przed chwilą wymienionych niż zarazy atakującej płuca. Osobiście jestem już poirytowany. Że otwieram lodówkę – a tam między jajkami, a mlekiem w kartonie raport o koronawirusie. Oczywiście, że myję ręce kilka razy dziennie, szoruję się płynami dezynfekcyjnymi i tuptam w rękawiczkach jednorazowych… ale serio… Mam absolutnie dosyć! Jedyny plus siedzenia w domu to powrót do zdjęć martwej natury, którą znowu sobie pieczołowicie układam w kadrze. I cisza przerywana Kamińskim.

projekt 365 – podsumowanie siódmego tygodnia

Zdjęcie 43. „Źrenice”

Patrzymy pod nogi, żeby zobaczyć więcej. Albo po prostu widzieć.

Zdjęcie 44. „Inne plamy”

Dzień, w którym nawet moja kawa miała inne plany plamy na życie.

Zdjęcie 45. „Walentynki”

Każdy znajdzie swoją połówkę. Panowie ze zdjęcia najwyraźniej znaleźli dwie.

Zdjęcie 46.

Nati na rozgrzanym parapecie swojej wyobraźni.

Zdjęcie 47.

Sopot.

Zdjęcie 48.

Sypialnia z widokiem. Prawie sztuka mocnego prl’u w ramie.

Zdjęcie 49. 

Dzień kota był. Spóźnione życzenia.