Cisza i hałas

Z winylowych rozbełtów .

Smużyć się między cieniami popołudniowego słońca potrafisz najlepiej, ale w poniedziałki robisz to trochę we wszystkich tempach zwolnionych – ciepłotą ciała nałożonych jakby sztucznie i bylejak. Oddech przysiadłby na lewym ramieniu i próbowałby być głębszy, gdyby tylko mógł się wydostać kominem wilgotnych ścian. A przecież nie może. Więc wierci się na brzuchu rozczarowująco drażniąc rzęski. To są te właśnie procesy. Te, których najbardziej nie lubisz – bo nie mieszczą się w każdym kubku z herbatą. Nawet w tym ulubionym.

Wiosna!

Wiosna, wiosenka!

Nareszcie można wejść do lasu, bo przecież koronawirus skutecznie nam to uniemożliwił na jakiś czas. Albo rząd, któremu najwyraźniej wydawało się, że Covid-19 siedzi na drzewach i rzuca się bestialsko na bogu ducha winnych spacerowiczów atakując wszystkie płuca. No mniejsza. Wiosna… W lesie pierwsze plastikowe butelki nieśmiało wychylają swoje plastikowe szyjki w stronę słońca, żeby zaczerpnąć pierwszych jego promieni. Puszki mienią się tysiącem barw w tym samym słońcu, a foliowe reklamówki, woreczki, worki i reklamóweczki rzęsiście powiewają na wietrze tworząc dźwięki przywodzące na myśl nieśmiałe zawodzenie. Szklane buteleczki jakby niewzruszone stanem pogody, leniwie leżąc w ściółce grzeją swoje naderwane banderole jakby w nadziei, że lada moment wspomniane banderole odrosną – wszak proces, że wszystko rodzi się na nowo właśnie się rozpoczął… Niektóre odmiany tych pustych buteleczek chłodzą się w pobliskim stawie… nieśmiało kładąc się na tafli, żeby w chwilę potem zanurzyć swoje kolorowe szkła w orzeźwiającej wodzie… I uwaga! Zupełnie nowy gatunek pojawia się w lesie… Bawełniane Maseczki! Wielorazowego użytku… to dosyć młode osobniki, które gumkami chwytają się trawy za każdym razem gdy ktoś próbuje je podnieść i z tego naturalnego leśnego środowiska wynieść…

Jesteśmy chujowi. Wszyscy.

To były czasy…

Paczka papierosów, kluczyki do samochodu, torba z aparatem i jedziesz. Przyjemny ciepły wiatr wdziera się przez uchyloną szybę. Wiosna coraz pewniej rozsiada się w sadach i lasach i na trawie. I to jest bardzo dobry stan – słońce rozpełza betonowym plastrem ulicy ciesząc mordę do każdego przechodnia. I to też jest dobre. Że możesz wejść do sklepu i kupić butelkę wody czy paczkę gum do żucia. Albo cokolwiek innego, co w danej chwili jest Ci niezbędne do tego, żeby tego dnia uśmiechać się jeszcze szerzej. Tak było do niedawna… Drażni mnie obecny czas i to, że mi nie wolno. Na zdjęciach Mleczny Piotr i okolice, z tych wydawać by się mogło odległych czasów kiedy na zewnątrz można było wyjść bez rękawiczek i bez mydła pod paznokciami. I wyjść też bez sensu – ot tak, po prostu…
















































Pomocna dłoń

Tak bardzo potrzebna w tym niepewnych czasach. Szczerze mówiąc bardziej spodziewałem się ataku obcych, albo kolejnej wojny światowej z udziałem tych przed chwilą wymienionych niż zarazy atakującej płuca. Osobiście jestem już poirytowany. Że otwieram lodówkę – a tam między jajkami, a mlekiem w kartonie raport o koronawirusie. Oczywiście, że myję ręce kilka razy dziennie, szoruję się płynami dezynfekcyjnymi i tuptam w rękawiczkach jednorazowych… ale serio… Mam absolutnie dosyć! Jedyny plus siedzenia w domu to powrót do zdjęć martwej natury, którą znowu sobie pieczołowicie układam w kadrze. I cisza przerywana Kamińskim.

