Fotograficzne podsumowanie 2015 roku

_DSC9198 kopia

Fotograficzne podsumowanie 2015 roku?

Szczerze mówiąc to pierwszy raz w życiu czynię takie podsumowanie – co roku pałętał mi się po kątach głowy taki pomysł na podsumowanie – na wybór ważnych dla mnie zdjęć. Może to tylko z pobudek czysto fotograficznie-egoistycznych? Że to fajny rok był? Sympatyczny, lekki i przyjemny? Że sobie zajrzę za jakiś czas na takie podsumowanie z uśmiechem…?
Fotograficzny 2015 to był cholernie fajny rok, intensywny w swojej fotograficzności i bardzo pracowity – prywatnie ciężki i momentami smutny, ale jak to się mówi „co nas nie zabije, to nas wzmocni!„. Zatem niech zdjęcie rozpoczynające ten wpis i przedstawiające mój spocony i odrobinę zmęczony, prywatny ryj (wspinający się na norweską górę o nazwie Melsesætra) będzie symbolem ciężkości tego roku, że czasami było pod górę i zazwyczaj na piechotę, ale ciągle z sympatycznym wyrazem twarzy (jak mniemam) i bez rąk – bo ręce w wiecznym ruchu wciskające migawkę aparatu ;)

Styczeń. Gdynia.

Początek roku musiałem zacząć od miasta, z którym związany jestem od czternastu lat. I owego związania nie zamierzam rozwiązywać w najbliższym czasie. Zapewniam też, że nie trzeba urodzić się w tym mieście, żeby je pokochać. Wpis z pierwszego stycznia dwa tysiące piętnastego roku to spacer szlakiem gdyńskich uliczek i obowiązkowy spacer brzegiem morza (pewnie dlatego, że sylwester był mało procentowy, więc z samego rana można było spacerować ;)) – poniższe zdjęcia zdecydowanie mają charakter bardzo archiwalny. Pod koniec roku wlazł na plażę oksywską buldożer z nalepką unii ojropejskiej i zrównał wszystko z ziemią robiąc fenomenalny bulwar do spacerowania (też z nalepką). Ja rozumiem – idziemy do przodu, dzielnica Oksywie ze swoją plażą też ma do tego prawo… ale zrównano z ziemią i zabetonowano jedną z piękniejszych dzikich plaż Trójmiasta – kto choć raz zapuścił się starym falochronem w stronę wojskowej torpedowni – ten wie o czym mówię i zrozumie mój fotograficzny ból…

_DSC9492 kopia

_DSC9496 kopia

Luty. Czeska Praga.

Luty to Czechy i pierwsza roku dwa tysiące piętnaście podróż.
Cholernie lubię poniższe zdjęcie – wszak to trochę takie metaforyczne preludium do codziennych spotkań z Mistrzem Absolutnym, który tym właśnie zdjęciem przywitał mnie w Pradze. Spotkań takich było więcej, tak samo jak zdjęć z samej Pragi – zainteresowanych odsyłam do archiwum

_DSC0343 kopia

Marzec.

Ten miesiąc jest bez zdjęciowy – bez zdjęciowy na stronie, bo dam sobie wszystkie nogi poucinać, że zdjęcia robiłem – po prostu w ferworze pracy i pochodnych nie było czasu na marcowe wpisy. A co robiłem w marcu? Przygotowywałem się do pierwszych zajęć w Trójmiejskiej Szkole Fotografii, gdzie miałem debiutować jako wykładowca.

Kwiecień. Absolwenci TSF.

Początki kwietnia są chłodne. W zaciszu sal wykładowych TSFu, pod studyjnymi lampami drobna społeczność nazywająca się tajemniczo Absolwentami oddaje się fotograficznym uniesieniom (i w tym miejscu pojawia się złowieszczy rechot, rubaszny chichot i inne). Brzmi to trochę jak żywcem wyjęte z opowieści o sektach, gdzie ludzie spotykają się po kryjomu, każdy przychodzi z własnym kotem, na miejscu wymieniają się owymi kotami i je spożywają począwszy od główek, bo najszybciej stygną (ja pierdolę…).
A zupełnie poważniej… Końcóweczka 2014 i początek 2015 to powstanie grupy Absolwentów TSF, gdzie ludzie spotykają się i po burzy mózgu czynią wspólne zdjęcia (bez kotów). Po jednym ze spotkań wyszedłem z takim oto portretem kolegi Marcina, który do tej pory twierdzi, że kaftan bezpieczeństwa to tylko odświętnie ;)

Zbigniew Piotr Piotrowski, Bez tytułu

Maj. Gniew.

