Gdynia po południu…

_DSC4847 kopia

Dużo chodzisz.
Dużo chodzenia wspomaga złożone procesy myślowe – nawet jeśli wiatr smaga po pysku wyjątkowo mocno, nie masz za bardzo gdzie schować dłoni, a termos z czerwoną herbatą zostawiłeś przypadkiem na blacie kuchennym.
Dużo myślisz… Nie popadasz w żadne paranoicznie matematyczne analizy swojego życia, życia swoich przyjaciół czy rodziny – sam proces myślowy działa bardziej na zasadzie słów kluczowych. Wymieszanych w sposób zrozumiały tylko dla Ciebie. Jabłoń, krzesło, twarz, strych, bocian, niebo, droga, uśmiech, owoce, duży stół, wiatr, morze, uśmiech, uśmiech, rak, papierosy… W którymś momencie masz wrażenie, że mógłbyś usiąść na brzegu klifu, podciągnąć rękawy i pieprzyć się z tymi słowami. Chociaż to i tak niczego by pewnie nie ułatwiło, bo to dzień gdzie wyjątkowo ciężko Ci pogodzić ze sobą pewne myśli wynikające z innych i wypełzające jakoś na przód całego tego syfu, który rozgrywa się przed Twoimi oczami, i który dosłownie przed chwilą wydawał się do ogarnięcia. Zatem przyspieszasz, łapiesz więcej powietrza i pod kolejną górę nadmorskiego lasu idziesz mocniej, żeby wychodzić z siebie całą tą niesprawiedliwość świata.

Miał być tylko intensywny spacer po lesie, bo ostatnio mam w sobie tyle energii, że mógłbym ją na allegro wystawiać w promocyjnej cenie. Nawet nie wiem kiedy spontanicznie wypełzłem z lasu na plażę i wydobyłem aparat z plecaka uświadamiając sobie jednocześnie, iż dawno nie fotografowałem morza. Ot tak…

MorzeBaltyckiePIOTROGRAFIACOM (1)

MorzeBaltyckiePIOTROGRAFIACOM (3)

MorzeBaltyckiePIOTROGRAFIACOM (5)

MorzeBaltyckiePIOTROGRAFIACOM (4)

MorzeBaltyckiePIOTROGRAFIACOM (7)

MorzeBaltyckiePIOTROGRAFIACOM (9)

MorzeBaltyckiePIOTROGRAFIACOM (8)

MorzeBaltyckiePIOTROGRAFIACOM (10)

MorzeBaltyckiePIOTROGRAFIACOM (11)

MorzeBaltyckiePIOTROGRAFIACOM (12)

MorzeBaltyckiePIOTROGRAFIACOM (13)

MorzeBaltyckiePIOTROGRAFIACOM (15)

MorzeBaltyckiePIOTROGRAFIACOM (14)

Z informacji technicznych, przeplecionych umiejętnie bezpłatnym lokowaniem produktu:
Z czystym sumieniem mogę polecić przeciwdeszczowe ochraniacze na spodnie, nie tylko rowerzystom – w którymś momencie (a nawet kilku momentach!) uparcie leząc plażą w stronę Orłowa (gdzie szalejące fale zabrały praktycznie każdy suchy kawałek plaży) znalazłem się w wodzie do połowy uda i termoaktywa, które dzielnie chroniły moje południowe części ciała w dalszym ciągu były suche proszę państwa!!! Także proszę kupować, kupować…

Migawki

untitled-0075

Dzień absolutnie stworzony do picia niezliczonej ilości kaw, czytania niezliczonej ilości książek i słuchania niezliczonej ilości zaległej, odkrytej w tamtym tygodniu, muzyki.
Jest dużo planów, kalendarz pęka w szwach i podobno Nowy Jork stoi otworem (dla wtajemniczonych, żeby się uśmiechnęli na samą myśl).
Zaległe filmy też czekają, zaległe zdjęcia i kolejne w dniach następnych. I tak w kółko przez najbliższy czas.
Jesień – niby czas artystów. Cholernie lubię ten stan :)

untitled-0090

untitled-0202

untitled-0083

untitled-0237

untitled-0218

untitled-0273

untitled-0253

untitled-0154

untitled-0167

Formy organiczne

untitled-5175

Formy organiczne i chyba nic ponadto. Proces rejestracji.
Miałem się wyplażingować czy coś, ale aparat leżacy obok patrzył z torby i szeptał „idźmy stąd”
Tak więc podreptałem trochę po lesie ;)

untitled-5104

untitled-5109

untitled-5116

untitled-5127

untitled-5130

untitled-5139

untitled-5142

untitled-5163

untitled-5161

Tea Party

untitled-4883

O tym jak baba cygańska spod wozu zaciągnęła mnie do swojego taboru na imprezę urodzinową –
rejestracja trochę na zasadzie prywaty absolutnej – ale kto mi zabroni? ;)

untitled-4887

untitled-4890

untitled-4905

untitled-4909

untitled-4917

untitled-4935

untitled-4962

untitled-4968

untitled-4976

untitled-5004

untitled-5013

untitled-5021

untitled-5074

untitled-5064

Migawki i takie takie …

untitled-4022

untitled-4042

untitled-6422

untitled-3856

untitled-3824

untitled-3706

untitled-3697

untitled-3693

untitled-3686

untitled-3683

untitled-3677

untitled-3655

untitled-3649

untitled-3722

untitled-4361

untitled-4324

untitled-3786

Zacząłem urlop i leniwy uśmiech rysuje mi się szeroko na twarzoczaszce :)
Jest kilka małych historii i przygód …
Przygoda z Gumą Wiedeńską, dzięki której poznałem absolutnie inną stronę fotografii – szlachetne taplanie się po łokciach w wodzie i szorowanie pędzlem po naświetlonym papierze, żeby ładnie było. Warstwa na cienie, warstwa na światła, naświetlanie i do ciemni – nigdy nie sądziłem, że wciągnie mnie ta technika :)
Nawet sam dwuchromian potasu, który niebezpiecznie rzucił się z pojemniczka na moje spodnie, nie był w stanie mnie powstrzymać ;) Tyle godzin spędziliśmy wspólnie z ludźmi z roku w sali wykładowej pochłonięci i zahipnotyzowani dźwiękiem suszarek suszących papiery :)
Historia projektu komercyjnego, gdzie w czeluściach zaprzyjaźnionej pracowni fotograficznej koleżanki Piazzy fotografowaliśmy kawę, kubki z kawą, pianę z kawy, ziarna kawowe (że to niby wszystko dla potencjalnego klienta) i piliśmy przy tym nieograniczone ilości wódki. A że wódka różne rzeczy robi z ludźmi, albo też odwrotnie to był moment, że ocknąłem się ubrany w suknię ślubną na głównej ulicy gdańskiego wrzeszcza, (gdzie z kolegą Kamilem ubranym w absolutnie zjawiskowe futro z kota, blond perukę i nowym imieniem Swietłana) zatrzymywaliśmy samochody budząc konsternację przechodniów. Projekt zaliczyliśmy celująco oczywiście ;)
Ja i martwa natura? Jak można fotografować jabłuszka i gruszeczki …?
Po inspirujących wykładach na których poznałem prace Witkina, Letinsky i innych zmieniłem zdanie. Tony warzyw i owoców rozkładających się pachnąco w moim mieszkaniu sprawiły, że wypchnąłem z siebie serię zdjęć. Zdjęć brudnych, zgniłych i śmierdzących … Ale jakże podobała mi się ta martwa!
To był czas przygód z naświetlaniem odbitek, wywoływaniem filmów, tworzeniem sepii, packshotów, pastiszów Ofeliowych, Gracjowych i Narcyzowych. Czas wycinania z gazet twarzy, oczu i rąk na potrzeby fotokolaży, fotograficznego solilokwium, wszelkiej inscenizacji i dokumentu miejskiego biało-czerwonej flagi, bezdomnych, miejsc opuszczonych, ludzi i nieludzi. Cierpiałem przy modzie katalogowej na zaliczenie – wszak ciężko mi coś zrobić bez horroru, krwi i zwyrolstwa inscenizowanego ;)
Nie będę ukrywał – to był absolutnie ciężki rok uczelniany – ale przy tym bardzo inspirujący, rodzący mnóstwo pomysłów na nowe i obfity w nowe znajomości …
Niech nie będzie ckliwie, ale już tęsknie TSFie i czekam na październik !!! :)

