Następna stacja – Berlin

Gdynia-Berlin-Wittenberg-Gräfenhainichen-Ferropolis-Wittenberg-Berlin-Gdynia.

Mam dużo pomiętych biletów poupychanych gdzieś po kieszeniach i posiadłem umiejętność kupowania wspomnianych w języku niemieckim właśnie. Zapisy chaotyczne i nic ponad to. Od wczoraj Olsztyn mi chodzi po głowie, fotograficznie…

Na Helu, w Toruniu, w stolicy

_DSC3926 (Kopiowanie)

W Toruniu dużo ludzi. Na Helu patrzymy na kormorany, gubimy czapki z daszkiem i jemy rybę.  A potem w Warszawie jestem przez chwilę papieżem, ale nic z tego. Ludzie wcale nie są milsi, nikt mnie nie całuje po rękach, ani nawet nie obdarowuje szerokimi uśmiechami. W zasadzie to już od chwili zrobienia tego zdjęcia jestem absolutnie sam ze sobą. Sezonowy urlop, zdjęcia sprzed paru miesięcy, a ja i tak mam wrażenie, że wszystko wydarzyło się w poprzednim życiu i część z tych rzeczy sobie zwyczajnie wymyśliłem…I tyle prawdy w tym ile tego czasu już upłynęło od milczeń wszelakich, kojących jakby wszystko co złe.

piotrografia.com - urlopowo (3) piotrografia.com - urlopowo (5) piotrografia.com - urlopowo (6) piotrografia.com - urlopowo (8) piotrografia.com - urlopowo (12) piotrografia.com - urlopowo (13) piotrografia.com - urlopowo (14) piotrografia.com - urlopowo (15) piotrografia.com - urlopowo (17)piotrografia.com - urlopowo (19) piotrografia.com - urlopowo (21) piotrografia.com - urlopowo (22) piotrografia.com - urlopowo (23) piotrografia.com - urlopowo (24) piotrografia.com - urlopowo (26) piotrografia.com - urlopowo (28) piotrografia.com - urlopowo (30) piotrografia.com - urlopowo (31) piotrografia.com - urlopowo (32) piotrografia.com - urlopowo (33) piotrografia.com - urlopowo (34) piotrografia.com - urlopowo (35) piotrografia.com - urlopowo (36) piotrografia.com - urlopowo (37) piotrografia.com - urlopowo (38) piotrografia.com - urlopowo (39) piotrografia.com - urlopowo (40) piotrografia.com - urlopowo (41) piotrografia.com - urlopowo (42) piotrografia.com - urlopowo (43) piotrografia.com - urlopowo (45) piotrografia.com - urlopowo (47) piotrografia.com - urlopowo (48)piotrografia.com - urlopowo (49) piotrografia.com - urlopowo (50) piotrografia.com - urlopowo (51) piotrografia.com - urlopowo (52) piotrografia.com - urlopowo (53) piotrografia.com - urlopowo (54) piotrografia.com - urlopowo (55) piotrografia.com - urlopowo (56) piotrografia.com - urlopowo (58) piotrografia.com - urlopowo (59) piotrografia.com - urlopowo (60) piotrografia.com - urlopowo (61) piotrografia.com - urlopowo (62) piotrografia.com - urlopowo (64) piotrografia.com - urlopowo (65)  piotrografia.com - urlopowo (67)  piotrografia.com - urlopowo (70)piotrografia.com - urlopowo (69) piotrografia.com - urlopowo (66)piotrografia.com - urlopowo (68)

 

Ulicami Peterborough…

_DSC3812 (Kopiowanie)

Zdjęcia z Peterborough to mieszanka kilku dni wędrówek ulicami tego miasta – począwszy od moich fascynacji wszystkim co widzę („jaki śliczny śmietniczek”), a kończąc na targu rozmaitości odbywającym się raz w miesiącu na bliżej nieokreślonym parkingu, gdzie ludzie zjeżdżają z całego miasta i po rozstawieniu swojego stoiska drą ryje, że mają używane i na sprzedaż absolutnie wszystko. Prócz kiełbasy, bo kiełbasa też była i wyglądała na nieużywaną ;)
Zatem błądząc po uliczkach fotografowałem, co mi ślina na język przyniosła (co mi pryzmat na matrycę) – zapis dosyć chaotyczny, ale to bardzo do mnie pasuje, więc wyrzucam zdjęcia bez wyrzutów sumienia. Zdarzyło się też, że pożyczonym rowerem (z cholernie niewygodnym siodełkiem :P) postanowiłem podjechać bliżej meczetu – zielony neon nad wejściem do meczetu, widoczny z paru kilometrów już, tak hipnotyzował, że musiałem . Ale zanim postanowiłem sięgnąć po aparat z plecaka zjechałem nieświadomie w ulicę, gdzie przed każdym obejściem w odległości paru metrów od siebie stały ciapate skupiska ludzi . I scena niczym z filmu… Ciapate skupiska ludzi zamilkły wszystkie w tym samym momencie na mój widok (a wcześniej trwały jakieś żywe dyskusje), z otwartego okna słyszę jak dziecko zaczyna płakać, ulicę przebiega kot, ciszaaaaa… Na ustach mam „allah akbar”, ale nie mam odwagi wydrzeć się, zatem w błyskawiczny sposób montuję tzw. spierdolkę i wracam do centrum…

_DSC3718 (Kopiowanie)

_DSC3720 (Kopiowanie)

_DSC4837 (Kopiowanie)

Katedrę św. Piotra, Pawła i Andrzeja widać praktycznie z każdego punktu w mieście – monstrualnych rozmiarów obiekt robi duże wrażenie nie tylko na zewnątrz…

_DSC4862 (Kopiowanie)

_DSC4853 (Kopiowanie)

Samo centrum robi bardzo sympatyczne wrażenie – gdzieś między zdjęciami odkrywam, że anglicy to tacy sami syfiarze jak polacy ;)

_DSC3780 (Kopiowanie)

_DSC3788 (Kopiowanie)

_DSC3786 (Kopiowanie)

_DSC3763 (Kopiowanie)

_DSC3782 (Kopiowanie)

Spotykam też Śniętą Helenę czekającą na autobus, która wyszła trochę nie ostro bo strasznie wierciła się przez sen ;)

_DSC4176 (Kopiowanie)

oraz wyluzowanego Mariana, któremu oczekiwanie na śniadanie umilała Śnięta Helena, która po pobudce wsiadła na motor i już nie czekała na autobus…

_DSC4144 (Kopiowanie)

Miałem też okazję zapoznać się z polną sztuką wysoką – za cholerę nie wiem co fotografowałem, ale obiekt był całkiem duży i całkiem fotogeniczny ;)

_DSC4274 (Kopiowanie)

_DSC4288 (Kopiowanie)

_DSC4283 (Kopiowanie)

_DSC4286 (Kopiowanie)

_DSC4169 (Kopiowanie)

No i słynny targ – serce moje skradła Maryla, cała taka do kochania. Siedziała i czekała na wielką miłość…

_DSC4926 kopia

_DSC4997 (Kopiowanie)

_DSC4977 (Kopiowanie)

_DSC4992 (Kopiowanie)

_DSC4927 (Kopiowanie)

_DSC4934 (Kopiowanie)

_DSC4941 (Kopiowanie)

_DSC4947 (Kopiowanie)

_DSC4949 (Kopiowanie)

_DSC4955 (Kopiowanie)

_DSC4986 (Kopiowanie)

Na głównym placu Peterborough przechadzają się trzy kobieciny w dojrzałym wieku – widzę tylko tyły, więc trudno mi określić wiek. Krótkie spódniczki, włos na lok, nóżki w obcasikach, obwieszone z każdej strony wszystkim co świecące i dopiero, gdy spostrzegam zarost wyzierający spod kilku kilogramów pudru na twarzy każdej z nich, na chwilę przystaję i łapię się za głowę – dopiero potem do mnie dociera, że przecież to takie normalne i nikomu nie robiące krzywdy…

Tak…  Anglia to zdecydowanie piękny kraj.

_DSC4913 (Kopiowanie)

Warszawskie migawki

_DSC8597 kopia

Początek grudnia zeszłego już roku.
Kilka dni łażenia po stolicy z pozytywną grupą mobilini-opuszczone. Trochę wizyt w opuszczonych miejscach, na dachach warszawskich drapaczy chmur i innych równie fotogenicznych miejscach. Mała relacja poniżej.