To znaczy ja nie gniewałem się prawie wcale. Wcale, bo nie było nawet o co ;) Maj to plener TSFu w Gniewie, na którym uruchomił mi się taki syndrom żuranlist fotografi i aparat rwał mi się do reportażowania i podobnych układających się w kadrze w socjologiczne portrety uliczne. Czasami jest tak, że taki syndrom włączy się samoistnie, socjologiczny portret zapytawszy wcześniej czy mam papierosa, sam mi się pcha przed obiektyw i ja, taki fotograf inscenizacyjny z krwi, kości i rudych włosów poddaję się takiemu stanowi rzeczy. Bo najważniejsza cały czas jest i tak fotografia – już nawet nie rozkrajana na rodzaje i kategorie.
Łukasz, mieszkaniec Gniewu…
_DSC3106-2 kopia

Czerwiec. Poznań.

Czerwiec jawi się przez pryzmat tajemniczych sił, które pognały mnie i kilka osób z 3GE do Poznania. Tajemnicze siły w tym wypadku to krążące po internetach zdjęcia opuszczonych zakładów taboru kolejowego. W 2015 miejsc opuszczonych do sfotografowania było dużo mniej niż zazwyczaj, więc tym bardziej trzeba było tam pojechać, zobaczyć, udokumentować – to chyba najbogatsze miejsce pod względem pozostawionych fantów, jakie zwiedziłem w tamtym roku. Nalegam na klik w link i zapoznanie się z różnorodnością każdego z pomieszczeń…

_DSC3754 kopia

Lipiec. Anglia.

Lipiec to ciąg dalszy zaplanowanych na początku roku podróży. I Wielka Brytania po raz pierwszy. Jestem w Peterborough, Londynie, Cambridge, szlajam się rowerem po włościach Burghley House i ruinach Kirby Hall. Karty pamięci pękają w szwach, fotograficznie wzbijam się na wyżyny zadowolenia – zazwyczaj wszystko układa się pięknie w kadrze, na resztę nie mam wpływu…

_DSC3420 kopia

Sierpień.

Też jakby cichy – wychodzę niespiesznie ze zdjęć poczynionych w miesiącu lipcu, gdyż jak wspomniałem karty pamięci po wizycie w Anglii pękały w szwach. Ale, żeby nie było za pusto pod sierpniem i dlatego też, że bardzo lubię ten miesiąc nieodzownie kojarzący mi się z początkiem jesieni – niech będzie zdjęcie kilkudniowego słodkiego kotka – kilkudniowy, słodki kotek zawsze się obroni (kotek, bo cycków ostatnio nie fotografowałem, a swoich – dla Waszego zdrowia psychicznego nie chcę wrzucać ;))

DSC_0006 kopia

Wrzesień. Norwegia, Szwecja, Polska.

Oj… Wrzesień pod względem fotograficznym to takie apogeum fotograficzne, punkt szczytowy, kulminacja, zupełność najwyższa, kilka spełnionych marzeń, jednorożce, tęcze i bańki mydlane i wszystko co może przyjemnie kojarzyć się potencjalnemu Piotrowskiemu (choć akurat bańka mydlana pękająca na wysokości otwartych oczu wcale nie należy do przyjemnych).
Jednak, żeby do tego mogło dojść najpierw musiałem wziąć miesiąc wolnego od codziennych, zawodowych obowiązków. I potem przystanek Norwegia.
Wrzesień tam pełny był cichych i bardzo przyjemnych niby absurdów wyzierających przy każdej okazji – o których wspomnę jak tylko zacznę z wrześniowej Norwegii wychodzić, bo póki co – zdjęcia leżą ułożone w kosteczkę w folderach i dojrzewają. Jeden z ważniejszych momentów tego miesiąca? Spełnia się moje marzenie, co prawda jednego wieczoru najpierw bezskutecznie próbuję upolować owe marzenie, a kolejnego czekam na nie kilka ładnych godzin ale jest… Sfotografowałem zorzę polarną!!! I to tak naprawdę jedna z fajniejszych, fotograficznych rzeczy, która przytrafiła się w tym miesiącu .Co prawda zwiedziłem podczas tego pobytu połowę tego kraju, po powrocie zahaczyłem o Szwecję i potem wylądowałem na tydzień na śląsku, ale… ;)

_DSC9789 kopia

Październik. Krystyna.