1

2

3

4

5

pastsizremb

Bez_tytułu_1

Collage …

piotrowskii.com - collage

piotrowskii.com - collage rozwod

Nieszczęśliwy wypadek i rozwód. Dyptyki.
Technika, że siedzisz, wycinasz i kleisz. Za dużo kleju, za mało farby – ale ileż radości dają takie uczelniane zadania ;)
Pozdrówki !

Miszmaszowo …

untitled-4581

Soczyste rozgniatanie myśli siłą ciszy, ciała, swoistych zauroczeń chwilami i czymś jeszcze rozkładającym się po kątach głowy.
Artystyczne uprawianie czasu – jeśli jest się tylko człowiekiem to można być czymś/kimś więcej jeszcze? Człowiekiem o wysokiej czułości, liczonej w DINach i zainstalowanej tuż nad obojczykiem, trochę bardziej w stronę serca, żeby umieć widzieć więcej i tworzyć to wszystko, co sprawia że warto patrzeć właśnie w taki sposób. Jeśli idę miastem, z krzywo nałożonym humorem między policzkami i jeżeli mam dłonie chłodne, małe i nieistniejące i jeśli nawet czuję się bardziej artystą, niż czuć się powinienem to bardzo dobrze mi z tym stanem ducha. Chciałbym więcej, więcej i więcej.

untitled-4555

untitled-4557

untitled-4570

untitled-4663

Bez_tytułu_1

untitled-5509

untitled-5490

untitled-5439

Gęś, Garczegorze, Cecenowo, Smołdziński Las i Wydma Czołpińska

untitled-1747

untitled-1999

untitled-2036

untitled-2047

untitled-2099

untitled-2101

untitled-1977

untitled-2138

W przerwach między zaliczeniem semestru, lubowaniu się w gumie dwuchromianowej wiedeńskiej (absolutnie polecam pędzlowe mazianie się w kuwecie przy tej technice szlachetnej), zdjęciami martwej natury na pracownie inscenizacji (którą obrałem sobie za zaliczenie), odsypianiem wszystkich niedospanych nocy i innych bardzo ważnych pochodnych – udaje mi się wyskoczyć z przyjaciółmi na jeden dzień do Słupska.
To znaczy PRAWIE do Słupska, bo ostatecznie stało się tak jakoś, że do tego miasta nie dojechaliśmy – mało czasu zostało na owe dotarcie po wizytach, w spontanicznie wyłowionych w trakcie jazdy samochodem miejscach opuszczonych.

untitled-1726

untitled-1722

untitled-1735

Sporo zdjęć będzie :)
Na początek pałac i zabudowania gospodarcze w Cecenowie.
Od napotkanej, uroczej pary staruszków dowiedzieliśmy się, że pałac podobno ktoś zakupił i jest w środku remontowany. To nam nie przeszkodziło w obfotografowaniu miejsce chociaż z zewnątrz, po za tym gospodarcze stały otworem :)

(UWAGA! Będzie trochę analogowo ! ;) )

smoldzinski_las009

smoldzinski_las007

smoldzinski_las033

Po udokumentowaniu Domu Latarników w Smołdzińskim Lesie jakimś cudem dotarliśmy pod pobliską latarnię morską, potem przez las nad morze i podziwiać wszystkie zaśnieżone wydmy :) I tak z jakieś piętnaście kilometrów pieszo, śliniąc się i dysząc, czołgając i brodząc po kolana w leśnych bagnach. Cudownie było :)
Cholernie lubię takie wnętrza, jak te poniżej !

untitled-1939

untitled-1926

untitled-1930

To był niesamowicie długi dzień (jakaś miniona już sobota).
Osobiście powoli ogarniam się i ukierunkowuję na szybkie nadrobienie zaległości fotograficznych – wszystkich modeli i modelki bardzo proszę o cierpliwość – a nie będziecie żałować ;) :) :) :)
Ściskam podglądaczy !!!

Niedziela …

untitled-1566

Niedziela trochę oszukana.
Nudne światło, nudne okno, nudna muzyka, nudne oczy, nudni ludzie.
Nie lubię niedziel.

BYŁ SOBIE PIĄTEK

Piątek dosyć intensywny w swoim byciu właśnie.
I nie do końca chyba jestem w stanie całość paradoksalnej finezji tego dnia ogarnąć.
Ale od początku.
Wstaje sobie człowiek po jakichś dwunastu godzinach snu (ja zdaję sobie sprawę, że po takiej ilości godzin ciężko jest oczęta pootwierać, bo trochę już nadgniłe powieki od nadmiaru snu są, ale póki co nad tym nie mogę zapanować, chyba przesadziłem z eksploatacją swojego ciała, rąk, nóg i organizmu totalnego przez ostatnich kilka miesięcy – i odsypiam kiedy popadnie) i postanawia poleźć w las, poszukać badylaków do celów makrozbliżeniowofotograficznych i przy okazji przypomnieć sobie jak zimą wygląda rozległe Morze Bałtyckie.
Lezę, zadowolony że las pusty, wypstrykowywuję kliszę w Nikonie F90x coby jakieś zaliczenie uczelniane poczynić na pracownie srebrową (krajobraz zimowy i takie tam, koniecznie z analoga choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że z kliszy FOMAPANU 100 szału raczej nie będzie, ale pstrykam dosyć intensywnie)

piotrografia

piotrografia-lawka

Złażę w stronę owego Bałtyckiego takimi schódkami betonowymi, które w rzeczywistości są schódkami lodowymi , z przymkniętymi powiekami i opatulony na głowie niczym Chytra Baba z tego miasta na R, (tylko że ja jeszcze mam szalik wokół szyi) i telepiąc się z zimna pstrykam sobie też cyfrówą.

