Menu
Miasto / Opuszczone

„Bo w Gdańsku, psychiatryczny taki opuszczony stoi”

Wszystko zaczyna się o dziewiątej czasu niedzielnego w Gdańsku.
Biedna kawa z amerykańskiej sieciówki na literę M za sześć złoty i człowiek jakiś taki szczęśliwszy z tym kubkiem po mieście lezie.
I już nawet małe zimno, które towarzyszy monstrualnej odwilży i stadne zwierzątka hodowlane, bezczelnie zwisające kopytkami z nosa 😉 nikomu nie przeszkadzają.
Generalnie to zaczęło się od kupna tej kawy właśnie, chwilowej rozmowie przy brudnym stole (żeby nie rzec upierdolonym) i wsadzenia swoich czterech w złotą strzałę Agaty Zet, lat dwadzieścia dwa, włosy czarne. Oczywiście każdy we własnym zakresie te cztery litery powsadzał i ruszyliśmy na Gdańską Przeróbkę, gdzie znajdować się miały opuszczone Zakłady Naprawcze. Owszem, znajdowały się – piękne, stare budynki z czerwonej cegły ogrodzone płotem typu, za jakim żadne z nas nie przepada (czyt. nie da się przecisnąć) więc nieco niezadowoleni pstrykaliśmy wszystko co naokoło.

Potem przychodzi sympatyczny JegoMośćCieć, któremu osobiście (nieempirycznie) próbuję wytłumaczyć, że nie istnieje coś takiego jak „zakaz fotografowania obiektów grożących zawaleniem i takimi tam”.

Nawiązała się dyskusja na temat tego, czy warto inwestować w zabytki i, że niby kto ma to robić?
„Panie, tutaj wszystko porozpierdalane jest. Zabytki, kurwa. Panie …”
W Wieży Ciśnień jakaś szumna firma urządziła sobie magazyn, zamknięte na kłódkę. Nigdzie nie da się wejść, z resztą już później to głupio nadwyrężać gościnność JegoMośćCiecia – więc żegnamy się i jedziemy w stronę Łąkowej. I teraz zabrzmię niczym Tajemniczo Anonimowy Agent Do Zadań Specjalnych (UWAGA!): Mój informator 😉 sprzedał mi news’a, że w okolicach Łąkowej znajduje się nieużywany szpital psychiatryczny. Ale zanim tam trafiliśmy był szereg domów, kamienic i budynków popadających w ruinę. I piękna nieznajoma, która tuż po nakarmieniu gołębi pozwoliła sobie zrobić kilka zdjęć i poopowiadała, że w kamienicy na przeciwko mieszka samotny dziwak, a w tej obok to w piątek umarł („Panie Świeć Nad Jego Duszą”) Wiesław, kawaler.

Udało się w końcu zlokalizować Szpital. Gorzej było z lokalizacją wejścia do niego. Piękna nieznajoma poradziła zapukanie do portierni, bo jak się okazało szpital miał być pilnowany („W tamtym roku horrory tam kręcili”). Obeszliśmy budynek z każdej strony i kiedy nie bardzo wiedząc, którędy się wsadzić do środka – weszliśmy w podwórko plebani. Z szerokim uśmiechem przywitaliśmy niski płot odgradzający plebanię od terenu szpitala. Udało się! Byliśmy na jego terenie! Z resztą, nie tylko my tam byliśmy:

I kiedy już po bliższej kontemplacji szpitalnych murów, brodząc po kostki w wodzie, mocno zniechęceni i odpalający (co niektórzy) któreś papierosy z kolei – zwątpliśmy, że kiedykolwiek nam się uda wejść do środka – odkryłem szyb wentylacyjny profesjonalnie zastawiony krzesłem, umywalką i kawałkiem deski. Generalnie, umiejętność pełzania w szybach wentylacyjnych powinienem sobie w CV wpisać, myślę 😉

Chwila grozy.
Łuszcząca się farba na ścianach przyprawia o dreszcze, Agata Zet oczami wyobraźni w szpitalnym korytarzu widzi wychudzoną kobietę w szpitalnej piżdżamie, które powłócząc nogami, nie ma jednej ręki i krwawiąc z nosa szepcze zachrypniętym głosem „Uciekajcie, jeszcze nie jest za późno… uciekajcie…”.
A bardziej poważnie, ku naszemu zdziwieniu odkrywamy, że piwnicach działa światło, potem odkrywamy jeszcze coś bardziej przerażającego …
Szpital rzeczywiście jest pilnowany i pilnujący znajduje się kilka kroków przed nami, za drzwiami do sali przyjęć, w której urządzona został mały przybytek, w którym wyżej wymieniony, spożywa nudną kawę w wyszczerbionej szklance-musztardówce i przegląda stare gazety.
Chwila ciszy, konsternacja i postanawiamy oddalić się w jak najdalszy zakątek/piętro szpitala, żeby nie narażać się na bliskie spotkanie ze stróżem.
W pokojach absurdy rodzaju nijakiego – całe mnóstwo czerwonych obrazów niemo krzyczących twarzy, w powietrzu unosił się jeszcze zapach farby.
W okolicach sali operacyjnej uświadamiamy sobie, że szpital nie był raczej szpitalem psychiatrycznym – małe niedosyty czuje, brak jakiegokolwiek sprzętu, wszystko wysprzątane – gdyby chociaż jakiś zwłoki gdzieś leżały 😉
Wychodzimy jak ludzie – drzwiami! Jakoś się udało.
I już będąc przed szpitalem, po kilkugodzinnym jego zwiedzaniu – z bezczelnymi uśmiechami i brudni, jakbyśmy dopiero co w błocie się tarzali w akcie protestów dla ACTA, idziemy do głównych drzwi i pukamy do stróża, żeby zapytać czy jest możliwość zwiedzenia 😀 . Otwiera dziadziuś taki i ze łazmi w oczach krzyczy, że Plac Solidarności powinien nazywać się Placem Hańby i Mordu. 😀

I tym jakże pozytwnym akcentem – wszystkim życzę mało bolesnego wejścia w nowy tydzień 🙂