W październiku udostępniam kilka zdjęć poznanej na Placu Wolności w Zabrzu, Krystyny. Krystyna dla mnie śpiewa. Absolutnie przepiękny człowiek (pomijam Kaczyńskiego), bardzo lubię te zdjęcia… Po za tym po raz kolejny miejsce ma syndrom żurnaslist fotografi… ;)

Dama na placu Zbawiciela - piotrografia (8)

Listopad. Dziewczyna z tatuażem.

Listopad pod względem fotograficznym należy do ślicznej dziewczyny z tatuażem. To fajne uczucie, kiedy drugi człowiek ufa Tobie na tyle, że pozwala sfotografować się w tak bardzo intymny sposób.

_DSC3316 kopia

Grudzień.  Pastisz fotograficzny.

I miesiąc ostatni. Płodny pod względem fotografii inscenizacyjnej – pastisze fotograficzne pochłonęły mnie dosyć głęboko. Co prawda temat zacząłem zgłębiać gdzieś na początku roku z grupą Absolwentów TSF,  jednakże popadnięcie absolutne miało miejsce w grudniu i zapoczątkowane zostało zdjęciami tej prześlicznej dziewczyny wcielającej się w „Dziewczynę z perłą”. Powstała też Oopjen Coppit, Mona Lisa, Matka Whisltera… W piotrograficznym archiwum znajdzie się też „Ostatnia Wieczerza”, „Narodziny Wenus” i „Stworzenie Adama”, a w planach jeszcze mnóstwo innych dzieł, potem kilka wystaw w Wiedniu, Paryżu i Klapkowicach Górnych ;)

pastisz DZIEWCZYNA Z PERLA piotrografia

 

Fotograficzny rok na piotrografii i u Piotrowskiego to był bardzo fajny rok – pełny inspiracji; fotograficznych planów, które udało się spełnić; kilki podróży; nowych ludzi;  projektów i mnóstwa innych pokrewnych, których było strasznie dużo i o których nie wspominam z premedytacją, żeby leniwi czytelnicy tego bloga (a o istnieniu takich doskonale zdaję sobie sprawę) zajrzeli w archiwum, bo to przecież jedno kliknięcie tylko ;) Z resztą nie sposób zamknąć rok w dwunastu zdjęciach – dwunastu, które w jakikolwiek sposób oddawały by charakter całości i nakreślały ludziom nawet z dużą wyobraźnią jak ten rok mógł wyglądać. To moje podsumowanie roku 2015. Mam nadzieję, że rok kolejny i plany, które klarują się zazwyczaj w mojej głowie na przełomie stycznia i lutego będą już tylko lepsze :)

_DSC4395 kopia

 

