Pastisz Fotograficzny Mona Lisa & madame Oopjen Coppit & Matka Whistlera

piotrografiaMONALISApastiszfotograficzny

Pochłonął mnie temat – i zazwyczaj jak już tak się stanie, dzieją się bardzo fajne rzeczy. Nie tylko fotograficzne.
Temat pastiszów fotograficznych zgłębiam od jakiegoś czasu i absolutnie cała część mojego organizmu odpowiedzialna za obmyślanie kreacji fotograficznie-inscenizacyjnych – została pochłonięta. Kilka realizacji za mną, kilka przede mną – i sam nie wiem kiedy nastąpi satysfakcjonujący koniec tematu, kiedy będę malarsko i fotograficznie najedzony. Wypadałoby przybliżyć trochę samą definicję tajemniczo brzmiącego pastiszu – zdecydowanie można go nazwać utworem naśladującym oryginał, ale przy tym nie będącym w żaden sposób jego plagiatem. Zdecydowanie można (trzeba!) do takiego pastiszu dorzucić jakieś swoje elementy, swoją historię, swoje widzimisię – ale to wydaje mi się oczywiste, wszak idealne odwzorowanie (łącznie z poszukiwaniem do zdjęć modelki łudząco podobnej do nieżyjącej Mona Lisy, a najlepiej takiej która byłaby praprapraprprapraprapraprapraprawnuczką wyżej wspomnianej ;)) mijałoby się z celem, wtedy można by to nazwać plagiatem. Paranoicznym plagiatem ;)

Zmierzyłem się ostatnio z kilkoma malarskimi gigantami – i choć najbardziej znanym, wydawać by się mogło jest „Mona Lisa, to jednak mam nadzieję, że reszta obrazów też kiedyś obiła się o oczy w odmętach internetu czy telewizji.
Mona Lisa – pozuje Joanna Kucharska, którą można znaleźć pod tym linkiem: Curves To Love. Z Asią znamy się z tysiąc lat (czyt. około 10), wspólnie kiedyś błądziliśmy fotograficznie w poszukiwaniu sposobu na wyrażanie własnych emocji przy pomocy aparatu (że się tak wyrażę dosyć pompatycznie) – ja zostałem za aparatem, Asia wybrała trochę trudniejszą drogę i wyraża te emocje przed aparatem. Pominę nasze wspólne zawirowania życiowe podczas których nasz kontakt urwał się w sposób dramatyczny i niczym w filmie o miłości ;) Odzyskany niedawno kontakt zaowocował wspólnymi zdjęciami, pastiszem słynnej „Mony Lisy”

piotrografiaMONALISApastiszfotograficzny2

piotrografiaMONALISApastiszfotograficzny3

piotrografiaMONALISApastiszfotograficzny4

Kolejny pastisz to rembrandtowski „Portret Oopjen Coppit” (oryginał) – dla nie wtajemniczonych wspomnę, że to jeden z najdroższych portretów ślubnych na świecie (w chwili obecnej obraz wart jest ponad 180 mln dolarów!!!!!!!). Portret Oopjen to zaledwie połowa dzieła – drugie pół to oczywiście małżonek Oopjen, Maerten Soolmans. Obydwa obrazy od momentu namalowania nigdy nie zostały rozdzielone – póki znajdę odpowiedniego męża dla mojej Oopjen (pozuje również Asia), musi ona postać trochę w samotności. Pastisz powstał spontanicznie, gdzieś między klasycznym ujęciem Mony Lisy, a Mona Lisą zdegustowaną hejterami w internecie (na zdjęciu z klawiaturą ;). Wspomnieć muszę, że pomimo iż Asia to modelka plus size to do samej Oopjen jej daleko i w procesie postprodukcji Asi przybyło dużo kilogramów ;)

piotrografiaOOPJETKOPPITpastiszfotograficzny4

A „Matka Whistlera”?
Matkę można skojarzyć z filmu gdzie Jaś Fasola, usilnie próbuje ratować spieprzony przez siebie obraz. Wyszło mu? No zdecydowanie był to swoistego rodzaju pastisz ;) Moja wersja poniżej:

piotrografiaMATKAWHISTLERApastisz

Przede mną „Dama z Łasiczką”, sporo dzieł Rubensa, Hans Memling i same fotogeniczności w kadrze!