_DSC8666 kopia

_DSC3494-2 kopia

_DSC8890 kopia

_DSC3581 kopia

_DSC3582 kopia

_DSC3592 kopia

_DSC8693 kopia

_DSC8710 kopia

_DSC8712 kopia

_DSC8735 kopia

_DSC8741 kopia

_DSC8744 kopia

_DSC8745 kopia

_DSC8751 kopia

_DSC8724 kopia

_DSC8730 kopia

_DSC8731 kopia

_DSC8738 kopia

_DSC8771 kopia

_DSC8615 kopia

_DSC8607 kopia

_DSC3611 kopia

_DSC8896 kopia

_DSC8590 kopia

_DSC8542 kopia

_DSC8579 kopia

_DSC8797 kopia

_DSC8849 kopia

_DSC8863 kopia

_DSC8537 kopia

_DSC8544 kopia

_DSC8546 kopia

_DSC8553 kopia

_DSC8562 kopia

_DSC8568 kopia

_DSC8576 kopia

_DSC8789 kopia

_DSC8914 kopia

_DSC8915 kopia

_DSC8940 kopia

Jeden dzień w Pasłęku

untitled-0668

Jeden dzień. Plener TSF. Pasłęk. I chwilowa przerwa od zdjęć majówkowych ;)
Z prześwietnym podzamczem, klimatycznymi uliczkami i przychylnym do użyczenia swojego wizerunku na potrzeby internetowe dżentelmenelem ;)

untitled-0590-2

untitled-0498

untitled-0511

untitled-0535

untitled-0541

untitled-0546

untitled-0643

No gdzie wy jesteście?

untitled-1263

No właśnie gdzie?
Trójmiejska Grupa Eksploracyjna poszalała w tegoroczną, minioną już, majówkę.
Część odpoczywała po mazursku, wyeksplorowawszy przy okazji opuszczony tartak. Inni zostali na pomorzu i eksplorowali tuż za miedzą.
Nasza czwórka zapakowała się do zielonego Jeepa grupowego kolegi i ruszyła podbijać silesię, gdzie mieszkałem lat trzynaście.
Więc jesteśmy w Krainie Absolutnie Szczęśliwego Dzieciństwa.
Gdzie zimą, wracając po lekcjach, specjalnie brodziłem po kolana w śniegu, bo wtedy Szanowna Mama Prywatnie-Osobista robiła taką zajebistą, malinową herbatę na rozgrzanie. Gdzie w naiwności poznawania rzeczy zakazanych (czyt. zapałkiiiii) i chęci zrobienia pierwszego w życiu ogniska, spaliłem drzewo w pobliskim parku i też prawie pół rzeczonego parku. Gdzie z blond pyskatą koleżanką (pozdrawiam :*) spotykałem się nad magicznym źródełkiem i pisaliśmy swoje pierwsze „książki”, które oczywiście musiały być opatrzone ilustracjami własnej roboty ;) Gdzie długie, szkolne przerwy zaczynało się pędem do przyszkolnego placu zabaw, żeby zjechać parę razu z pseudowyciągu z oponą imitującą siedzenie. Gdzie w niezrozumieniu pojęcia „kot zawsze spada na cztery łapy” wyrzucałem te biedne zwierzątka z okna pięciopiętrowej kamienicy, żeby sprawdzić (żadne zwierzęcie nie ucierpiało ;))

Eh … tego tyle jest i tak bardzo ryj mi się uśmiecha na samo wspomnienie…
No więc Zabrze, dzielnica Mikulczyce, województwo śląskie, kraina dzieciństwa – najpiękniejszego okresu w moim życiu, tak myślę :)
Nie muszę chyba mówić, jak bardzo cały środek mój piszczał na widok tych miejsc? ;)

untitled-1210

untitled-1211

untitled-1212

untitled-1214

untitled-1252

untitled-1258

untitled-1215

untitled-1216

untitled-1219

untitled-1220

untitled-1224

untitled-1245

untitled-1247

untitled-1248

untitled-1251

untitled-1275

untitled-1264

untitled-1267

untitled-1271

untitled-1272

untitled-1273

untitled-1290

untitled-1285

untitled-1284

untitled-1283

untitled-1282

untitled-1279

untitled-1344

untitled-1346

untitled-1354

untitled-1351

untitled-1341

Hałdy mikulczyckie pamiętam jako porośnięte trawą i inną faunoflorową warstwą. Na grzyby tam się kiedyś chodziło. I nawet, jakby dobrze spojrzeniem zarzucić, to w oddali majaczyły sylwetki bliżej nieokreślonych gór. W chwili obecnej hałdę likwidują/rozbierają. Pozostał tylko zapach siarki (?) – zdecydowanie nieodłączony element mojego dzieciństwa – więc stałem tak sobie i chłonąłem całym sobą ten zapach, ba, mógłbym nawet do słoika pozbierać trochę i ćpuńsko wąchać po kątach ;) ale w oddali dało się dojrzeć, czarno ubranego, Pana Pilnującego z towarzyszką usadowioną na plastikowym krześle, która, najwyraźniej po uświadomieniu sobie, że przecież możemy być z jakiś gazety (wyczytałem, że jest jakaś afera pomiędzy firmą likwidującą, a mieszkańcami) skrzętnie skrywała twarz za dłonią (jakbym rzeczywiście szerokim kątem był w stanie sfotografować jej facjatę ;P). Zapewne pilnowali maszyn burzącolikwidujących, bo hałdy raczej nikt nie ukradnie ;)

untitled-1336

untitled-1301

untitled-1317

To był dzień pierwszy.
Po sześciu godzinach podróży i moim sentymentalnym szlajańsku po starej dzielnicy padaliśmy na twarzoczaszki sposobem wręcz nieprzyzwoitym – trzeba było wracać do naszego katowickiego hostelu. Swoją drogą trochę współczuję swoim współpodróżnikom – bo prawie spazmów dostawałem na widok znajomych przestrzeni i oni biedni musieli słuchać trajkotania pt. „A tutaj to, tutaj tamto, tu robiłem to, blablaba” ;)
Jeszcze się trafił szybki, nocny spacer fotograficzny po Katowicach …

untitled-2554

untitled-2413

untitled-2432

untitled-2501

untitled-2474

untitled-2521

untitled-2508

untitled-2548

untitled-2391

W drugim dniu majówki przyszedł wreszcie czas na obowiązki ;)
Pod katowicką kopalnią węgla kamiennego „Kleofas” docieramy bardzo modnie spóźnieni. Ktoś zaszalał na stronie o opuszczonych miejscach pisząc, że miejsce nadal aktywne – tak naprawdę to już praktycznie nie istnieje. Został szkielet szybu, jakiegoś łącznika między budynkami, budynek biurowy i tony gruzu wokół. I dziadkowie pilnujący, których szumnie ktoś, gdzieś nazwał specjalistycznie uzbrojoną formacją ochronną – ten z wąsem, uzbrojony w specjalistycznego owczarka niemieckiego ;), najodważniejszy chyba, na nasze głośne „dzień dobry” wymamrotał dwa razy „opuścić teren, opuścić teren…”. No więc opuszczamy niespiesznie, spacerkiem uskuteczniając nasze nieporozumienie w oczach, że „jakim cudem my tu trafiliśmy?” i, że „którędy to się wychodziło?”, żeby pod czujnym okiem Najgrubszego Pilnującego (który okiem patrzył z daleka) złapać jeszcze parę kadrów.

untitled-1385

untitled-1387

untitled-1392

untitled-1397

untitled-1406

untitled-1421

untitled-1429

untitled-1439

untitled-1449

untitled-1455

untitled-1456

untitled-1459

untitled-1461

untitled-1472

untitled-1484

Nie da się ukryć, że pogoda dopisała niesamowicie.
Jak i rozmachoprzepych (kocham te swoje dziwactwa „nowomowowe”) miejsc, które jeszcze odwiedziliśmy, a o których następnym razem.
I na koniec jeszcze piotrograficzny Piotrowski, ustrzelony przez kornatkowiczankę

DSC_0698

DSC_0790

Jeden dzień w Toruniu …

untitled-9863 copy

Kupiliśmy bilety podróżnika na pociągi TLK za absolutne grosze, żeby przed Wielkanocą poszaleć.
I po Wielkanocy też.
Wielka sobota w Bydgoszczy, lany poniedziałek w Toruniu.
Przedstawiam Toruń.

untitled-9681

untitled-9837 copy

untitled-9839 copy

I tyle toruniowego Torunia – mały spacer starówką, placek węgierski u Jadwigi i plackiem leżenie nad Wisłą. Piwo. Trochę meneli, jak w każdym mieście. Nawet nie było gdzie pierników kupić ;)
Potem w autobus i na kraniec miasta zwiedzić cudo co poniżej.
Ah … te opuszczone :D

untitled-9683

untitled-9684

untitled-9810

untitled-9806

untitled-9799

untitled-9797

untitled-9789

untitled-9777

untitled-9776

untitled-9773

untitled-9772

untitled-9771

untitled-9768

untitled-9765

untitled-9760

untitled-9752

untitled-9751

untitled-9748

untitled-9741

untitled-9739

untitled-9737

untitled-9735

untitled-9734

untitled-9732

untitled-9730

untitled-9729

untitled-9723

untitled-9715

untitled-9711

untitled-9708

untitled-9706

untitled-9705

untitled-9702

untitled-9701

untitled-9692

untitled-9691

untitled-9689

untitled-9688

untitled-9824

untitled-9827

untitled-9823

untitled-9818

untitled-9816

untitled-9804

untitled-9787

untitled-9782

untitled-9781

untitled-9778

untitled-9763

untitled-9722

untitled-9721

untitled-9720

untitled-9719

untitled-9718

untitled-9717

untitled-9716

untitled-9832

Był plan jeszcze nawiedzić cudną przędzalnię – niestety, trzy różne firmy ochraniające obiekt skutecznie nam to uniemożliwiły. Następnym wpisem Bydgoszcz! :)

Kanały burzowe

5

untitled-8829 copy

untitled-8907 copy

untitled-8911 copy

untitled-8916 copy

untitled-8917 copy

Troszkę połaziliśmy. Ponaświetlaliśmy. Postroboskopowaliśmy.
I za siedzenie w ciemnościach, pomoczenie butów, głów i innych – należy nam się duża wódka.
Zatem – Wasze zdrowie! ;)