Migawki i takie takie …

untitled-4022

untitled-4042

untitled-6422

untitled-3856

untitled-3824

untitled-3706

untitled-3697

untitled-3693

untitled-3686

untitled-3683

untitled-3677

untitled-3655

untitled-3649

untitled-3722

untitled-4361

untitled-4324

untitled-3786

Zacząłem urlop i leniwy uśmiech rysuje mi się szeroko na twarzoczaszce :)
Jest kilka małych historii i przygód …
Przygoda z Gumą Wiedeńską, dzięki której poznałem absolutnie inną stronę fotografii – szlachetne taplanie się po łokciach w wodzie i szorowanie pędzlem po naświetlonym papierze, żeby ładnie było. Warstwa na cienie, warstwa na światła, naświetlanie i do ciemni – nigdy nie sądziłem, że wciągnie mnie ta technika :)
Nawet sam dwuchromian potasu, który niebezpiecznie rzucił się z pojemniczka na moje spodnie, nie był w stanie mnie powstrzymać ;) Tyle godzin spędziliśmy wspólnie z ludźmi z roku w sali wykładowej pochłonięci i zahipnotyzowani dźwiękiem suszarek suszących papiery :)
Historia projektu komercyjnego, gdzie w czeluściach zaprzyjaźnionej pracowni fotograficznej koleżanki Piazzy fotografowaliśmy kawę, kubki z kawą, pianę z kawy, ziarna kawowe (że to niby wszystko dla potencjalnego klienta) i piliśmy przy tym nieograniczone ilości wódki. A że wódka różne rzeczy robi z ludźmi, albo też odwrotnie to był moment, że ocknąłem się ubrany w suknię ślubną na głównej ulicy gdańskiego wrzeszcza, (gdzie z kolegą Kamilem ubranym w absolutnie zjawiskowe futro z kota, blond perukę i nowym imieniem Swietłana) zatrzymywaliśmy samochody budząc konsternację przechodniów. Projekt zaliczyliśmy celująco oczywiście ;)
Ja i martwa natura? Jak można fotografować jabłuszka i gruszeczki …?
Po inspirujących wykładach na których poznałem prace Witkina, Letinsky i innych zmieniłem zdanie. Tony warzyw i owoców rozkładających się pachnąco w moim mieszkaniu sprawiły, że wypchnąłem z siebie serię zdjęć. Zdjęć brudnych, zgniłych i śmierdzących … Ale jakże podobała mi się ta martwa!
To był czas przygód z naświetlaniem odbitek, wywoływaniem filmów, tworzeniem sepii, packshotów, pastiszów Ofeliowych, Gracjowych i Narcyzowych. Czas wycinania z gazet twarzy, oczu i rąk na potrzeby fotokolaży, fotograficznego solilokwium, wszelkiej inscenizacji i dokumentu miejskiego biało-czerwonej flagi, bezdomnych, miejsc opuszczonych, ludzi i nieludzi. Cierpiałem przy modzie katalogowej na zaliczenie – wszak ciężko mi coś zrobić bez horroru, krwi i zwyrolstwa inscenizowanego ;)
Nie będę ukrywał – to był absolutnie ciężki rok uczelniany – ale przy tym bardzo inspirujący, rodzący mnóstwo pomysłów na nowe i obfity w nowe znajomości …
Niech nie będzie ckliwie, ale już tęsknie TSFie i czekam na październik !!! :)

1

2

3

4

5

pastsizremb

Bez_tytułu_1

Deszczowa Sobota …

Żyję! :)
Miesiąc prawie mija od ostatniego wpisu, ale brak czasu na wszystko i chroniczne zmęczenie sprawia, że wolne popołudnia przesypiam.

Ruchem powolnym

A nawet bardziej – ruchami powolnymi – sukcesywnie przenoszę archiwum z poprzedniego bloga, prowadzonego ze cztery lata. Można sobie zajrzeć w archiwum – momentami dorzucam większą ilość zdjęć, któryh wcześniej nie publikowałem, więc jest co oglądać :)

Tylko jedno zdjęcie …

Moja osobista i prywatna siostra obdarowana została ospą wietrzną, więc te święta zapamięta na długo ;)

A po za tym.
Moje zdrowie ostatnio rozkłada szeroko nogi i pozwala pieprzyć się każdej napotkanej bakterii.
Wolny czas, który zamierzam poświęcić na jakiś subtelnie malutki fototrip, przesypiam niezamierzenie w przepastnych pościelach swojej alkowej ;) ;D
Nie ma śniegu, nawet najmniejszego kawałeczka – za to leząc rano do sklepu bo butelkę mleka, można brodzić w błocie i rozpuszczać włosy (osobiście nie rozpuszczam, bo długich włosów nie posiadam) na porywistym wietrze :D
Jeszcze dodać pragnę, iż jakiś anonimowy człowiek po wpisaniu w google „autodestrukcyjne dno” trafił na moją stronę :D
W związku z wszystkim powyższym, jedyne co mogę zrobić, to pójść spać. W styczniu mam urlop. Podobno.

♪♫ Lana Del Rey – Born To Die

Mam okładkę !