piotrografia-nad-morzem

piotrografia-nad-morzem2

I nagle kątem oka, którego rzekomo nie posiadam z naukowego punktu widzenia, widzę coś czerwonego – i przekonany, że zakrwawiona foka morska biega w panice po plaży odwracam się i dzieją się wówczas szalone rzeczy przed moimi oczętami.

piotrografia-nad-morzem-morsy

piotrografia-nad-morzem-morsy2

Dziewczę sobie brykało beztrosko po plaży i uśmiechało się podskakując w wodzie. Ja wiem, że ONI (czyt. MORSY) chodzą, oddychają, żyją i w ogóle istnieją, ale taki widok przy takiej pogodzie zawsze mnie zatrzymuje i sprawia „wyłupiastość zdziwieniową” moim oczom.
I tym oto piątkowym akcentem pragnę zakończyć dzisiejszą sobotę!
Spokojnej reszty weekendu wszystkim! :)

Gdańskie Kompilacje …

Wczorajsza sobota.
Jakże to straszne, że w dni wolne od pracy włącza mi się tryb starszego pana – godzina szósta rano, oczy robią się już wyłupiaste z wyspania i gapi się człowiek w sufit jakoś tak beznamiętnie. Potem pije dwie kawy pod rząd, pali kilka papierosów i tworzy plan dnia :)
Po strasznie długich konsultacjach telefonicznych z kolegą Kamilem uznajemy, że fotograficznie szlajanie się po Sopocie będzie w sam raz – niestety kolega Kamil dosyć spontanicznie zakaszlał, zasmarkał i z drgawkami cielesno-chorobowymi poszedł do domu spożywać tabletki przeciwgrypowe. A ja jakimś cudem i w tajemniczych okolicznościach trafiłem do samochodu koleżanki Kaziuty, gdzie jej niespełna trzyletni synek w foteliku samochodowym puszczał niewyobrażalnie śmierdzące bąki :):):)

Dzień fantastyczny – lubię spotykać takich ludzi jak na zdjęciach poniżej …

I jeszcze zapraszam na wernisaż :)

Migawki

Nastąpiło zupełne trwanie w przypadkowości chwili – i nawet nie wiem czy powinienem próbować nad tym panować.

Śląskie Migawki

Dziwactwa serwowane piątkowymi popołudniami smakują wyśmienicie :)

A poniżej kilka migawek ze Śląska.
Z szerokim uśmiechem możnaby tak łazić po miejscach, w których nie było się jakieś dwanaście lat i odświeżać pamięć.

Jakiś czas temu.

Studio Nagraniowe

W moim otoczeniu dzieją się sympatyczne rzeczy.
Najsympatyczniejsze to te, związane z szeroko pojętą sztuką, której można posłuchać.
Po za tym, szeroko rozpostarte ramiona podupadającego zdrowia, znowu ściskają co popadnie.
A ja strasznie nie lubię jak z nosa robi mi się kran, a z gardła silnik Ursusa C-45.

Klub Filmowy „Żyrafa”

Z racji faktu, że mój organizm jest bardzo gościnny – Witaj Przeziębienie! :D
A do Klubu Filmowego jeszcze wrócę. Ze statywem.
Do poczytania o tym klimatycznym kinie: tutaj.

Życie

(…)Jestem jak rozdeptany ptak, w agonii rozczesujący dziobem skrzydła, podziwiający ich wietrzną konstrukcję (…)
Halina Poświatowska

Nadzwyczaj w zwyczaj

Śnieg pachnie i popadam nadzwyczaj w zwyczaj.
(O prowadzeniu koślawych zdań wyplutych i gubiących się w gramaturze tego światka.)
Zupełnie nie rozumiem ludzi, którzy mnie nie słuchają. Potem całość układa się na ustach w przeciągłe „A nie mówiłeeem…?”

O tym, tamtym i niczym

Jest czwartek.
Nad pozłacaną filiżanką czarnej kawy długowłose wróżki w okularach, mówią dużo i dosyć intensywnie.
Zakładają nogę na nogę, zwilżają usta i uśmiechają się ubrane w światła żarówek sufitowych.
Jest styczeń. To liczba pierwsza. Drugą liczbą jest Duży Wtorek, o małym oficjalnie nie mówi się. Był sobie fragment.
Licząc do siedmiu możnaby stworzyć swój mały świat, uczesany w nadpobudliwość chwil popołudniowego chaosu, rozsiadać się w słowa i dłubać palcem w dniu ósmym, nieistniejącym fizycznie. Zapowiada się zmiana, początek i jutro. To dosyć dziwne, tym bardziej, że kawa smakuje jakoś inaczej.

♪♫ Michel Teló – Ai Se Eu Te Pego

Rozmowy nieklejące się w ogóle …

 1

To zadziwiające. Bo wiele rzeczy nie dzieje się.
Cisza jest pomieszana w kostki cukru, dwanaście łyżeczek i swoistą nieruchomość cielesną.
Uprawiasz Sen.

Wieje.
W trzecią kawę wpleciona jest głośna muzyka. Potem, kontemplując nudę swojego mieszkania, przeglądam stare płyty.
To fascynujące, że można zarejestrować kilka lat swojego życia i umieścić na takim małym, lśniącym krążku, a potem sobie odtwarzać i śmiać się cicho pod nosem.
Z całej tej głupoty ułożonej w rząd koślawych uśmiechów i prób ubarwiania swojej rzeczywistości. I z tej rozbuchanej kreatywności, która w chwili obecnej wydaje się być zupełnie nie do końca na miejscu. Na swój sposób trochę śmieszno-pompatyczne czasy.
Kilka zdjęć sprzed, wydawałoby się, wieków ;)

♪♫ Queen – The Show Must Go On

Sopot poranny

Mały urlop.
Szósta rano, autobus linii S, duża latte i śmigam między uliczkami Sopotu z kapturem na głowie i słuchawkami w uszach.

Mamy styczeń. Dwa tysiące dwunasty. Plus dziesięć na termometrach przyokiennych. I zbliżający się Koniec Świata, któryś już z kolei w tym stuleciu ;)
W Sopocie pada i ludzie chodzą naburmuszeni, chodzą powoli, a potem siedzą na mokrych ławkach czytając wczorajsze gazety.
Rejestruję dziś wszystko, co popadnie. Bez głębszych przekazów. Po prostu.

♪♫ Pawbeats- Reliance

Spada migawka jak gilotyna (…)

Siedząc w dwóch różnych skarpetkach (mam jeszcze jedną taką parę ! ;)) odpalam leniwie telewizor.
Seriws pogodowy. Pani, która jednym okiem patrzy przed siebie, a drugim w lewo, radośnie informuje, że napływa do nas powietrze polarno-morskie.
A powietrze polarno-morskie to takie, które bezczelnie sprawia, że muszę sięgać garściami po tabletki z ibuprofenem.
Zdenerwowała mnie owa Pani, więc w akcie zemsty przełączyłem ją na jakąś stację muzyczną, gdzie niejaka Edzia G. zarzekała się uparcie, że nie była Ewą.
Pada deszcz i podobno za tydzień mamy Święta Bożego Narodzenia.
Na klatkach schodowych dziwne rzeczy ludzie wywieszają.
Słabo kontaktuję dziś.