Szybki spacer po Łodzi

untitled-4007

untitled-4021

Trochę zobaczyć się udało – choć oczywistym jest, że weekend to stanowczo za mało.
W biegu zwiedziliśmy kilka klatek schodowych, opuszczonych budynków i idąc miastem staraliśmy się wchodzić w każdą bramę. Łódzkie podwórka bywają cudne :)

untitled-3226

untitled-3231

untitled-3232

untitled-3233

untitled-3235

untitled-3236

untitled-3243

untitled-3259

untitled-3267

untitled-3273

untitled-3275

untitled-3282

untitled-3283

untitled-3287

untitled-3616

untitled-3621

untitled-3624

untitled-3627

untitled-3635

untitled-3640

untitled-3649

untitled-3658

untitled-3660

untitled-3691

untitled-3692

untitled-3694

untitled-3695

untitled-3697

untitled-3698

untitled-3701

untitled-3702

untitled-3713

untitled-3714

untitled-3720

untitled-3724

untitled-3726

untitled-3923

untitled-3928

untitled-3930

untitled-3932

untitled-3935

untitled-3940

untitled-3945

untitled-3951

untitled-3964

untitled-3985

untitled-3988

untitled-3994

untitled-3996

untitled-4037

untitled-4038

untitled-4082

untitled-4105

untitled-4066 copy

Szybkie,Nocne i Bałuty

untitled-3907

Sobota wieczór. Łódź, Bałuty. Oj szybciutki spacerek…
Tuż po wyjściu z hostelu na ulicy Rybnej usłyszeliśmy przeciągle-dresowe „kurwa!Kto to?!” skierowane w naszą stronę, więc wieczór mógł być cudny absolutnie.
Potem jakoś stało się, że kobiecina z twarzą przesiąkniętą odcieniem bordo przechodząc obok wypierdoliła się soczyście („Bo tak szłam, zagapiłam się jak cipa i się wzięłam przewróciłam. Macie papierosa?”).
Potem trójka lokalesów rzuciła się na kolegównę Kaziutę, z czego jeden nalegał na wspólne zdjęcie z rzeczoną kolegówną (miał eleganski sweterek).
Następnie przypałętał się kolejny Kaziutowy Amant (z pochodzenia jak dobrze pamiętam grek) i spod jego bujnego wąsa wypluwały się ślinowo (prócz słów, którymi coś tam opowiadał) zapachy alkoholi przeróżnych, wysokoprocentowych.
Dalej jakiś Jego Mość mocno bujający się między brzegami chodnika, tłumaczył swemu psu „Jak Ty kurwo, nie umisz iść prosto, to ja cię nauczę …”.
W kolejnej bramie grupa lokalesów, spożywająca zapewne z okazji sobotniego wieczoru herbatę, z wyrazem pożądania w oczach patrzyła na nasze aparaty (przyspieszamy kroku!).
Były też jednookie koty w oknach – chyba jedyne trzeźwe stworzenia, które spotkaliśmy tego wieczoru.

untitled-3874

Łódź, piękna Łódź. Piękne bramy, piękne światła, piękne wszystko!

untitled-3789

untitled-3761

untitled-3919

untitled-3784

„Chodź do bramy, pogadamy!” ;)

untitled-3800

untitled-3817

untitled-3818

untitled-3820

untitled-3823

untitled-3829

untitled-3834

untitled-3837

untitled-3869

untitled-3892

untitled-3901

untitled-3921

I coś dla smakoszy słodkości absurdalnych – zdjęcia amatorskie w ciągu godziny.
Znaczy modelowi wydaje się, że pozuje. Fotografowi wydaje się, że robi zdjęcia.
A płacić mogłaby Gruba Pani Urszula z siódmego piętra, czy ktokolwiek.
Ot, taki tam smaczek – wielbię takowe.

untitled-3897

A Łodzi tutaj jeszcze trochę będzie w przyszłości!

Migawki z Kartuz

untitled-7213

Migawki z Kartuz czyli jesienne latanie z lokalną Karolajną, która zna każdy zakamarek ;)
Były wielokilometrowe wyprawy nadjeziorne, „wśródpodwórkowe” i trafiła się nawet opuszczona nastawnia kolejowa, opuszczona lokomotywa i opuszczony wagon w pobliżu stacji, która też wyglądała jak opuszczona ;)

untitled-6953

untitled-6950

untitled-6951

untitled-6962

untitled-6959

untitled-6966

untitled-6969

untitled-6978

untitled-6979

untitled-6980

untitled-6993

untitled-6982

untitled-6985

untitled-6995

untitled-6996

untitled-6998

untitled-6999

untitled-7003

untitled-7010

untitled-7013

untitled-7020

untitled-7022

untitled-7024

untitled-7025

untitled-7026

untitled-7027

untitled-7033

untitled-7034

untitled-7036

untitled-7039

untitled-7042

untitled-7044

untitled-7053

untitled-7152

untitled-7159

untitled-7268

untitled-7146

untitled-7051 copy

untitled-7170

untitled-7172

untitled-7216

untitled-7106

untitled-7073

untitled-7236

untitled-7222

I na koniec takie cudaaaaa ;)

untitled-7258 copy

Miszmaszowo …

untitled-4581

Soczyste rozgniatanie myśli siłą ciszy, ciała, swoistych zauroczeń chwilami i czymś jeszcze rozkładającym się po kątach głowy.
Artystyczne uprawianie czasu – jeśli jest się tylko człowiekiem to można być czymś/kimś więcej jeszcze? Człowiekiem o wysokiej czułości, liczonej w DINach i zainstalowanej tuż nad obojczykiem, trochę bardziej w stronę serca, żeby umieć widzieć więcej i tworzyć to wszystko, co sprawia że warto patrzeć właśnie w taki sposób. Jeśli idę miastem, z krzywo nałożonym humorem między policzkami i jeżeli mam dłonie chłodne, małe i nieistniejące i jeśli nawet czuję się bardziej artystą, niż czuć się powinienem to bardzo dobrze mi z tym stanem ducha. Chciałbym więcej, więcej i więcej.

untitled-4555

untitled-4557

untitled-4570

untitled-4663

Bez_tytułu_1

untitled-5509

untitled-5490

untitled-5439

Gdańskie Kompilacje

Dziś za(o)szalałem ! :)
Pobudka o czwartej, szybka kawa i strzał w stronę Gdańska, gdzie z dwiema koleżankami uskutecznialiśmy fotograficzne włóczęgostwo miejskie.
Gdańska kompilacja.

Gdańskie Kompilacje …

Wczorajsza sobota.
Jakże to straszne, że w dni wolne od pracy włącza mi się tryb starszego pana – godzina szósta rano, oczy robią się już wyłupiaste z wyspania i gapi się człowiek w sufit jakoś tak beznamiętnie. Potem pije dwie kawy pod rząd, pali kilka papierosów i tworzy plan dnia :)
Po strasznie długich konsultacjach telefonicznych z kolegą Kamilem uznajemy, że fotograficznie szlajanie się po Sopocie będzie w sam raz – niestety kolega Kamil dosyć spontanicznie zakaszlał, zasmarkał i z drgawkami cielesno-chorobowymi poszedł do domu spożywać tabletki przeciwgrypowe. A ja jakimś cudem i w tajemniczych okolicznościach trafiłem do samochodu koleżanki Kaziuty, gdzie jej niespełna trzyletni synek w foteliku samochodowym puszczał niewyobrażalnie śmierdzące bąki :):):)

Dzień fantastyczny – lubię spotykać takich ludzi jak na zdjęciach poniżej …

I jeszcze zapraszam na wernisaż :)

Dom Oficera w Bornem Sulinowie

Gdzieś na internecie można wyczytać, że to symbol tego miasta.
Że w chwili obecnej właścicielem jest Brytyjczyk, który po subtelnym liftingu dachu – zniknął i nic nie robi.
A szkoda, bo jest potencjał …

Czarnobiałe i Sopockie …

Pomiędzy alegorami jakimiś. Czy coś.
Uniwersalny czas jest pozytywny – najbardziej ten przyszły, rozkładający się szeroko w czternaście dni Wolnego, obfitujące w dużą ilość fotografii naumyślnej.
Bezczelne popłenianie sztuki zaczyna się boleśnie.
Pobudki o piątej rano, z roztrzepanymi głowami ukrytymi w chmurach można być już wielkim artystą.
Ręcę milczące w kieszeniach, głośny dym i stukoty serca.

Śląskie Migawki

Dziwactwa serwowane piątkowymi popołudniami smakują wyśmienicie :)

A poniżej kilka migawek ze Śląska.
Z szerokim uśmiechem możnaby tak łazić po miejscach, w których nie było się jakieś dwanaście lat i odświeżać pamięć.

Jakiś czas temu.

„Bo w Gdańsku, psychiatryczny taki opuszczony stoi”

Wszystko zaczyna się o dziewiątej czasu niedzielnego w Gdańsku.
Biedna kawa z amerykańskiej sieciówki na literę M za sześć złoty i człowiek jakiś taki szczęśliwszy z tym kubkiem po mieście lezie.
I już nawet małe zimno, które towarzyszy monstrualnej odwilży i stadne zwierzątka hodowlane, bezczelnie zwisające kopytkami z nosa ;) nikomu nie przeszkadzają.
Generalnie to zaczęło się od kupna tej kawy właśnie, chwilowej rozmowie przy brudnym stole (żeby nie rzec upierdolonym) i wsadzenia swoich czterech w złotą strzałę Agaty Zet, lat dwadzieścia dwa, włosy czarne. Oczywiście każdy we własnym zakresie te cztery litery powsadzał i ruszyliśmy na Gdańską Przeróbkę, gdzie znajdować się miały opuszczone Zakłady Naprawcze. Owszem, znajdowały się – piękne, stare budynki z czerwonej cegły ogrodzone płotem typu, za jakim żadne z nas nie przepada (czyt. nie da się przecisnąć) więc nieco niezadowoleni pstrykaliśmy wszystko co naokoło.

Potem przychodzi sympatyczny JegoMośćCieć, któremu osobiście (nieempirycznie) próbuję wytłumaczyć, że nie istnieje coś takiego jak „zakaz fotografowania obiektów grożących zawaleniem i takimi tam”.

