Menu

Ręce rozkładam – zamiast ust.
Ślady wieczoru zabieram do torebki kilku chwil i zapinam agrafką z szuflady pełnej ciebie.
Patrzysz jak szalony.
Z przyklejoną blizną nad lewym okiem i mną – na papierowym ciele.
Papieros.
Zaznaczam obecność dymem we włosach.
I w popielniczce nasiąkam burzą twoich oczu.
Dogaszam.
W imię syna.
Tego co zmarł patrząc jak długo.
Podchodzę – smugą tej ciszy co wcześniej.
Co teraz. co wtedy.
Nachylam się bielą i szept kładę na usta.
Śpisz. znowu.
Upycham twój zapach do nie-istnienia.
Napawam się nie-istnieniem bliskości.
Dopijam smak nocy – raz jeszcze, w filiżance czekania.
Papieros.
Dogaszam.
W imię ducha.
I patrzysz na mnie jak bóg, kiedy co wieczór wychodzę.

About Author

(...)urodziłem się w tych fajnych czasach, gdzie brak szerokiego dostępu do świata wirtualnego i innych internetów sprawił, iż moje dzieciństwo pełne było siniaków, obtarć, połamanych kończyn i powybijanych zębów, do domu wracało się z szerokim uśmiechem po zmroku, a najlepszą bronią podczas podwórkowych zabaw w wojnę była kupa na patyku! ... więcej