♪♫ Michał Bajor – Stop Klatka

Czas Idiotów

Październik to czas idiotów zgłębiających stany swojego smutku – w październiku i Ty bywasz idiotą, ślamazarnie stojącym na przystanku i czekającym na wielkie zmiany. Z rękoma w kieszeni częstujesz tym smutnym spojrzeniem wszystkich przechodniów. Cieszą Cię noce poukładane rzędem kilku koślawych liter, z których wynika, że znowu nie możesz spać. Analizujesz.
Ona kiedyś powiedziała, że powinieneś raz na zawsze wyrzucić ze swojego słownika nigdy nie kończące się pytanie „A co by było, gdyby…”. No co? Dalej mieszkałbyś w tym małym mieszkaniu na czwartym piętrze i leżąc (ułożony lewą stroną do okna) paliłbyś ruskie papierosy, paliłbyś namiętnie wydmuchując dym przekonany o wyższości tej Twojej chwili nad wszystkie inne. Nic się nie dzieje.
Jest jedno zdanie podkreślone czerwonym długopisem i ta Twoja niewiedza właśnie.
I Ty bywasz idiotą.
Dźwięki nawet przez chwilę nie tłumią myślenia, siedzisz tak jakoś krzywo na tym brzegu swojej wyobraźni i nic Ci się nie wydaje, w ogóle.
Jest tylko milczenie, dym i Ty.
Zupełnie jak w filmach Almodovara, kiedy Heroina uśmiechała się lubieżnie tłukąc czarną torebkę wszystkich transwestytów wokół…

W kuchni znajdujesz śniadaniowe okruchy, uchylone okno i fragmenty swojej ciszy ułożonej w kącie.
Rozbierając ją jeszcze nic nie wiesz, oddychasz normalnie. Potem coraz szybciej i szepty Twoje zamieniają się w krzyk. I w stronę ust wszystko się dzieje.
W zagłębieniu podłogi znajdujesz siebie.
Idiotę (…)

Beata

Ręce rozkładam – zamiast ust.
Ślady wieczoru zabieram do torebki kilku chwil i zapinam agrafką z szuflady pełnej ciebie.
Patrzysz jak szalony.
Z przyklejoną blizną nad lewym okiem i mną – na papierowym ciele.
Papieros.
Zaznaczam obecność dymem we włosach.
I w popielniczce nasiąkam burzą twoich oczu.
Dogaszam.
W imię syna.
Tego co zmarł patrząc jak długo.
Podchodzę – smugą tej ciszy co wcześniej.
Co teraz. co wtedy.
Nachylam się bielą i szept kładę na usta.
Śpisz. znowu.
Upycham twój zapach do nie-istnienia.
Napawam się nie-istnieniem bliskości.
Dopijam smak nocy – raz jeszcze, w filiżance czekania.
Papieros.
Dogaszam.
W imię ducha.
I patrzysz na mnie jak bóg, kiedy co wieczór wychodzę.

Miasto mi się pali !

A z racji tego, że pali się dosyć intensywnie – postanowiłem jutro wyjechać.
Do dziewczynki z kurami, rozpadających się schodów na strych i polnej ciszy.

Muzeum w moim mieście wystawia prace mojego autorstwa.

Kubek mleka

Betonowe plastry łatają panowie w żarówiastych kamizelkach, spoceni.
Spaceruję więc w stronę przystanku, spaceruję cmentarzem wojskowym, na środku którego anioł kamienny na mnie kamiennym wyrazem twarzy (oczu) patrzy. Można tak? Milczymy oboje, zasłuchani w szumy.
W autobusie czuję się jak ziemniaki. Kierowca jedzie uśmiechnięty.
Wieczorem ulubionej Osiedlowej Pijaczce zostawiam drobne pieniądze na czerowne wino i papierosy.
Ulubiona Osiedlowa Pijaczka zawsze umalowana szminką w najmniej odpowiednim miejscu (i kolorze) siedzi na ławeczce nieopodal sklepu i krzyczy „skurwysyny!”

(…)Lubię wieczory. Wypijam mleko, kawę, herbatę i wciągam kreskę.
Wyobrażam sobie, kreślę, podkreślam. Mam duże oczy.
Mam wrażenie, że umrę za jakiś czas. Albo pojutrze.

Gdynia

Ludzie wokół mnie umierają, a jeśli nie – to mówią szeptem, bo nie są w stanie mówić głośniej.
Dziwnie się dzieje, bardzo dziwnie. Czekam.

Pośpiechy

Uczucie niesamowitości następuje tuż po tym, jak Sylwia zaczyna śpiewać. Panuje Chaos.

Dziwną Dziewczynę widzę codziennie w autobusie, ma niebieskie oczy.
Dziwna Dziewczyna często patrzy w lustro, jakby oczekiwała, że znajdzie tam kogoś innego niż tylko siebie.
Strach, który jej towarzyszy pozwala mi snuć historię ubraną w zielony pokój, drewniane krzesło i nożyczki.
Staram się wpatrywać w Nią tak długo, aż na mnie spojrzy – uśmiecham się, a Dziwna Dziewczyna nerwowo odwraca wzrok, potem wraca i udając, że wcale na mnie nie patrzy, szuka czegoś w torebce.
Czasami czyta książkę i też się uśmiecha. Do sufitu, albo do lustra właśnie.
Bywa, że towarzyszy jej Dziwny Chłopak, milczący i nieobecny. Trzymają się za ręce, i Dziwna Dziewczyna wodzi wtedy zlęknionym spojrzeniem po autobusie, jakby bała się, że ktoś ją potępia za tego Dziwnego Chłopaka.
Sam nie wiem.
Jest niesamowicie ciekawa.
Jestem pewny, że kiedyś Ją sfotografuję.

Istoty

Wszędzie widać człowieka. I nawet jeśli nie do końca fizycznie to zawsze jakąś jego część. Rejestruję to.

Pomodlenie

Wyszukuje kosmiczne plenery na swoje równie kosmiczne pomysły na zdjęcia.
Dzieje się. W głowie.

Formy organiczne

Szybki spacer po oksywskich plażach owocuje spokojem i chwilową duchową stablizacją – spożywanie form organicznych, wyłącza myślenie, analizowanie szerokiego wachlarza ludzkiej głupoty, która tłumnie ostatnio występują w moim otoczeniu.

Stokroć

Halina przebierze się za rosyjską Swietłanę w białych kozaczkach i do pracy na stopa będzie jeździła – wszak owy zakład, w którym pełni funkcję koordynatorki projektów małoważnych stoi tuż przy obwodnicy, więc w drodze to jeszcze zarobi na mało czystym, a nawet brudnym, a przy tym jeszcze umiejętnym wpychaniu sobie do rozchylonych ust różnych takich tam. Finezyjnie można krzywą nóżkę, na wpół niedogoloną patrząc od kolana poniżej, wybebszyć spod taniej spódnicy z tesco i równie finezyjnie mrużąc oczy od wiatru i uśmiechając się szeroko, nawet subtelnie zionąc brakiem zębowej jedynki można mruczeć do siebie piosenki o wielkiej miłości. W torbie Halina będzie miała paczkę gum do żucia, kilka dni po terminie, bo podobno wtedy najdłużej smak trzyma w gębie i machać tą torebką będzie – machać i muchy odstraszać, bo przecież dopiero co włosy perfumowała wodą toaletową.
Halina będzie półetatową kurewką, obwodnicową szmatą którą mijająca w lśniącym i wypucowanym samochodzie rodzina z uśmiechem na wybotoksowanych ustach nazywać będzie „tą panią co na autobus się spóźniła” – bo dzieci pytają, luksusowo usadowione w drogich fotelikach na sześć zapieć i z pozłacanym zagłówkiem.
A Halina będzie miała to w dupie.