Nawiązała się dyskusja na temat tego, czy warto inwestować w zabytki i, że niby kto ma to robić?
„Panie, tutaj wszystko porozpierdalane jest. Zabytki, kurwa. Panie …”
W Wieży Ciśnień jakaś szumna firma urządziła sobie magazyn, zamknięte na kłódkę. Nigdzie nie da się wejść, z resztą już później to głupio nadwyrężać gościnność JegoMośćCiecia – więc żegnamy się i jedziemy w stronę Łąkowej. I teraz zabrzmię niczym Tajemniczo Anonimowy Agent Do Zadań Specjalnych (UWAGA!): Mój informator ;) sprzedał mi news’a, że w okolicach Łąkowej znajduje się nieużywany szpital psychiatryczny. Ale zanim tam trafiliśmy był szereg domów, kamienic i budynków popadających w ruinę. I piękna nieznajoma, która tuż po nakarmieniu gołębi pozwoliła sobie zrobić kilka zdjęć i poopowiadała, że w kamienicy na przeciwko mieszka samotny dziwak, a w tej obok to w piątek umarł („Panie Świeć Nad Jego Duszą”) Wiesław, kawaler.

Udało się w końcu zlokalizować Szpital. Gorzej było z lokalizacją wejścia do niego. Piękna nieznajoma poradziła zapukanie do portierni, bo jak się okazało szpital miał być pilnowany („W tamtym roku horrory tam kręcili”). Obeszliśmy budynek z każdej strony i kiedy nie bardzo wiedząc, którędy się wsadzić do środka – weszliśmy w podwórko plebani. Z szerokim uśmiechem przywitaliśmy niski płot odgradzający plebanię od terenu szpitala. Udało się! Byliśmy na jego terenie! Z resztą, nie tylko my tam byliśmy:

I kiedy już po bliższej kontemplacji szpitalnych murów, brodząc po kostki w wodzie, mocno zniechęceni i odpalający (co niektórzy) któreś papierosy z kolei – zwątpliśmy, że kiedykolwiek nam się uda wejść do środka – odkryłem szyb wentylacyjny profesjonalnie zastawiony krzesłem, umywalką i kawałkiem deski. Generalnie, umiejętność pełzania w szybach wentylacyjnych powinienem sobie w CV wpisać, myślę ;)

Chwila grozy.
Łuszcząca się farba na ścianach przyprawia o dreszcze, Agata Zet oczami wyobraźni w szpitalnym korytarzu widzi wychudzoną kobietę w szpitalnej piżdżamie, które powłócząc nogami, nie ma jednej ręki i krwawiąc z nosa szepcze zachrypniętym głosem „Uciekajcie, jeszcze nie jest za późno… uciekajcie…”.
A bardziej poważnie, ku naszemu zdziwieniu odkrywamy, że piwnicach działa światło, potem odkrywamy jeszcze coś bardziej przerażającego …
Szpital rzeczywiście jest pilnowany i pilnujący znajduje się kilka kroków przed nami, za drzwiami do sali przyjęć, w której urządzona został mały przybytek, w którym wyżej wymieniony, spożywa nudną kawę w wyszczerbionej szklance-musztardówce i przegląda stare gazety.
Chwila ciszy, konsternacja i postanawiamy oddalić się w jak najdalszy zakątek/piętro szpitala, żeby nie narażać się na bliskie spotkanie ze stróżem.
W pokojach absurdy rodzaju nijakiego – całe mnóstwo czerwonych obrazów niemo krzyczących twarzy, w powietrzu unosił się jeszcze zapach farby.
W okolicach sali operacyjnej uświadamiamy sobie, że szpital nie był raczej szpitalem psychiatrycznym – małe niedosyty czuje, brak jakiegokolwiek sprzętu, wszystko wysprzątane – gdyby chociaż jakiś zwłoki gdzieś leżały ;)
Wychodzimy jak ludzie – drzwiami! Jakoś się udało.
I już będąc przed szpitalem, po kilkugodzinnym jego zwiedzaniu – z bezczelnymi uśmiechami i brudni, jakbyśmy dopiero co w błocie się tarzali w akcie protestów dla ACTA, idziemy do głównych drzwi i pukamy do stróża, żeby zapytać czy jest możliwość zwiedzenia :D . Otwiera dziadziuś taki i ze łazmi w oczach krzyczy, że Plac Solidarności powinien nazywać się Placem Hańby i Mordu. :D

I tym jakże pozytwnym akcentem – wszystkim życzę mało bolesnego wejścia w nowy tydzień :)

Kotłownia B-117 / Teraz i Kiedyś

Najpierw otwierasz drzwi. A potem wybucha Wyobraźnia.

W każdym zapomnianym i opuszczonym miejscu tkwi potencjał.
Osobiście wszędzie widzę Lofty, gdzie wszechartysta-malarz-fotograf-grafik-cokolwiek tuż po wypiciu gorzkiej, czerwonej herbaty w przestrzeni kuchennej, nonszalancko i z wysoko podniesioną głową spływa schodami piętro niżej, do swojej pracowni. Taki wszechartysta-malarz-fotograf-grafik-cokolwiek musi być ubrany w luźne, poplamione farbą spodnie, z kieszeni których wystają pędzle albo inne narzędzia (w zależności od upodobań artystycznych wspomnianego). Taki wszechartysta-malarz-fotograf-grafik-cokolwiek powinien być rotargniony i z tego roztargnienia swojego powinien swoje prace układać w kątach pracowni, układać równolegle do okien wychodzących na północ, bo światło lepsze.
I takie wizje miewam za każdym razem, gdy wchodzę w niszczejące, zapomniane i w żaden sposób niewykorzystywane miejsca.
Martyna Cichocka zadzwoniła do mnie kilka tygodni temu, urzeczywistniając moje wizje.
W ramach dyplomu, stworzyła projekt zagospodarowania starej kotłowni B-117 na miejsce rezydencji artystów wszelakiej maści i narodowości. I choć dyplom obroniła celująco, to żadne z nas nie ma pojęcia, czy kiedykolwiek stara kotłownia zmieni się w owy fantastyczny projekt.
Na przełomie kwietnia i maja wspomniany dyplom Martyna zaprezentuje w Klubie Filmowym „Żyrafa”, prezentacja połączona będzie z wystawą zdjęć mojego autorstwa, właśnie z tego miejsca.
Spójne Teraz i Kiedyś. Z nadzieją, że Kiedyś nastąpi jak najszybciej :)

Na obejrzenie reszty zdjęć – z pewnością w przyszłości zaproszę :)

Fragment dnia. Żukòwò.

Dzielnie dzierżąc kubek kawy w dłoni rozpoczynamy małe włóczęgostwo po tym trzynastowiecznym miasteczku, uważając (jak wspomniała Izabela K.) na cyganów, którzy gęsto rozsiani w okolicach kościoła poszukują pięniedzy w cudzych portfelach. W Żukowie fantastyczny jest właśnie kościół w stylu ponorbertańskim (można poczuć się jak we wczesnym średniowieczu ;) ), i nic po za tym. No, może jeszcze grad padający jakimś dziwnym sposobem do nosa był imponujący ;)

Abstrachując, kilka tygodni temu dorwałem starą, niemiecką EXę, po dosłowym wepchnięciu kliszy do środka – czekam na ostatnią klatkę, żeby przekonać się czy aparat popsuty czy nie popsuty ;)

♪♫ Youth Lagoon – July

Sopot poranny

Mały urlop.
Szósta rano, autobus linii S, duża latte i śmigam między uliczkami Sopotu z kapturem na głowie i słuchawkami w uszach.

Mamy styczeń. Dwa tysiące dwunasty. Plus dziesięć na termometrach przyokiennych. I zbliżający się Koniec Świata, któryś już z kolei w tym stuleciu ;)
W Sopocie pada i ludzie chodzą naburmuszeni, chodzą powoli, a potem siedzą na mokrych ławkach czytając wczorajsze gazety.
Rejestruję dziś wszystko, co popadnie. Bez głębszych przekazów. Po prostu.

♪♫ Pawbeats- Reliance

Spada migawka jak gilotyna (…)

Siedząc w dwóch różnych skarpetkach (mam jeszcze jedną taką parę ! ;)) odpalam leniwie telewizor.
Seriws pogodowy. Pani, która jednym okiem patrzy przed siebie, a drugim w lewo, radośnie informuje, że napływa do nas powietrze polarno-morskie.
A powietrze polarno-morskie to takie, które bezczelnie sprawia, że muszę sięgać garściami po tabletki z ibuprofenem.
Zdenerwowała mnie owa Pani, więc w akcie zemsty przełączyłem ją na jakąś stację muzyczną, gdzie niejaka Edzia G. zarzekała się uparcie, że nie była Ewą.
Pada deszcz i podobno za tydzień mamy Święta Bożego Narodzenia.
Na klatkach schodowych dziwne rzeczy ludzie wywieszają.
Słabo kontaktuję dziś.

♪♫ Michał Bajor – Stop Klatka

O Różowościach Świata Tego

Z konsternacją na wypudrowanym policzku napuchniętej twarzy i dumnie głowę unosząc, w sposób może nawet majestatyczny, w akcie rozrzuconych majtek wokół łóżka, wzięła i wyszła. Wzięła i wyszła głośno, głośniej niż planowała i choć drzwi, którymi trzasnęła wcale się nie zamknęły to głupio jej było wracać, żeby udowodnić sobie i Jemu, który siedział krzywo na krawędzi tego łóżka skrzypiącego, że ona te drzwi jeszcze raz trzaśnie. Tak żeby się zamknęły i żeby słowo ostatnie należało do Niej. Chciałoby się rzec, że zostawiła w tym pokoju przez przypadek torebkę i majtki. I serce.