„Mam okładkę !” chciałoby się krzyknąć, choć w rzeczywistości jest to raptem maleńki fragment tej okładki.
W czasopiśmie „Takie jest życie” dwie fotografie mojego autorstwa. Strona siedemnasta, wywiad z Pigułą z Gdyni.
I choć Ewelina nie ma 140 cm, choć przekręcili jej nazwisko i zapomnieli podpisać moje zdjęcia -to ja osobiście i tak jest dumny – wszak Ci co mają wiedzieć kto zrobił te zdjęcia – wiedzą. A prasa bardzo często ma takie wpadki :D
W zasadzie to mój taki pierwszy „sukces prasowy” więc tym bardziej jestem szczęśliwy ;)
Nie pozostaje mi nic innego jak zaproszenie wszystkich do najbliższych kiosków i wydanie tego złoty piećdziesiąt.
Pozdrawiam!

Słowem wstępu

Słowem wstępu „No to Dzień Dobry!” chciałoby się krzyknąć i przejść do wklejania zdjęć z ostatnich sesji.
Można tak ?To pierwszy wpis w nowej, wirtualnej przestrzeni, więc może coś więcej?

Jak to się zaczęło Piotrze?

Pięć lat temu spontanicznie zacząłem rejestrować swoje otoczenie aparatem wbudowanym w telefon komórkowy. Jakość zdjęć oczywiście pozostawiała wiele do życzenie, ale wtedy to się nie liczyło. Wystarczyła mi możliwość samej rejestracji, na początku dość bezmyślnej. I dzielnie to czyniłem, jednocześnie udostępniając swoją „radosną twórczość” na wszelkich portalach fotograficznych. Nigdy nie zapomnę kiedy po wrzuceniu zdjęcia przedstawiającego trzy jabłka na parapecie (zdjęcie było okropne!) i podpisaniu „sam się dziwię, że wyszło tak ładnie” po dwukrotnym odświeżeniu strony zdjęcie zniknęło, a w jego miejsce pojawił się komunikat „zdjęcie skasowano, brak walorów artystycznych”. Siedziałem tak jeszcze przez kilka minut tępo wpatrując się w monitor. Niestety, w chwili obecnej, po tych pięciu latach – nie posiadam już tego zdjęcia.
W kilka miesięcy po tej „traumie” zakupiłem pierwszy aparat, Sony DSC H7, który z wbudowanym obiektywem Carl Zeissa przyprawiał mnie o fale miłości i zamiłowania do zdjęć typu makro. Ten aparat był wręcz stworzony do fotografii tego typu.
Następnie w moim życiu pojawił się, legendarny już, przedstawiciel rodziny Nikon, o numerze d40. Przez ponad dwa lata zrobiłem nim tysiące, jeśli nie miliony, zdjęć – i ciągle było mi mało całej tej fotografii. Uzupełniałem tym samym wiedzę na temat Wielkich Świata Fotografii – gdzieś w między czasie pojawiły się w moim życiu zdjęcia fantastycznej Annie Leibovitz, która utwierdziła mnie tylko w przekonaniu wyższości fotografii portretowej, nad wszelką inną.
W fotografii można być czarodziejem – w sposób bezczelny łamać schematy ogólno pojętej rzeczywistości i bawiąc się nią w kadrze sprawiać, że będzie inna, niż jest naprawdę.
Ucząc się fotografii przez dwa lata, wiem o niej jeszcze mniej niż na samym początku – to nie krygowanie, tak jest naprawdę. Zgłębianie jej, niektórym zajęło całe życie – mam nadzieję, że i ze mną tak będzie.
Spełnieniem marzeń był kolejny zakup – Nikon d90, który po „GRIPowym” tunningu wygląda dostojnie i nonszalancko. Z nierozłącznymi przyjaciółmi pod postacią kilku jasnych obiektywów. I w chwili obecnej to najczęstsze rzeczy jakie mam zawsze przy sobie.

Mam świadomość, że przez te pięć lat rozwijałem się niesamowicie.
Przypadkowość kadrów z telefonu komórkowego zamieniłem na lustrzankowe bokehy i tym podobne.
Pamiętam, że na samym początku swojej „fotograficzności” przeglądając zdjęcia różnych fotoblogowiczów, wzdychałem tęsknie do umiejętności robienia takich zdjęć. I moje marzenie kiedyś się spełni – bo w dalszym ciągu uważam, że to co robię to ciągle mało i chcę więcej.


Jak to się skończy Piotrze ?