Na starym, angielskim cmentarzu…Zombie

_DSC2834 kopiOa kopia

Wschód Anglii, stary cmentarz, jeden aparat, jeden Piotrowski i kilka sztuk Zombie.
Szanownych państwo Fitton miałem okazję fotografować podczas ich ślubu parę miesięcy temu i już wtedy pojawił się pomysł na sesję w stylu Zombie (Nick wielbi, ja wielbię, Olę zmusiliśmy ;)). Zdjęcia powstały w pierwszym dniu mojego urlopu w Anglii – Nick i Ola wyśmienicie przygotowani, krew butelkach, soczewki w oczach, broń biała w bagażniku… Można działać! ;)

_DSC2533 kopia kopia

_DSC2503 kopia

_DSC2685 kopia

_DSC2939 kopia

_DSC2945 kopia

_DSC2785 kopia

_DSC2709 (2) kopia

_DSC2769

_DSC2897 kopia

_DSC2557 kopia

_DSC2798 kopia

_DSC2623 kopia

Między zdjęciami, w przerwach na papierosa działy się różne rzeczy…

_DSC2706 kopia

_DSC2636 kopia

_DSC2956 kopia

A tuż po zdjęciach stoimy pod samochodem, palimy papierosy, Nick straszy ludzi, Ola wyciera sztuczną krew z włosów… Grupa przechodzących lokalesów na widok Nicka podchodzi i najodważniejszy z nich pyta drżącym głosem, czy aby wszystko w porządku i nie wzywać karetki… „Stary, jesteś cały we krwi…”. Historię kończy głośny rechot fotografa… ;)

_DSC2981 kopia

Narodziny Wenus. Pastisz i pochodne.

Zbigniew Piotr Piotrowski - Narodziny Wenus
Narodziny Wenus

 

Tym razem pastisz Sandra Botticelli „Narodziny Wenus”.
Sam proces narodzin odbywa się w szalecie miejskim w wenezuelskim Caracas – w tej interpretacji Wenus występuje jako wenezuelska prostytutka. O resztę nie pytać – poniosły mnie wyobraźnie wielkie i niezgłębione. W ramach spotkań Absolwentów TSF ;)

_DSC0054 kopia

_DSC0049 kopia

_DSC0051 kopia

_DSC0122 kopia

_DSC0119 kopia

_DSC0186 kopia

_DSC0135 kopia

_DSC9965 kopia

Świąteczny pastisz „Ostatnia Wieczerza” – zbliżenie

Bez nazwy 2 kopia

Absolwenci Trójmiejskiej Szkoły Fotografii rzucili się w (ś)wir świąteczności i Leonardo Da Vinci przerobili na swój sposób.
Jeśli dobrze się przyjrzycie – wyglądam trochę jak chytra baba z Radomia z tą choinką pod pachą.
Więc wesołych świąt i niech jezus jak co roku doceni umyte okna i zabitego karpia – koniecznie wyszarpanego jakiejś staruszce w Lidlu!
Kilka zbliżeń i nadprodukcji ze spotkania Absolwentów TSF :)

1 kopia

2 kopia

3 kopia

_DSC9302

_DSC9302 kopia

_DSC9309 kopia

_DSC9306 kopia

_DSC9326 kopia

Dama na dworze rodziny von Tesmar

sus

Stan chorobowy zelżał – pozostał jedynie gruźliczy kaszel rodem z gardła Dworcowego Żula Bordowego Na Twarzy, ale to zupełnie nie przeszkodziło, żeby rzucić się w kolejne fotograficzne schizy.
Przy okazji kolejnych zdjęć do dyplomu zorganizowanych w grobowcu rodziny von Tesmar w Borkowie Lęborskim, zajechaliśmy też do neoklasycystycznego, tesmarowskiego dworu gdzie Magdalena (tuż po odkryciu, że urodziła się po to by nosić takie przepastne suknie) wirowała klasycznie, przybierając pozy bogatej z domu szlachcianki. Szalona :)

sus3

sus4

sus6

sus2

Bakstejdż dzięki uprzejmości Daniela Wojewskiego.