Dziwny jesteś

Wielorakość tego świata polega w tej chwili na niczym, nudne wypijanie czerwonej herbaty z plasterkiem słodkiej pomarańczy towarzyszyło fragmentowo martwym chmurom, rozpiętym w bladoniebieskość.
Mój świat też jest dziwny.

Chwila

Zaczepia mnie W Gdyńskim Muzeum Motoryzacji. Zaczepia i oddaje kilka swoich starych zdjęć. Miło.

Vilia

Jakiś czas temu w moje objęcia padł aparat fotograficzny, analogowy o nazwie Vilia.
Tak więc po zakupieniu taniej kliszy i wypstrykaniu jej celem sprawdzenia jak, co i czy korpsuik na pewno szczelny i czy nic się nie tenteguje w środku, nie prześwietla i w ogóle – wywołałem.
Jakość zdjęć zmiażdżyła mi nerki – tak więc poszukuję dawcy!
Skany wywołanych zdjęć pozostawiają trochę do życzenia – ale i tak jest fajnie.
Także ten .. druga klisza już wepchnięta w aparat :)

Zasypuję masą zdjęć

Na zdjęciach:

Dzieciaki moich bliskich, bliskich moich bliskich, nie bliskie mi i obce, stare PGR’y w wiosce Molwity na Warmii, słonecznik, romantycznie rozwieszane pranie i kilka migawek z miejscowości, podobno, słynącej z alkoholizmu :)
I bawcie się wszyscy wyśmienicie !! :) Szczęśliwego!

Migawkowo II

Natychło mnie powłóczyście w autobusie lini nijakiej (w drodze z pracy do domu) na chaotyczne wyrzucenie urlopowych zdjęć. Na wspomnianych zdjęciach zapomniane Kłomino, rozwijające się Borne-Sulinowo, opuszczony magazyn w polu województwa zachodnio-pomorskiego i różne współtowarzyszące.

Migawkowo

W taką pogodę jak dziś (czyt. zimno, zimno i bardzo zimno) niezwykle sympatyczną rzeczą jest popijanie gorącej herbaty z wielkiego kubka i zatapianie się w fotografie z folderu o nazwie „Urlop 2010” gdzie to słońce uprzejamniało prawie każdy dzień. Na zdjęciach Chociński Młyn, osada leśna z mnóstwem wiejsko-fotograficznie-fotogenicznych smaczkach układających się we wszech-patynę. Stary dworek, który pełnił kiedyś funkcję czegoś na kształt domu dziecka, następnie leśniczówki – w przyszłości blizej jeszcze nieokreślony ośrodek muzealny. Zdjęcia z końca sierpnia.

Wyjazdy

Wiejskie kawy w przecieranych kubkach wypijam na niedokończonym ganku Anny Em.
Chłonę wiatr muskający gołe stopy, bawię się z kotami i niezmiennie palę poranne papierosy.
Anna ostatni dzień jeszcze w pracy, więc z zapasowymi kluczami do jej domu wsiadam na rysiowy rower w kolorze granatowym i wybywam na pobliskie pola coby czekania na nią przebiegało w szybszym tempie – wszak człowiek zajęty nie zwraca uwagi na minuty. I stojąc tak na polnej drodze, chłonąc kolory z każdej strony, z rysiowym rowerem ułożonym umiejętnie w pobliski rów – splatam ręce za głową i mam ochotę krzyczeć z radości posiadania oczu, dzięki którym tak dużo mogę zobaczyć.

Wyspa Sobieszewska

(…)Pokaż mi swój brzuch! Ciśnie się na usta, pocałunki pochowane w kącie, niehoryzont.
Czekam na czas, aż usiądzie tuż obok i szeptem do ucha poopowiada o tym wszystkim na co czekam.

Niedzielne plażowanie na Wyspie Sobieszewskiej.

Wesołe Miasteczko

(Śmiertelne obrażenia nastapiły tuż po szybkim biegu w stronę nieistniejącego słońca.)
Chciałbym, żebyś wiedział jak bardzo boję się Tych Dni, kiedy w żaden sposób nie czuję się człowiekiem.

Rozgardiasz

/Po środku martwy chłopiec wyciąga rekę w stronę ust.

I Fell Love.

Upał.
Gorąco.
Zimno.
I czas, który powinien leczyć rany Gdybania Wszędobylskiego. Zataczam się urokliwie, tworząc wokół siebie namacalny chłód zastępujący wszelkość objetą zieloną szelką, klamerką, zapinką. Uczę się lini uśmiechu, rąk, rysów rzęs i ptaków umiejętnie mieszkających tuż pod sklepieniem nieba rozłożonego w błękit. Zataczam się myślowo, utykając na wszystkie nogi (twoje) pocięte w gałęzie drzew, plaster ulicy równo ułożony opaloną dłonią, obrazy wiszące w oknach, wiatr, łzy.
Nie lubić wtorków, to tak jakby czesać się w każdą niedzielą – z błyskiem w oku do lustra krzywo przewieszonego przez ramię młodego boga. Uczę się uczyć. Życie, słowa, miłość (zbyt duże słowo na te czasy … ) – nie lubię płakania, płakania cudzego i obcego mi, bo nie do końca przekonany jestem nad racją tego wszystkiego. Głupia.

/Chaos rozsiadłwszy się na poplamionym fotelu, drąży dziurę w głowie w celach niekomercyjnych. Amen.

/Migawki. Budynek ze zdjęć wyburzają pierwszego lipca.

„Babcia” Kasia

Babcia Kasia z Trzmielewa.
Nie jest moją babcią, ale na widok jej twarzy tytuł „Pani” w żaden sposób do Niej nie pasuje.
Babcia Kasia kradnie co popadnie. A to ciasto z talerza do kieszeni, szczoteczki do zębów, mydło.
Dlatego też nikt Babci Kasi nie wpuszcza do mieszkania.

/Dochodzę do wniosku, że pogoda dostaje pierdolca. A ja razem z nią. Jest tak goroąco, że polewamy sobie nawzajem głowę zimną wodą z dyspozytora. Jednorazowe polanie wystarcza na ok. dziesięć minut, potem lać trzeba znowu :)
W planach było subtelne gnicie nad brzegiem jeziora, ale popołudniowa burza na to nie pozwoliła.
Po za tym nie mogę wyjść z ostatnio zrobionych zdjęć. Foldery pękają w szwach, a nie posiadam czasu, ochoty i innych pochodnych i niezbędnych.

Dzień

(Niekontrolowane szumy) Deszcz, wiosenne burze rozpięte w niebie granatowym guzikiem.