Opieram się, ułożony prawym bokiem do lewej ściany szklanego przystanku i podziwiam jak mi się miasto rozbudowuje. Opieram się i podziwiam w milczeniu, żując ze smakiem gumy owocowe z pobliskiej stacji beznynowej. Ręce mam w kieszeni, ciężką torbę, bo jakieś zdjęcia jadę robić za miasto i czekam na autobus lini nijakiej, który to za to miasto mnie zawiezie. A ta guma to mi się ciągnie jakoś niesmacznie czy coś.
I staje nagle nieopodal blondi-bejbe, w różowym futrze z kota (?) i z cienkim papierosem między palcami zaciąga się nonszalancko i wydawałoby się dystyngowanie.
W tej blond-bejbowej czuprynie, która okala pomarańczową, jakże naturalnie opaloną twarz, to nie jestem w stanie rozpoznać koloru oczu, bo grube na pięćdziesięt centymetrów makijażowe kreski wokół nich – uniemożliwają mi to. No więc stoimy tak sobie oboje, ja w dalszym ciągu się opieram, a blondi-bejbe kończy właśnie papierosa i ruchem zaaferowanej księżniczki, z miną urzędniczki państwowej, która właśnie menopauzę przechodzi, rzuca tego papierosa na chodnik, między mokre liście i tym swoim białym obcasem białego kozaczka, przygniata, żeby dogasić. Już mi się za różowo zrobiło przed oczyma, więc wzrok odwracam, a blondi-bejbe z maciupkiej torebeczki w cekinki, ptasie piórka i inne dziwne ozdóbeczki (?) telefonik wyciąga, z jakimś dziwnym bryloczkiem który przyczepiony do pink telefoniku zwisa jeszcze trzy metry w dół i tymi swoimi szponami w różowy wzorek, którymi mogłaby pewnie tapety zrywać, jako tapetozrywarka w firmie budowlanej, głośno westchnąwszy próbuje wystukać jakimś numer. I, o zgrozo, odzywa się na głos i ja już nie jestem w stanie się opierać jakoś przyzwoicie o ten przystanek, więc prostuje się i odchodzę kawałek dalej, żeby śmiechem nie parsknąć.
-Ej, no heloooł? Ja tutaj czekam…?, poprawia tymi szponami w różowy wzorek blondi-bejbe swoją blondi-czuprynę i moim oczom (bo w dalszym ciągu obserwowałem ukradkiem to zjawisko przyprzystankowe), ukazało się różowe pasemko.
– Ej noooo, chyba żartujesz … Heloooł?
Rozłączyła się i nerwowo zaczeła przeszukiwać swoją torebunię, klnąć przy tym soczystym różowym pod nosem.
A ja mam myśli mordercze, wyciągam swój telefon i podchodzę. Trzy ciosy w twarz z górnego kantu telefonu, potem chwyt za włosy i o drewnianę ławkę przystanku ze dwa razy, potem ściągam jej tego białego kozaczka i obcasem wydłubuje z pomarańczowo-pomarszczonej twarzy lewe oko, krzycząc w jakimś amoku „Gdzie wy się takie rodzicie?! Kto was robi?!”. Ocknąłem się. Różowa blondi-bejbe odpala papierosa, a ja na szczęście właśnie wsiadam do swojego autobusu i ostatnie co widzę, to jak blondi-bejbe sprawdza w małym lusterku czy jej się dwudziestokilogramowy makijaż nie pogniótł i czy aby różowe pasemko na pewno odpowiednio widać. Nie lubię takich kobiet – choć słowo „nie lubię” to chyba za mało.

♪♫ Michał Jelonek- BaRock

Gdańsk – o mrozie, patynie i innych

Od szóstej z minutami spożywam łapczywie, pierwszą tego dnia, kawę. Spożywam w kubku, który swoją pojemnością możnaby nazywać też małym wiaderkiem.
Kawa o tej porze z takiego wiaderka smakuje właśnie najlepiej i sympatycznie nakręca na dzień – a Dzień Ważny, wszak Święto Niepodległości.
Pomijając wszelkie porannie czynione toalety, spakowanie Nikodema, ułożenie gazu pieprzowego tuż obok wspomnianego w plecaku i przeproszenie się z termoaktywnymi kalesonkami, które grzeją kości tuż po wyjściu z domu – o ósmej znalazłem się na stacji SKM. Znaleźli się tam też Iza i Sławek – bo tak jakoś razem postanowiliśmy patriotycznie odwiedzić obrzeża Gdańska i poeksplorować niszczejące mięsne zakłady i budynki do nich przynależące. W drodze napadła na nas banda rozchichotanych harcerek i ta najwyższa i najbardziej rozchichotana, patrząc jednym okiem na mnie, a drugim na przejeżdżający samochód – wcisnęła nam biało-czerwone szaliki. Widząc naszą konsternację i głośno sapnąwszy pod nosem potwierdziła, że w prezencie i za darmo ;) I czy chcemy jeszcze wiatraczki, bo ładnie wiatrakują na wietrze. Nie chcieliśmy.

No to leziemy, jest zimno, trochę wieje i idę z przymkniętym lewym okiem, bo mi w nie bardziej zimno, niż w prawe. ;)
Zakłady mięsne, dementując plotki o ich zniknięciu z powierzchni ziemi, mają się świetnie – w dalszym ciągu grożą zawaleniem, kalectwem i śmiercią (Achtung! Achtung!) – a, że każde z nas odczuwa dziką satysfakcję przy mijaniu tego typu tabliczek, przyspieszamy kroku ;)

No i potem w stronę Elbląskiej, bo Piotrowskii sobie spontanicznie przypomniał, że coś tam widział wartego zobaczenia.
I już głodni trochę, trochę zmęczeni, ale uśmiechnięci i rozmawiający o pozytywach dnia dzisiejszego – śmigamy przez to miasto, które pod względem różnorodności architekturalnej kładzie Gdynię na plecy.

I uwaga !
Piotr usłyszał głos – nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że owy głos pochodził z jego głowy.
Oczami wyobraźni zobaczył jednooką dziewczynkę, która przyduszając czarnego kruka (kruk w dziobie trzymał oko koloru zielonego) gorączkowo szeptała, „ja Ci dam, skurwysy…”. Piotr zatrzymał się w miejscu, głęboko zaciągnął się chłodnym powietrzem i spojrzał w niebo. Zauważył, że kilka metrów dalej nad jakimś budynkiem krążą kruki. Izabela zadrżała. Jej drżenie było bez znaczenia, bo i Sławek zadrżał – więc stojąc tak i patrząc bezmyślnie, drżeli we dwójkę, bo jakoś raźniej im było. Drżeć tak, w sensie. Piotr wyciągnął z pomiętej paczki papierosa i odpalił. Zamyślił się.
– Musimy iść tam … – powiedział powoli wypuszczając dym z ust i ruchem głowy wskazał cel ich wędrówki.
Ruszyli. Sławomir cierpiał, niewygodny but otarł mu stopę – ale był dzielny i mocno zaciskając zęby szedł za Piotrem i Izabelą.
Kiedy jednooka dziewczynka zniknęła, ich oczom ukazała się potężna, nadgryziona zębem czasu, kamienica. Nic nie wskazywało na to, że można do niej wejść, ale Piotr podszedł do drzwi i nacisnął na klamkę. Czas jakby stanął w miejscu. Izabela, powolnym i bardzo filmowym ruchem, odgarnęła kosmyk włosów z czoła, Sławomir równie powolnym ruchem założył kaptur na głowę. Drzwi do kamienicy były otwarte.

Mroczna klatka schodowa wołała o pomstę do nieba. Wszechpatyna osiadła na ścianach tworząc, odpadającą farbą, esy floresy.
Schody, przytrzymywane dwoma cieniutkimi palikami, mocno zaskrzypiały kiedy Sławomir, jako jedyny posiadający latarkę, ruszył i oświetlał drogę.

Na piętrze, w zamurowanej ścianie znaleźli dziurę przykrytą zmurszałą deską w kolorze krzyczącej bieli. Piotr wszedł jako pierwszy, dalej wstrzymująca powietrze w płucach, Izabela i Sławomir. Uderzył ich zapach stęchlizny, moczu i pochodnych układających się w niemile kojarzące się rzeczy. Mieszkanie było opuszczone.

Po kontemplacji dużego mieszkania, odkryciu nowej odmiany żółtego kalafioru w brudnym słoiku, martwego ptaka walczącego do końca swoich dni o wolność (i zapewne też o równouprawnienie) i innych, równie ciekawych rzeczy – Izabela odkryła tajemnicze drzwi za którymi były drewniane, równie tajemnicze i tajemniczo zakręcone systemem ślimakowym, schody. Obsypane róznymi obrazami, na których główną rolę odgrywały łabędzie w kresce podobne do psów rasy nijakiej.