Skończy się przypadkiem, jak wszystko co w moim przypadku związane z fotografią.
Z racji mojego zamiłowania do spacerowania z aparatem po miejscach opuszczonych, oficjalnie zakazanych i czasami zamieszkałych przez bezdomnych – w najlepszym wypadku może skończyć się połamaną nogą powstałą na skutek uciekania przed stadem rozjuszonych bezdomnych, a w najgorszym poderzniętym gardłem powstałym na skutek uciekania nieumiejętnego.
A poważniej ?
Jak już zacznie się kończyć, to chciałbym czuć się jak na każdym swoim wernisażu – z subtelnym stresem objawiającym się w okolicach klatki piersiowej, szarych spodniach i z rękoma w kieszeni. I z uśmiechem, że po raz kolejny udało mi się ubrać świat w swoją WszechWyobraźnię.

Nazywam się Zbigniew „Piotr” Piotrowski. Mam dwadzieścia pięć lat. Jestem fotografem. I uzależniłem się od dźwięku migawki. No to Dzień Dobry !

Vilia

Jakiś czas temu w moje objęcia padł aparat fotograficzny, analogowy o nazwie Vilia.
Tak więc po zakupieniu taniej kliszy i wypstrykaniu jej celem sprawdzenia jak, co i czy korpsuik na pewno szczelny i czy nic się nie tenteguje w środku, nie prześwietla i w ogóle – wywołałem.
Jakość zdjęć zmiażdżyła mi nerki – tak więc poszukuję dawcy!
Skany wywołanych zdjęć pozostawiają trochę do życzenia – ale i tak jest fajnie.
Także ten .. druga klisza już wepchnięta w aparat :)

Cieplej

Zmieniasz się, mówisz.
A my wracając w szare rzeczywistości rozpięte w oknie, powtarzamy głośno że tak tak naprawdę wszystko nam się śniło. I, że jesteśmy nieprawdziwi, i drżymy pod kołdrą z tego zimna i strachu, oddychamy na pewno. Walk, walk … passion.

/Wernisażowo.

Dzięki wszystkim!

W Porcie

… Pomylony zostaję z dziennikarzem telewizji TVN, rzekomo szukającej kolejnej afery spożywczej.
Musielibyście ujrzeć przerażone miny wszelkich prezesów na widok mojego aparatu, bezcenna rzecz :)

Bąble i bąbelki

Ha!
Mam bąbelki na plecach, takie różowiutkie i kurewsko bolące. Czuję, że jak się ruszam to gniotą mi się plecy sposobem wrzuconej do szafy bylejak koszuli na specjalne okazje. Mam nadzieję, że etap złażenia skóry plecowej nastąpi jak najszybciej, ponieważ przeleżenie całej nocy na brzuchu nie należy do przyjemności – tak myślę.
Generalnie siedmiogodzinne gnicie na czarnobiałym kocu, w pełnym słońcu przy mojej jasnej karnacji nie było najlepszym pomysłem – ale co zrobić, dobrze mi się leżało po prostu więc wszystko mam na własne życzenie. Cierpimy zatem. Ja i moja skóra.

Debiuty 2009

Pierwszy wernisaż i mam nadzieje nie ostatni. Okupowany stresem, lampkami wina i dźwiękami akordeonu. Było niesamowicie.

Nowe Zabawki

Nowa zabawka drażni mnie z częstotliwością latającego koło dupy komara.
Kupiłem Adapter Odwrotnego Mocowania służący mniej więcej jak obiektywy makro, a przy tym tysiąc razy tańszy.
I co?
I się okazało, że matryca posiada mikroskopijne syfki niewidoczne gołym okiem. Więc walczę zawzięcie z niewidocznymi syfkami – płynem Hamy, gruszką i pędzelkiem – a małe skurwysynki dalej tam siedzą!
I bądź tu człowieku spokojny :)

Świszczę sobie

Jestem Hipochondrykiem.
Z bolącym gardłem idę do lekarza przekonany, nie mając jeszcze wyników o złośliwości swojego wyciętego guza, że najpewniej mam już przerzuty i został mi miesiąc życia. Gdzieś w poczekalni łapią mnie ostre ataki kaszlu, wszystkie siedzące naokoło babcie znikają, chowając się za zakrętem korytarza. Najodważniejsza z nich, wystawia głowę zza ściany i chowając usta za chusteczką, dopytuje czy ja aby na pewno jako drugi na dziewiątą wchodzę i żebym karteczkę z rejestracji pokazał (Chryste..)