Wymyślam sobie ludzi, tworzę w głowie każdą literę naszych rozmów i trwam w fałszywym przeświadczeniu, że samo się wszystko zrobi. Generalnie nie ma siły, jest tona prac zaliczeniowych, foldery ze zdjęciami i egzaminy zawodowe. I chęci też nie ma.

Nikonowe Migawki

Kilka pstryków ze świeżo zakupionego aparatu, gdzie wbudowany śrubokręt pozwala mi na automatyczną zabawę ze stałą pięćdziesiątką :)

Nocnie / Migawki

Ułożony prawą stroną do okna, wdychając zapach zielono pachnącej poduszki co chwilę otwieram oczy. Rzeczywistość układająca się pod powiekami burzy spokoje ducha, wewnętrznie krzyczę rozłożywszy ręcę do milczącego sufitu, nieruchomych zasłon, cichnącego dnia. Ściany zdają się przysuwać za każdym razem gdy chce wziąść głębszy oddech,zdają się przygniatać, ściskać, dusić. W głowie tłuczą się białe talerze, brzdękają sztućce, szurają drewniane dłonie zaciskające palce na wystających sutkach przyszłości. Czy coś.
Chaotycznie otwierając drzwi, wstawiam wodę na kawę i siadam do klawiatury. Weź pigułkę… myśli mi się intensywnie, choć zdajemy sobie sprawę (my wszysycy w tym pokoju okraszonym północnym mrokiem), że można tylko sześć dziennie i że limit już przekroczyliśmy.

Widzę ten dom (kurwa mać…), w trawie leżą chrupiące jabłka, wietrzny dzień, uniesienia. Lubieżnie toczysz spojrzeniem pokój na poddaszu, wszelkie twarze w pozłacanych ramach jakby czekając, uśmiechają się. Z lubością, dźwięk skrzypiących drzwi w kolorze nieba, porcelanowe zatrzaski, szuflady pełne niewysłanych listów (Filipe…). Wspominamy przyszłość i choć tak naprawdę czuję się Sam w owym pokoju to czytam na głos, na wszelki wypadek gdyby ktoś miał przyjść, zapukać, rozdwoić wszelkie „za”. Bo sprzeciwiamy się sprzeciwom. Chaosie …

Z sennych kart pamiętam, latamy niesieni nadzieją, że tuż przy siódmej chmurze ciepło porannej filiżanki kawy poczujemy na drżącej skórze, przymkniętych ustach i drgających ramionach. Wyrzucamy obrazy z głowy, wyrzucamy wirtualnie, Oni głośno się śmieją, ich stopy, ich brzuchy, wrastamy w drzewo naniesione białą farbą na zniszczone płótno nocy, nie oddycham chyba i wszystko wydaje się być na wyciągnięcie ręki.

MyśloStan – kurwamaćjapierdolizm uroczysty, ulubiony i najpiękniejszy uprawiając zakładam się z samym sobą ile wytrzymam i który z nich okaże się silniejszy. I choć z szarości powstaliście i w szarość polegniecie – powiedział mój Chrystus osobisty z parapetu, umalowany czerwoną szminką – nikt nie zrozumie, a mi lepiej będzie kiedy się uwypuklę namacalnie prawie.

(Otwieram kilka folderów ze zdjęciami, wybieram, sklejam i tyle. Bez głębszego przekazu myślę.)

Ułożona lewą stroną do okna, w pozycji klasycznie siedzącej palę papierosy, chłonę muzykę, nastarajam się na jutrzejszy dzień w kwiatowy wzory przypominające malwy, pszczoły, miód i miłość.
Chciałam powiedzieć …

Niedziela

Podwójnie.
W nocy śnią mi się ludzie bezczelnie gapiący się w monitory mojej głowy, czytający z lini papliarnych moich dłoni, wiedzący więcej niż ja sam chciałbym wiedzieć o sobie.
Za oknem ptaki pod niebem, i każdorazowo dokończonym lotem muskają wierzch trawy soczyście zielonej zmieniając tym samym poziom mojego uśmiechu.
Podwójnie.
Jest szum, świetliście zakończone w powietrzu fale morskie przy długim czasie naświetlania, pole pełne piasku, kiełkującego czegoś i myszy białoszarych chowających się w kępkach przypadkowości.
Przez uchylone drzwi Chaos zagląda.

Babie Doły / O Tej Pani

(O pewnych rzeczach nie powinno dyskutować się w autobusie.)

Szanowna Pani.
Włożywszy szeroki sweter tanio kupiony na rynku pełnym towarów wszelakich i wsadziwszy rękę w kieszeń tej mgliście zielonej kurtki, Brygida wydęła usta czerwone, pełne. Wydęła na nadmiary chłodu objawiające się o poranku oszronionymi szybami sąsiadów mieszkających tuż obok, na miauczący wiatr bijący w twarz nieprzyjemnym skowytem i pochodne rzekomo nieobecnego mrozu zżerającego plaster ulicy.

(Zapisuję obrazy. Brak konsekwencji literackiej bywa.)

Obsesje

Obsesje jutra, harmonie twarzy i dziwne sny. Muszę usiąść i się napisać przy następnej okazji.

Szarości

I wszystko mi pachnie na zasadzie bezzasadności.Szarości…
Teatralny Proces, tysiące kubeczków kawy i piątkowy pociąg bezprzedziałowy.
Mimowolne poszukiwania przypadkowości w ludziach, zmarszczek na twarzy i ciasnych kadrów ułożonych w czerwone cegły, poniszczone deski i inne. Ślamazarność poranków, romantyczne filmy i pudełko lodów na śniadanie. Muzyka. Popołudniowe spacery nad skute w lód morze i historia wielkich oczu.
Torby pełne kwiatów i przestrzenie, palce uwieszone na tylnich kieszeniach – kiedy świeci słońce w powietrzu czuć wiosnę. Parapetowe koty i różne inne.

Zimowe

Wiosna idzie z mrozem na czele.(Bad romance?)
Rozradocha, białe drzewa trzeba pozamiatać, po ciemku trzeba wejść do lasu i brnąć i nasłuchiwać dźwięków zimy, wbijać paznokcie w ramię i gryźć poduszkę trzeba, spać z kotami i palić papierosy przy drzwiach, na ganku. Trzeba pożyczać rysiowe buty, rękawiczki i ciemne skarpetki wkładać na stopy do spania, spać trzeba pod kraciastą pościelą, z dwoma oknami w pokoju i kapciami przy łóżku. Tych „trzeba” jest tak dużo i tak fajnie, że śmiejąc się w blablabla ze sztuki spadania zamieniam się w ciemnowłosą dziewczynę w zwiewnej sukience salvadora i wpychając czekoladę do buzi (nie wkładaj mi tych słów! ;D) jestem wszystkim tym, co widzę, czuję i smakuję.

Sopot

Prosto i klasycznie siedzimy kilka godzin na molo w Sopocie. Z Agnieszką.