Sławomir ponownie wyciągnął latarkę i zrobił pierwszy krok chcąc sprawdzić co kryje się za drzwiami na końcu schodów.
– Nie przejdziemy… – szepnął smutno – tu leży jakiś stół
– To go przestaw tak, żebyśmy mogli się przecisnąć … – warknęła Izabela, bo i ona była ciekawa co kryją te zielone drzwi.
Sławomir głośno westchnął i poprawił czapkę na głowie. Odsunął delikatnie stół, a po znalezieniu dziwacznej „przystołowej korbki” począł nią kręcić. Kręcił jak w amoku, zupełnie w taki sposób jak by od tego zależało jego życie. – Udało się … – szepnął pełen zadowolenia i wszedł wyżej. Piotr i Izabela zrobili to samo.
Stojąc tuż przy drzwiach, Sławomir pchnął je z całej siły. Od wewnątrz, jak się okazało, blokowała je sterta brudnych ubrań.
I wszystko działo się bardzo szybko.Zapachniało starością. Rozległo się szczekanie psa i wszysycy usłyszeli zachrypnięte i pijane „Co jest, kurwa?!” rozlegające się zza drzwi. Sławomir znieruchomiał. Zobaczył kobietę, potężną blondi-mutant. Kiedy ich oczy się spotkały, poczuł się nieswojo. Nie wiedział, czy za sprawą tego, że kobieta miała potężny wąs pod nosem i bardziej wyglądała jak męzczyzna, czy też dlatego, że akurat dzierżyła w dłoniach siekierę.
To był szybki odwrót, z racji tego, że tuż za Piotrem stała Izabela blokując drogę ucieczki – Piotr złapał ją w pasie i jakoś udało mu się wybiec z przewieszoną koleżanką przez ramię. Sławmomir odkrył w sobie talent do strusiego pędu i już nawet nie cierpiał z powodu obtartej stopy.
Wszysycy szczęśliwie znaleźli się na zewnątrz, uświadamiając sobie, że kamienica nie do końca była kamienicą opuszczoną przez lokatorów.

Czyli pozytywnie. Jak zawsze, z resztą.
I muszę wspomnieć, że ku niezadowoleniu wąsatego pana w okularach siedzącego w Mc Donald’s na przeciwko mnie, rozlałem całą Latte.
Rozlałem przypadkiem i gdzie się tylko dało. :)
No to pozdrawiam! :)

Czas Urlop’ingu

Od dwudziestej drugiej urlopuję.
Urlopować zamierzam dosyć intensywnie :)
I w związku z tym, że już odczuwam tę aurę „urlopowatości” całym sobą, to wrzucam kilka zdjęć z sierpnia.
W taki szary dzień jak dziś, naprawdę fajnie wspomnieć podbartoszyckie, gorące powietrze.

Dawno, dawno temu …

Po Gdyńskim Porcie śmigałem przy okazji przygotowywania wystawy „Przyjrzyj się ! Modernizm Gdyni”, część zdjęć portowo-zabytkowej architektury była już wykorzystana. Cała reszta, upchnięta na dysku zewnętrznym w folderze „Portek”, czekała na swój czas.
Minął rok. Mniej więcej.
I tu następuje szablonowy kurwamaćjapierdolizm uroczysty – uroczyście przysięgam, że w owym czasie musiałem być kretynem zapisując zdjęcia w JPGach, a nie w RAWach. No cóż, człowiek całe życie uczy się na własnych błędach…

Mało wyjściowe JPGi, trochę bez ładu i składu, ale jest jakiś sentyment do tych kilku, wielogodzinnych spacerów po porcie.

Tczew trochę deszczowy …

Pogoda nie do końca dopisała, ale z racji braku mózgu i wszystkich pochodnych i współtowarzyszących to nawet przed wyjazdem zapomniałem sprawdzić jak zapowiada się jesienny piątek w tym mieście. Z resztą, nie tylko ja ;)

Przez ten most przejeżdzałem kilka razy w życiu, w drodze do Atelier w Malborku gdzie w ciemni uskuteczniałem po trosze fotografię analogową z kilkoma fajnymi ludźmi. Już wtedy mi się podobał, jest bardzo rytmiczny, a osobiście wielbię wszelkie motywy powtarzalności w architekturze miejskiej (nawet jeśli nie można jej przełamać za bardzo w mocnym pukncie zdjęcia i wydaje się być nudna dla oka). Można by wyginać się z aparatem szukając tego punktu, ale i tak zastosowanie złotego środku jest jakoś po ludzku, najfajniejsze.
Budowę mostu rozpoczęto w 1850 roku i zakończono ją trzy lata później.
Nie chciałbym się rozwodzić za bardzo nad całą historią tej perły architektury, bo wówczas blog fotograficzny stałby się blogiem historycznym i przysypiając na klawiaturze musielbyście mówić mi, per pan. Wszak nie ze wszystkimi historykami można się spoufalać ;)

Wybraliśmy się tam z Marcinem, z którym znamy się z czasów szkoły – i oboje czując się bardzo higroskopijnie chłoneliśmy deszcz z każdej strony, bo jak już zdąrzyłem wspomnieć – żaden z nas nie sprawdził jaka pogoda będzie w Tczewie. Ale to na początku nikomu nie przeszkadzało.
Unikając wielokrotnie śmierci wskutek osobistych zderzeń z pojazdami wielośladowymi pędzącymi po moście, odkryliśmy, że jedna z baszt stoi otworem i wręcz mruczy, żeby do niej wejść i zwiedzić :)
Jak jestem bardzo zaaferowany miejscem, które zwiedzam to lezę z klapkami na oczach i nie patrzę pod nogi – przez co nie miałem okazji zauważyć właśnie, że schody po których radośnie wbiegam pełnią funkcję miejskiego szaletu. Mówi się, żeby gówna nie ruszać, bo śmierdzi – no i z ręką na sercu mogę potwierdzić i przysiąc, że coś w tym musi być :)

W samym mieście mnóstwo patyny, rozkładających się budynków, rozkładających się pijaków i deszczu pełną gębą.

Zapomniałem wspomnieć, że Marcin jest na tyle zajebistym fotografem, że robi zdjęcia z zamkniętymi oczami – podziwiam Go ;)

Przez deszcz byliśmy krócej niż planowaliśmy – trip do powtórzenia w jakieś cieplejsze dni i przy uprzednim sprawdzeniu pogody :)
A tymczasem pozdrawiam krzywo siedząc na fotelu, z papierosem między zębami ;)

Go to the Hel(l)

W tym mieście czas płynie trochę inaczej – zwłaszcza na początku września, tuż po sezonie, gdy znika tłum wszechobecnych turystów i jest jakoś spokojniej.
Ostatni raz byłem tam ponad rok temu, kiedy to nasz najlepszy wykładowca postanowił urządzić tam „zaliczenia” z podstaw kompozycji obrazu.
Zaliczaliśmy też wszystkie knajpy po drodze komponując się z morskim jadłem i trunkami niskoprocentowymi ;) Niektórzy spożywali tylko herbatę z cytryną.
Oczywiście, że robiliśmy zdjęcia – ale zupełnie inaczaj jest połazić z lokalesem, który zna tam każdą dziurę, kamień i drzewo i który pokazać Ci może miejsca, których generalnie nie zwiedza się. No bo kogo zainteresowałaby opuszczona hala remontowa dla statków, śmierdzące zakamarki portu czy blok rodem ze slumsów Nowego Jorku, gdzie schody przyklejone do bocznej ściany nigdzie nie prowadzą? No tylko mnie ! :)
A, że owy lokales, o którym wspomniałem, jest właścicielką żółtych papierów, zdiagnozowanego ADHD i różnych pokrewnych rzeczy, które biorę za pozytywne cechy charakteru – i do tego nie widzieliśmy się chyba z siedem lat jak nie więcej – no to żyć, nie umierać!

Śmiga sobie taki człowieczek wśród statków, mew i rybaków i podziwia wielki, betonowy mur, który chroni miasto przed morzem.
Za sprawą tzw. Kogi można poczuć się trochę jak nie w Polsce :)
Bo tuż za kogą to już fragmenty PRLu pełną gębą. PRLu w architekturze. A taki lubię.
Pozdrawiam!

Ewa i pastele

Wypluwam płuca.
Czy można wypluwać płuca przy kaszlu zgodnie z zasadami savoir vivre?
Oczami wyobraźni widzę blondynkę imieniem Mariola, która w pozycji siedzącej na kamieniu trzyma w ręku wątrobę, oko jej wisi na żyłce, rękawem wyciera krew płynącą z ucha i mówi: „ohohohohooho, ale sobie kaszlnęłam”.
Więc chyba się nie da, choć powszechnie mówi się, że jedyną rzeczą, której nie da się zrobić elegancko jest wymiotowanie. Coś w tym jest. :)
Angina ropna gnieżdżąc się w moim organiźmie doprowadza mnie do kurwamaćjapierdolizmu powszechnego.
Jest jeszcze kurwamaćjapierdolizm uroczysty, ale o nim kiedy indziej.

Poszukiwanie odpowiedniego „pastelowego presetu” do programu, którego używam przy obróbce zdjęć zajęło mi kilka miesięcy.
I kiedy już zwątpiłem w istnienie satysfakcjnoujących mnie pasteli – znalazły się same, gdzieś w odmętach bułgarskich portali fotograficznych.
Dzisiejsze zdjęcia zrobione były w połowie lipca, i choć część była już wykorzystywana to nie wszysycy mieli je okazje zobaczyć.
Tego dnia włóczyliśmy się z Ewą pstrykając jej retro rower, okolice Dworca Morskiego i opuszczoną wieżę ciśnień.

I tyle.
Na koniec jeszcze zdjęcie Ewy przed użyciem pastelowej obróbki i po.
Myślę, że zdjęcie w pastelach ma to „coś”.

Ciekawy jestem kto, jako setna osoba, kliknie facebookowe „lubię to” ;)
Pozdrawawiam!

Beata

Ręce rozkładam – zamiast ust.
Ślady wieczoru zabieram do torebki kilku chwil i zapinam agrafką z szuflady pełnej ciebie.
Patrzysz jak szalony.
Z przyklejoną blizną nad lewym okiem i mną – na papierowym ciele.
Papieros.
Zaznaczam obecność dymem we włosach.
I w popielniczce nasiąkam burzą twoich oczu.
Dogaszam.
W imię syna.
Tego co zmarł patrząc jak długo.
Podchodzę – smugą tej ciszy co wcześniej.
Co teraz. co wtedy.
Nachylam się bielą i szept kładę na usta.
Śpisz. znowu.
Upycham twój zapach do nie-istnienia.
Napawam się nie-istnieniem bliskości.
Dopijam smak nocy – raz jeszcze, w filiżance czekania.
Papieros.
Dogaszam.
W imię ducha.
I patrzysz na mnie jak bóg, kiedy co wieczór wychodzę.