Styczeń w migawkach

Mija miesiąc odkąd rozpocząłem projekt 365 zdjęć. Od pierwszego stycznia aparat na powrót wrócił do codziennych łask stając się dodatkowym narzędziem do patrzenia na otaczający mnie świat – i łapię się na tym, że to kapitalne uczucie posiadać dodatkowy organ do uzewnętrznienia cyfrowym sposobem swojego wszystkiego.  Nawet jeśli owy organ postanowił się chwilowo rozkalibrować i czasami ostrzy gdzie popadnie – ale zapas tych organów jak się okazało mam całkiem spory, więc dajemy radę! I jakby to powiedzieć… Oczywistym jest, że zapisów codzienności w danym dniu powstawało zdecydowanie więcej, ale ze względów na ideę projektu upubliczniane było tylko jedno zdjęcie. Czekałem na okazję, żeby wywalić resztę na światło dzienne… No i proszę! Koniec pierwszego miesiąca wydaje się być momentem idealnym…

Umieranie na długim czasie

Na początku było jajko.
Potem ciepło pierza ckliwością dziobu rozłupało wapienna skorupę zamkniętego świata, aby zatrzymać punkt w którym dźwięk rozbijany stanowi radość nowego życia.

Dzień mój w okularach usiadł na szklanym brzegu szklanki od Ewy.
Alfabetycznie poukładany w taką ciszę, że nawet przezroczyste kwiaty odważnie pachną, choć tak naprawdę wszystkie już umierają.
Niewymierne serce jakby wyciśnięte. Fusy i herbata.
Zmęczony jestem.
Między ruchem palca, a pukaniem w parapet odszukuję głębszego sensu.
Jest wiatr.
Tłoczony w pejzaż na skrzydłach odmrożonych łabędzi.
Starałem się sięgnąć w głębię.
Tylko wtedy widzę jak mewy rozdziobują kulisty kształt chmury narosły formą naftowych przemian. Rozmazanie rysuje się na śladach w piasku. Wyrzeźbiona w kamieniu historia śnieżnego grzebienia piany. Umieram cicho, niemal bezgłośnie.

♫ ♪ Roo Panes – Lullaby Love

 

Krótka historią z porankiem w tle

Krótka historia z porankiem w tle, słońcem kładącym się leniwie na ścianach i białą pościelą.

Możemy udawać.

Na przykład udawać, że każdy poranek przesycony jest nostalgią, romantyzmem i ciszą rozlaną gdzieś w okolicy guzików miękkiej poduszki. Że człowiek budzi się świeży, wypoczęty i pełny energii. I tak właśnie trochę udajemy na tym zdjęciach.  Osobiście byłbym bardziej za tym, niż za poczuciem, że co rano zmartwychwstaję zamiast budzić się z szerokim uśmiechem. I z racji tego, że moje poranki to bardziej warkot i skowyt z zalepionym porannie ropnie okiem, które utrudniają poranny bieg w poszukiwaniu łazienki, kawy i papierosa to sobie wymyśliłem, że pokaże inny rodzaj takiego poranka. Na zdjęciach śliczna Ola, czwartek, godzina siódma z minutami.

Dobrze zrobiło mi takie odświeżenie umiejętności dialogu z drugim człowiekiem, znajdującym się tuż przed obiektywem.

Wracam do żywych! 🙂

Samojebka nr. 13

Dwa tysiące kilometrów od domu w Polsce. Nakrywamy głowy kołdrą i gryzieni przez komary liczymy wszystkie barany, które zrobiły nam krzywdę w poprzednim życiu…

Trawka

Wbijam się w plastry ulicy, pomarańczowym światłem w żyłach i cichym pojękiwaniem, które przecież przechodzi po pierwszych dwóch kilometrach.