Geo

Przy pierwszej skrytce towarzyszyło mi całe mnóstwo pozytywnych emocji.
Przy drugiej miałem niepowtarzalną okazję pomoczyć stopy, prawie nie oddychać z racji małej ilości tlenu, zedrzeć logo z plecaka i walnąć się kilka razy w głowę. Po za tym nie czuję dolnych kończyn, pozycja nogi-zgięte-w-pół-tułów-prostopadły-do-wyżej-wymienionych nie jest najwygodnieszją pozycją do przejścia trzech kilometrów w gdyńskich kanałach. Zaintrygowanych odsyłam TU.

Ten stan

Pragnę poinformować wszystkich, że nie jestem chory psychicznie, nie biorę narkotyków i pijam alkohol tylko okazjonalnie. Że pozostaję w pełni władz fizycznych, umysłowych i wszelkich jakie mogą istnieć, a o jakich mogę nie wspomnieć z racji stanu radości, który mnie złapał i przy którym zwyczajnie w świecie mogę o niektórych nie pamiętać. W moim przypadku podniecenie rodzi chaos, słowa mi się przestawiają i przygryzam wargi jak przed pierwszym dniem w przedszkolu. Bo nie wiem jak napisać.

Po nocnej zmianie przebudzam się o szesnastej i leżę gapiąc się w sufit. Tworzę sobie obrazy, po chwili wyciągam zeszyt i zapisuję wszystkie pomysły na zdjęcia. Włącza się budzik w telefonie, zawsze nastawiam ich ze dwadzieścia, żeby dobudzić się konkretnie, umysłowo i tak dalej. Wstaję, włączam komputer i nastawiam wodę na kawę w zielonej filiżance, do której wracam jak zbliżają mi się dni wolne od wszelkich obowiązków. Ziewam. Za oknem ciepło, ktoś skosił trawę nie dawno i wszędzie pachnie takim jakby „dopiero latem”. Zaglądam na wasze strony, odpalam papierosa i wczytuję się w słowa. Opieram się łokciem o półkę z klawiaturą i przeglądam później jakieś mniej istotne rzeczy, robi się nudno. Prawie siedemnasta. Nie wiele się zastanawiając wracam do łóżka, żeby zregenerować siły przed ostatnią nocną zmianą w pracy. Potem urlop.
Zasypiam.
Śni mi się, że idę wzdłuż bardzo długiego bloku jakich pełno w moim mieście. Że idę i piszę sms’a Małgorzacie, że zaraz będę w umówionym miejscu. I wtedy się zaczyna. Małgorzata jest w tej szarej sukience, podbiegamy do siebie jak w tych łzawych filmach, i kiedy chce się do Niej przytulić ona śmiejąc się ściąga mi z czapki nitkę pajęczyny, na której kołysze się mały pajączek. Uświadamiam sobie, że to sen. Któryś raz w życiu mi się to zdarza, żeby w pełni być świadomym, że moje ciało śpi a umysł gdzieś krąży. To uczucie jest niesamowite. Zaczynam się unosić i ogarnia mnie taka euforia, że prawie krzyczę. I wiem, że przecież śpię.
I naglę odczuwam swoją fizyczność, swoje ciało które leży na łózku, w zielonym pokoju i wiem, że mam teraz ogromną szansę spróbować wyjść z Niego. Jakkolwiek to brzmi, po prostu poczułem jak przekręcam się wokoł własnej osi. Towarzyszył temu dźwięk jakby zdartej płyty gramofonowej, i straszne drgawki jakbym wił się po całym łóźku, trząsł i tak dalej. Poczułem fizycznie swoje serce, dwie komory i dwa przedsionki, było śliskie, ciepłe – no, kurwa, coś niesamowitego. I zupełnie już nie czująć ciała fizycznego, czułem jak płynę sobie w powietrzu po pokoju. Pojawia się strach, że umieram – ostrzegali przed nim Monroe i Darek. Nie trzeba się bać. Chce się obudzić, wrócić do ciała więc z całą swoją siłą otwartą dłonią uderzam się w uda. Otwierając oczy widzę ciemność i sierp księżyca.Potem się budzę. Wszystko trwało może, ze trzy minuty.

Zdaję sobie sprawę z chaotyczności tych słów, z tego, że niektórzy z was wezmą mnie za idiotę, wariata, psychola i kogoś jeszcze. Zjawiskiem OOBE zainteresowałem się kilka miesięcy temu i dążąc do tego stanu, miewałem chwile zwątpienia, rozczarowania i rozgoryczenia. Nie było takiego motorka napędowego, aby móc działać z myślą, że to przyniesie efekty. I w końcu się udało. Mam świadomość, że TAM to coś więcej, bardziej, mocniej i intensywnej. Nie sposób jest opisać uczucia, jakie towarzyszyły mi w tym czasie. To coś nieprzeciętnie cudownego, nieziemskiego i wspaniałego.

Where are you?

Słowa zawinęły mi się w węzeł i nie potrafię z Tobą rozmawiać.
Jest żałośnie, i nie lubię tego stanu, ale nie mam żadnej siły napędowej, żeby to zmienić. Za każdym razem kiedy pojawia się jakaś mała chęć, pojawia się też myśl, iż za jakiś czas będzie tak samo. Bezpłciowo czy jakoś tak. Nie ważne …

Stena Line

Lubię czasem wybrać się Gdzieś.
Gdzieś nie ma określonych współrzędnych, które możnaby zmierzyć w stopniach i czasie kątowym.
Po prostu chwytam czarny plecak z aparatem, zakładam ulubione dzinsy i chowając głowę w kapturze ogromnej bluzy wychodzę z tego mieszkania na drugim piętrze, odpalam papierosa tuż za starą kotłownią i pozwalam się nogom prowadzić.

Bose Stopy

I deszcz (w ciepłych kałużach moczenie palców) na miękkiej podłodze, która kolorami jesieni jest. Medytuję przy QMR przytulony do drzewa, pisanie boli ostatnio. Wolałbym wyrażać się obrazami, wolałbym gdy ktoś zapyta pokazać mu niewerbalnie swój zakres kolorów, którymi potrafię się określić.

Kici Kici / Walcz!

Tępe bóle głowy zagłuszam kolejnymi kawami, rozmowy mi się nie kleją, chmury są fotogeniczne i Wioleta opowiada o swoim romansie z Tym Murzynem.
(Nie zaprzeczam.)
Chcąc zmienić Formę Całości staczam się w te świetliki w ciemności wypatrując Twarzy, co mają uśmiechać, potem następuje wyrwanie i rozmawiam z ludźmi o dupie-marynie w przyciasnej sukience w kwiaty, bo lato przecież. Pan Monroe uzależnia, nie tyle słowem co historią nim napisaną. Zeszyty w kratkę zapełniam niebieskiem długopisem tuż po otworzeniu oczu, ucząc się pamięci w pochmurne poranki. Nie ma sensu, jest splot czerwonych szminek, dziewczyn, włosów i kotów z długimi ogonami. Jest Chaos, podskórnie toczący krew w zakamarki ciała.