O świecie, kawie i dupie

Świat nie kręci się wokół mojej dupy, a jedynie dupa wokół świata i zachaczając o jego kanciaste brzegi tlucze się uroczyście.
Myślę sobie o soczystości tego wszystkiego, masohistyczne podejście do pewnych spraw myśleniowych bywa bardzo przyjemne, w moim przypadku porównywalne do kubka porannej kawy, który to umila mi wybudzanie się z nocnego omdlenia.
Jest druga w nocy.
Jestem skurwysynem, owszem.
Czarnoksiężnikiem, który za sprawą kilku słów sprawia znikanie i co?
I czuję przejmującą obojętność i chłód -oczywiście, że mi z tym dziwnie, wszystko działa w schemacie ogólnej świadomości,
ale świadomość tego stanu jest na tyle osadzona w niewiadomej,
że nawet nie próbuję tego zrozumieć. Nie potrafię.
Czasami nie dokańczam pewnych zdjęć, leżą sobie obrobione w przysłowiowej szufladzie niedotykane z racji przepełnienia szuflady innymi zdjęciami -i tak naprawdę wszystkie można nazwać bieżącymi.
Czasami zapominam o tych pierwszych.
Dlaczego?
Wyobrażam sobie, że to właśnie ja przesiaduję w fotelu na dachu, podczas gdy okolica tej przestrzeni jest zalana wodą.
Nie potrafię oddychać jednym człowiekiem, ciągle potrzebuję nowych, i takich samych jak ja.
Dlaczego?
Podobno egosita egoistę zawsze zrozumie.
Choć będzie starał się to zrozumienie po swojej stronie przytrzymać.
Oglądam filmy o sobie, o schematycznych samotnikach zamkniętych w czterech ścianach swojego umysłu, swojej przesyconej fantazji i nabrzmiałcyh, różnych podobnych, układających się w ciągłą samotność na własne życzenie wśród tłumu ludzi i dochodzę do wniosku, że musi stać się COŚ, abym i ja powieki ciut wyżej podniósł i w końcu zobaczył i przestał traktować ludzi, jak nie człowiek czasami.
W całych tych czarach to zazwyczaj ja znikam, jakoś po cichu, tylnymi drzwiami, często ściągając buty, żeby nikt oddalających się kroków nie usłyszał.
Nie, to nie jest odpowiedź.

Miasto mi się pali !

A z racji tego, że pali się dosyć intensywnie – postanowiłem jutro wyjechać.
Do dziewczynki z kurami, rozpadających się schodów na strych i polnej ciszy.

Muzeum w moim mieście wystawia prace mojego autorstwa.

Gdynia

Ludzie wokół mnie umierają, a jeśli nie – to mówią szeptem, bo nie są w stanie mówić głośniej.
Dziwnie się dzieje, bardzo dziwnie. Czekam.

Miasto

/Tak naprawdę to nie ważne kim jesteś – ważne w jaki sposób to robisz.

Szlajanie się miejskouliczne to to co mnie w jakiś sposób niesamowicie potrafi wyłączyć.
Wystarczy mi torba z aparatem, bluza z kapturem, wygodne spodnie i kawa w papierowym kubku ze stacji benzynowej.
I mogę odpoczywać. Po prostu.

Magazyn Długoterminowy

Uśmiechy.
Zbieram materiał fotograficzny na wystawę o Gdyńskim Moderniźmie dla Urzędu Miasta od ponad miesiąca.
I powoli zbliżam się ku końcowi, cały ten czas można nazwać bardzo urozmaiconym.
Na klatkach schodowych Moherowe Kobiety w bardzo podeszłym wieku wyzywały mnie od złodzieji („Pan pewnie mieszkania chce opierdolić!”), Prezes pewnej firmy mieszczącej się w zabytkowym budynku myślał, że jestem dziennikarzem TVN, który poszukuje kolejnej afery spożywczej i dlatego biegam z aparatem uwieszonym na szyi. Inny dyrektor innej firmy przy swoim ciężkim, drewnianym biurku w oparach dymu papierosowego (scena niczym z filmu o mafii) stwierdził, że po Jedenastym Września to teraz wszysycy uważają (wszak w fotograficznej torbie mogę mieć bombę), zostałem też aresztowany przez stróża bezpieczeństwa płci żeńskiej z racji poruszania się po niebezpiecznym terenie bez kasku ochronnego, okularów ochronnych, butów ochronnych i ochronnych pochodnych, o których już nawet nie wspomnę. Poznałem kilku ciekawych ludzi.
Starszego pana, który wpuścił mnie do domu opowiadając, że będzie remont i konserwator zabytków z ramienia Miasta wyłoży część pieniędzy za renowację, Magazyniera dzięki któremu wszedłem do rozpadającego się magazynu z drewna, całe mnóstwo sympatycznych jednostek chroniących zakazane tereny.

Zapowiada się więc cudownie. Wystawa będzie miała miejsce na początku listopada. Zapraszać będe.

Żółto

Powroty.

(Ruch białej firanki, winogrono na pościeli, dwa święte obrazki wiszące tuż nad drzwiami , módl się za Nami grzesznymi.)

Próbuję się też ograrniać, ręką złapać wszystko złe i dobre i wepchnąć do dużego worka i wyciągać po kolei z nadzieją, że te złe już tam zostaną. I wyobrażam sobie, że lepiej by było gdybym to ja leżał tam tak bardzo spokojny.
Pojawia się szaleństwo, siada na łóżku i drąży kolejną dziurę w głowie, śmieje się, chodzi po korytarzu i trzyma ręce w kieszeniach zielonego szlafroku. Ma niebieskie oczy.
Nigdy nie sądziłem. Nie myślałem. Nie potrafiłem sobie wyobrazić nawet. Wszyscy jesteśmy ślepi.

„Kupi mi Pan cukierki …? ”

Kawy w papierowym kubku, drugie piętro, metalowe łóżka, kilka odcieni bieli i wplecione w to wszystko monstrualne ilości papierosów wypalanych na siedząco, tuż koło rozpadającej się, zielonej ławki. Masz nadzieję, że nie jesteś kimś obcym. Zrozum się, skup się, zastanów się, kiedy masz urodziny, ile masz lat, kiedy ja mam urodziny, ile ja mam lat, co Ci się stało, gdzie jesteś, jaki mamy dzisiaj dzień? Wtorek, uparcie i nielogicznie, boląco, bezlitosna bezsilność rozsadzająca ciało z każdej strony, myślisz mi się już po tym wszystkim, jak to się skończy i będzie dobrze.

(Ruch wiatru za oknem, zielone jabłko w szufladzie, chusteczki, módl się za Nami grzesznymi.)

Powroty do ciała paraliżują, jest intensywnie, tajemniczo i po cichu. Sen przynosi ulgę mówisz, nie boli.

„Myślałam, że jesteś kimś obcym .. Boże..”

Gdybym tylko mógł zrobić ciut więcej, niż w rzeczywistości mogę.

Modern

„Usta miętowym papierosem…”

Nie wiem jak pisać. Co mówić, jak tłumaczyć i jak próbować zrozumieć. Zamykam się, bo nie wiem jak pomóc.

Wczoraj wyginam się w górę palcami łapiąc sufit, potem zwisając głową w dół wracam do ciała, żeby zaczerpnąć powietrza. Wszysycy jesteśmy chorzy. Stan przejściowy. Tabletki. Dziękuję.

Późno popołudniowa kawa, próbuję wytłumaczyć Mamie, że jej Mama nie żyje, że Jej siostra też. Że nie było u Niej mówiących kotów, że ptaki nie mają trzech skrzydeł, i że nie jest plastyczką z Akademii Sztuk Pięknych, że tak naprawdę była bardzo chora i teraz wszysycy czekamy, aż minie ten dziwny stan. Aż sobie przypomni.
Zimno jest, pod kążdym względem.

Jeden

Chaos objawia mi się podłogowo, pod stopami drążąc dziury wszelakie w kolorze chmur, zatańczysz.
Pod znakiem zapytania używam wykrzyknika, herbaty i ciszy objętej w pasie, przytulonej.
Bywało lepiej.

Rozdwojenie dziś. Zaczytanie, sernik i niebieska kołdra.

Drobnym druczkiem

W myśl.
Jesienna pogoda wpędza mnie w zawiechy trwające dłużej niż spalanie papierosa pod blaszanym daszkiem.
Dźwięki i zapachy tłumią myślenie, swoiście drążąc dziurę w brzuchu – ten człowiek rodzi moją Furię, w kubku jednorazowym kawa, rozrywanie twarzy przykrytej dwukolorowym uśmiechem i ręce w kieszeniach milczące, obce.
Nie chce mi się, bezczelnie codziennie powtarzając to stwierdzenie nakierowywuję swoje myśli na rozległą przeszłość, doprowadzając w zasadzie do Sam Nie Wiem Czego. Znowu Cię znalazłem.
Zapraszam na wystawę o Niewidzialności. O zmysłach, zapachach i ciszy, którą nagramy na przedwojenne radio i potem odtworzymy żeby zagłuszyła wszystko inne. Smutno jakoś.

Wesołe Miasteczko

(Śmiertelne obrażenia nastapiły tuż po szybkim biegu w stronę nieistniejącego słońca.)
Chciałbym, żebyś wiedział jak bardzo boję się Tych Dni, kiedy w żaden sposób nie czuję się człowiekiem.

Ja

(Przynudzanie.)

Za dużo śpię, za dużo palę, za dużo kawy piję, za dużo myślę i analizuję. Wszystkiego za dużo.

Architektura i Dialog

Popsucie. Namacalny stres zastąpiony zostaje wszelkim rozluźnieniem, polegającym na wspłodczuwaniu ze Światem. Przetrwa Dzisiaj, Jutro i będzie już tylko lepiej.

Nowy Port

Nowy Port.
Po wczorajszych zajęciach męczymy nogi łażąc gdzie popadnie. Stare magazyny zbożowe cieszą oko swoją subtelną monumentalnością, z Wisłoujścia rozciąga się widok na stoczniowe żurawie, kamieniczki stoją tu jeszcze od czasów wojny. Dzielnica rzekomo pełna pijaków, tajemniczych morderstw i innych rozciągających w kije bejsbolowe, łyse głowy i w ogóle. Nie potwierdzam.

Warszawa

Modnie się wkurwiam, tworzę scenariusze w głowie z tysiącami różnych głównych bohaterów, którzy na końcu i tak albo umierają albo są wcale nie ważni. Pogoda zaczyna mnie rozpieszczać, subtelne szaliki, których i tak nie noszę pochowane są w odmętach szaf białych, nie lakierowanych. Rozpusta cynamonowa w kawie, dużo ludzi i łóżkowe uśmiechy.

Szarości

I wszystko mi pachnie na zasadzie bezzasadności.Szarości…
Teatralny Proces, tysiące kubeczków kawy i piątkowy pociąg bezprzedziałowy.
Mimowolne poszukiwania przypadkowości w ludziach, zmarszczek na twarzy i ciasnych kadrów ułożonych w czerwone cegły, poniszczone deski i inne. Ślamazarność poranków, romantyczne filmy i pudełko lodów na śniadanie. Muzyka. Popołudniowe spacery nad skute w lód morze i historia wielkich oczu.
Torby pełne kwiatów i przestrzenie, palce uwieszone na tylnich kieszeniach – kiedy świeci słońce w powietrzu czuć wiosnę. Parapetowe koty i różne inne.

Rozjeb’unda

Kobiety-koty w pełnym makijażu mruczą nad ranem piosenki o niczym. Rysuję ten dzień.

Z Szarości dnia tego. Nie zrozumiecie.
Monitorowani z góry staczamy nierówną walkę o okruchy życia niedbale rozrzucone w śnieg.
Palce powleczone cienką skórą drżą, usta zaciskają się w czerwoną kreskę jutra i oddech jest, cichy. Ciepłe herbaty wypijam, ciepłe i posłodzone plastikowymi łyżeczkami i nagle potem Ty mówisz, że są tacy co wszystko przyjmują bez walki takiej właśnie, trzęsąc się z radości, że niby im się udało choć tak naprawdę pogubieni są bardziej niż Ci Wszysycy ładnie poukładani pod krawatem pierdolniętej karierki. (Wielkie uśmiechy, oklaski, fortepian)
Masturbacje, konkubinaty i romanse zawodowe wplecione w chłam koloru niebieskiego, od nadmiaru wiatru boli mnie głowa, krzywo uczesana czas jakiś. Tak naprawdę to ja siedząc na tym drewnianym krześle, suszę włosy w słońcu i tak naprawdę to ja kurwię się mentalnie za garść Tego Wszystkiego, sprzedaję się niczym kurwa, dziwka, prostytutka o pięknym oczach zielonych z długimi rzęsami i teczką pełną nicości.

Anja Plaschg płynie w żyłach, wspominam papierową torbę na głowie i napawam się wewnętrznością kolorowo ubraną w te wszystkie dni, kiedy cieszyłem się na głupi uśmiech.

Sopot

Prosto i klasycznie siedzimy kilka godzin na molo w Sopocie. Z Agnieszką.

Dialogi z architekturą

Plan następujący.
Po ośmiogodzinnym zawodowym tarzaniu się w pracy, lecę do fryzjera okiełznać huragan seksu na głowie. Potem z prostownicą do Katarzyny, żeby i ona mogła sobie okiełznać. Wieczorem jakiś mały alkohol, film i kawa – będziemy palić papierosy w kuchni, bo w pokojach nie wolno. W sobotę rano szybki wjazd do Ekskluzywnych Salonów Odzieży Używanej w celu wyszukania strojów pirackopodobnych – impreza integracyjna wszak już za niecały miesiąc. Potem wsiadamy w samochód i jedziemy półtora godziny za Gdańsk, w miejsce polne, mało znane i świadkujemy przy ślubie Piotra i Marzeny. Prawdopodobnie przy świecach, bo ostatnia nawałnica (szalona) zabrała ze sobą prąd. Powrót w niedzielę. Amen.

Domek Abrahama

Jestem wzburzony jak morze, wylewam się na ulicę, w plaster wody, dzieje się nic.
I pada. Deszcz, grad, telefon Doroty. W zielonym wypijam kawę, papierosy palę, rozgrzewam się po prawdziwie jesiennym spacerze. Zgnieciony jestem.

Czwartkowa noc

I pisać mi się chce.
Rozkraczać się w zdaniu, głaskać słowa, wyładowywać interpunkcję w klawiaturze.
I wypisać się w końcu, w pomarszczone dłonie, suche palce i usta. Wybuchnąć całością.

Pół tygodnia

Fragmentowa płaczliwość, podniosłe chwile przy patetycznej muzyce wprawiają mnie w stan życiowych zamyśleń, rozczochranych słów i świadomości zmęczenia materiału (łatwopalnie).
„A ręce wasze milczą w kieszeniach…”

Przestrzenie

Niewerbalnie pragnę przekazać, iż moje zmęczone ciało odpoczywa pod kołdrą i delektuję sie włączonym odbiornikiem telewiyjnym ;)

Krzesło

Dziewczyna ubrana na czarno, kręcone włosy, piegowata – rozmawia przez telefon, poprawia torebkę na chudym ramieniu, wkłada rękę do kieszeni. Zapisuję obrazy w głowie. Inny wymiar świadomości, rozglądam się częściej, analizuję, poprawiam w głowie, przerysowuję, dopatruję się w każdym „A może…”. Żadnego wymuszenia chwili, wszystko dzieje się samo.

Where are you?

Słowa zawinęły mi się w węzeł i nie potrafię z Tobą rozmawiać.
Jest żałośnie, i nie lubię tego stanu, ale nie mam żadnej siły napędowej, żeby to zmienić. Za każdym razem kiedy pojawia się jakaś mała chęć, pojawia się też myśl, iż za jakiś czas będzie tak samo. Bezpłciowo czy jakoś tak. Nie ważne …

Wyrwanie z kontekstu

Remigiusz nauczył mnie wyszukiwania „zamnkniętej przestrzeni” w architekturze, która układając się płasko w kadrze tworzy plastyczną przypadkowość. Czy jakoś tak.

Autoportret i inne

Przetrwać.
Nachodzą mnie chmury spowite w szary dym stoickiego spokoju, pokój w pomarańczach i palce pozawijane w czyny. I jeszcze Ty piszesz, po tych kilku latach.
W autobusie gramy w karty, całując się na tylnych siedzeniach, fotele są czerwone.
W domu wyrywamy sobie włosy, rzucając się po drewnianej podłodze szaleństwa.

Północ się przykrywa …

Braki snu, plecione z dźwięków powietrze i myśli o tych wszystkich zaległych lekcjach śpiewu.
W weekend zajęcia, pierwszy egzamin, wystawa i koncert Katarzyny Be. na którym porobię z siebie fotoreportera w porwanych dzinsach i pasiastej bluzie.
Muszę kupić trampki, ograniczyć napady samotności, którym towarzyszą słone krople spod powiek, fragmentowo układające się w strużki na policzkach.

Uliczny Niechaos

Fragmenty dnia w formacie .jpg.

Nie lubię śnić głupot nałożonych krzywo na powieki oczu przymkniętych w sen.
Jezioro pstrokatych dłoni prześladuje mnie, mierząc gęstości chłodnego powietrza z północy. Teresa czeka na densytometry, na cienką linię swojego nazwiska na tytułowej stronie pracy zaliczeniowej. (A mnie Sieć pochłania, pajęczyną stron dziwnych, rozłożonych jak nogi tych wszystkich dziwek spod przypadkowej osiemnastki)
Wczoraj było dniem poetyckiego umoralniania się, w podziemnym przejściu kupuję za trzy złote Winiarskiego i Machnickiego –
„deptali ludzie moje powieki”.

Różności

To czas przygód.
Magiczny czas i przełomowy jednocześnie.
Wiele może się teraz zmienić.
Warto posłuchać głosu intuicji i iść dalej, chwytać każdą chwilę życia.

Ostatnia potężna kolacja, od jutra Petronla jest na magicznej diecie, dzięki której jej organizm stanie na nogi. Uroczyście przysiega pić tylko czarna kawę z jedną łyżeczka cukru, na obiad jeść tylko sałatę z oliwą, a kolacji w ogóle. Już sobie wyobrażam, jak przeistoczona w wychudzoną blondynkę, zamawia w restauracji sałatkę i szklankę wody pytając ile kalorii jest w tym ciepłym powietrzu pompowanym przez klimatyzację.

Pełnosprawnie

Tak jak mówisz.
To jest przemęczenie.
Stan czarno-białości na skórze i zmarźniętych pleców.

Wnioski nasuwają się same. I bywają tak oczywiste, że nawet nie warto o nich wspominać.
Umieranie jest okresem bardzo złożonym, chaotycznym.
Codziennie kawałki naszej bliżej nieokreślonej świadomości życia, umierają. To jak z siatką Hermana – im bardziej się przyglądasz, tym (jak w moim klinicznym przypadku) bardziej się wkurwiasz.
(Nic nie umiera.)
Po prostu bądźmy.