Środa, Wtorek

Chciałbym się.
Nie udawać przed samym sobą, jak bardzo urozmaicony jest ten czas, kiedy lustra pękają w pół rodząc siedem kotów na rozgrzanym dachu Twoich pleców. Pocałunki są brzydkie, rozczochrane i chaotyczne. Morduję samego siebie kolejnymi kilogramami smutku napierającego z każdej strony, łuk brwi jest przedbramą do duszy moich bogów uśmiechających się dymem od papierosów. (Mam brudne serce.)
Rozkrajam ten wtorek, drugą w nocy i wyrzuconą gazetę. Śniłaś mi się wspólnie z Nim, brązy były czerwone, a biały nie istniał. Nie mam ciszy, mam krzyk wciskający się w żebra.

Tak myślę.
Urodził się trzeci. Bardziej inny, niż ta pozostała dwójka wpleciona w faktury chodnika. Street Magic, połóż się sama, a ja Cię podniosę. W mieszkaniu siedzi Nuda, nad morzem subtelnie sztorm toczy fale po piasku, wpycham do ust czekoladki. Chyba się już nie zobaczymy, nie zdążymy – bo ja zaczynam rozumieć Tą Małą ze Stolicy, przeguby mam pełne różowości Jej głosu. Słucham Cię wirtualnie. Na czarnym fotelu, w niebieskich dzinsach i wszystko jest „Well Done”. Rozumiesz? Przecież tych chmur nigdy nie było.

Tak myślę.
Urodził się trzeci, Skurwysynie.
Nie potrafię Go jeszcze nazywać po imieniu, nie potrafię spojrzeć mu w oczy i dotknąć, tak żeby Go nie bolało. Mam na imię, a Ty? Od zawsze Tomasz powtarzał, żeby uważać na Świat, bo Świat jest jak niewygodny sweter – najpierw trzeba go trochę rozciągnąć, żeby dało się nosić z uśmiechem. (Tak myślę.) Perfumujesz się.

Tym porannym autobusem sprzed tygodnia, zaczepiasz mnie spojrzeniem, a ja utykam wychodząc. Chaos.

Zagapiłem się trochę

Wolne dni.
Poświęcam się samotności, przykrywam usta milczeniem i słuchając tej swojej dziwnej muzyki przeobrażam się w drzewo. W zielonych gałęziach swoich ramion chowam ptaki głodne bliskości, czarne kruki jutra.

Cztery Dni

(Sieciowa nuda napisana wierzchem dłoni)

Na głosie zawieszam zmysł słyszenia, żeby potem docierały do mnie głosy wysokie i niskie pomieszane w jedno. Biurko zdobi czarno-biała kawa, telefon komórkowy i uniwersalny pilot działający nawet przy włączaniu pralki – ta pralka od zawsze była dziwna.
Jest zimno, chłód rozkłada się po kątach mieszkania wypędzając resztki tego ciepła wiosennego, co oknem wpadało spontanicznie. Za cztery dni znowu wsiądziemy w pociąg, znowu napijemy się wódki w małym pokoiku wielkiej artystki, znowu spotkamy tą milczącą kobietę i poprzytulamy głowy do szyby w napierdzianym przedziale, żeby zaraz potem wyjść do wc na papierosa. I krztusząc się tym kaszlem, jestem uśmiechnięty

Mucho moja!

Sobie.
Na rowerze, w autobusie i między drzewami szukając inspiracji na nową serię, która zawiśnie w mieście na K. Przypadkiem natrafiam na piękne uśmiechy, na subtelnie słodką głupotę i zieloną zapalniczkę w kieszeni, którą odpalam papierosy.
Spożywanie Sutter Home na plaży, piasek w podwiniętych nogawkach i czarny las po dwudziestej trzeciej – nie martwię się, jakoś nie odczuwam tej potrzeby.
Co u mnie słychać? Słychać Morze – najbardziej.

Uliczny Niechaos

Fragmenty dnia w formacie .jpg.

Nie lubię śnić głupot nałożonych krzywo na powieki oczu przymkniętych w sen.
Jezioro pstrokatych dłoni prześladuje mnie, mierząc gęstości chłodnego powietrza z północy. Teresa czeka na densytometry, na cienką linię swojego nazwiska na tytułowej stronie pracy zaliczeniowej. (A mnie Sieć pochłania, pajęczyną stron dziwnych, rozłożonych jak nogi tych wszystkich dziwek spod przypadkowej osiemnastki)
Wczoraj było dniem poetyckiego umoralniania się, w podziemnym przejściu kupuję za trzy złote Winiarskiego i Machnickiego –
„deptali ludzie moje powieki”.

Migawki

… Że ustawiam się przed obiektywem z pustką w głowie i dopiero po kilku minutach wyobraźnia rodzi się z taką siłą, że rozsadza mi głowę.
Nie myślę za dużo, w amoku tworzenia i całego tego artyzmu, który towarzyszy fotografii jawię się jako zakrętas z pozytywnym uśmiechem w kieszeni.
I przestaję przejmować się tym, co ludzie powiedzą.
Dobrze mi z tym.

Zegarmistrz

Potrafię pozytywnie. Gdzieś tam w głębi siebie, na pewno.
Wywołuję kilka zdjęć, na których szczerzymy się w trójkę umazani farbą, trzymając się kurczowo swojej okrutnej wizji stworzenia toaletowego dzieła sztuki. Dzieło sztuki zawisło na ścianie, z tym iksem ogromnym pośrodku straszy Martynę, za każdym razem gdy otworzy oczy.
We wtorek miałem ogladać egzorcyzmy z Joanną, W środę miał być spacer nad morze i kawa w ulubionym miejscu przy fontannie, Wczoraj spadł śnieg.
Kiedy mam mnóstwo czasu, wymyślam sobie swój artyzm podskórnie i naumyślnie go stosuję. Że ubiorę ściany w ulubione fotografie Saudka. Że odkurzę dywan, w ulubionych skarpetkach otworzę okna i wywietrzę mieszkanie z myśli na wpół brzydkich, które czasem usiądą na brzegu łóżka i drążą dziurę w głowie – obiecuję sobie.
Odkrywam Artystów.
(W ciemnym pokoju, kawa chłodna i Oren Lavie na białym prześcieradle.)
W mieście na Eś kupujemy sobie słonie z podniesioną trąbą, lupę i kiczowate etui na okulary, które swoim byciem utwierdza mnie w przekonaniu wyższości tanich sklepów nad tymi drogimi.
Uśmiecham się wewnętrznie.
Bo w planach był odpoczynek, żadnej wódki i dużo spania. Odpoczywaliśmy nie śpiąc, w przerwach pijąc wódkę.
Kocham chwile, kiedy jako jedyny przytulam się do porcelany w ciasnym pomieszczeniu i wydając z siebie dziwne, gardłowe dźwięki mam przed oczami te plamy farby na rolecie. I te kapcie równo ułożone pod łóżkiem. I kolorowe skarpetki. I okruchy na podłodze.

Migawki

Sprany dżins i poplamiona koszulka.
Huragany seksu na głowie.
Poranek tuz po nieprzespanej nocy. Kierowca autobusu zasuwa jakby wiózł ziemniaki.
Kleją mi się oczy po ścianach. Ubrano się w dźwięki.
Podwiązane palce mam, pod łodygę serca i snuję się milczaco po głównym placu swojej istoty.
Napuchniete gardło, krzyki gdzieś między spierzchłymi ustami i bóle.

/Pogmatwanie.