back1

wamp (128) kopia

Światło

untitled-5782 copy

untitled-5777 copy

untitled-5804-3 copy

Naciągamy na twarz jesień dwustronnie klejącą się do wiatru.
Oczy mamy spuchnięte. Z rana od braku snu. Wieczorem od nadmiarów.
A w ciągu dnia od kurwicy mimowolnej.Naciągamy na twarz jesień dwustronnie klejącą się do wiatru.
Oczy mamy spuchnięte. Z rana od braku snu. Wieczorem od nadmiarów.
A w ciągu dnia od kurwicy mimowolnej.Naciągamy na twarz jesień dwustronnie klejącą się do wiatru.
Oczy mamy spuchnięte. Z rana od braku snu. Wieczorem od nadmiarów.
A w ciągu dnia od kurwicy mimowolnej.Naciągamy na twarz jesień dwustronnie klejącą się do wiatru.
Oczy mamy spuchnięte. Z rana od braku snu. Wieczorem od nadmiarów.
A w ciągu dnia od kurwicy mimowolnej.Naciągamy na twarz jesień dwustronnie klejącą się do wiatru.
Oczy mamy spuchnięte. Z rana od braku snu. Wieczorem od nadmiarów.
A w ciągu dnia od kurwicy mimowolnej.

TransBarbie

untitled-3131 copy

untitled-3132 copy

untitled-3145 copy

Rozdmuchane czasy przeszłe. Senne dłonie, leniwie oplatające wszystko co popadnie.
Staczanie się mimowolne i ciche. Trochę alkoholu. Piasek, woda i ptaki.

Las ramion, rąk i dłoni

untitled-1 copy

untitled-2 copy

untitled-1 copy

untitled-1722

Dziwne sny. Pustki, szufelka do węgla, brudne okna i rozsypany cukier. Jesteśmy na Śląsku.
Przy żółtej filiżance pełnej gorzkiej herbaty siedzi Czyjaś Matka.
Czyjaś Matka Siedzi pochylona przy wielkim stole i przyszywając dłonie swojej martwej córce nuci piosenki o miłości.
Ma na sobie niebieski fartuch w kwiaty, kieszenie pełne czekoladowych cukierków i srebrną łyżeczkę.
Uśmiecha się. Jest cicho i ta cisza jest ciężka, boląca.
Brudna szyba półotwartego okna, pomarszczona twarz kobiety, drzewa bez liści, ciemność.
Drzwi drugiego pokoju otwiera Czyjś Ojciec, też się uśmiecha i mówi, że już nigdy nie zabraknie rąk.
W drugim pokoju stoi dziecięce łóżeczko wypełnione do połowy ziemią, z której rosną dłonie właśnie.

Zupełnie jakby nieśmiały krok ku nowej, krótkiej i horrorowej serii, zapoczątkowanej lasem dłoni.
I takie szaleństwo, nie powiązane w żaden sposób z powyższymi, robione miliony lat temu i przypadkiem odkryte w zapomnianych folderach. Chyba z czasów Saudkowych Inspiracji ;)

7-Edit

Piotrowskie Dziwactwa

untitled-2892 - Kopia

Zupełnie nie wiem co autor miał na myśli – nie ma jakiejś sensownej historii.
Ot, kilka kadrów …
Po za tym światło nie dopisało zupełnie, modelka była na mega kacu i niewyspaniu,
a obecna koleżanka (też fotografująca) wpieprzała mi się bezczelnie ze swoim aparatem w kadry ;)
Zdjęcia zorganizowaliśmy w opuszczonej zabytkowej kaplicy – szczątki zmarłych zostały kilka lat temu przeniesione w zupełnie inne miejsce, więc niczyj spokój nie został zmącony ;)
Kaplica niszczeje, a przygniatające dach/kopułę drzewo najprawdopodobniej sprawi, że owa kaplica przestanie istnieć zupełnie.
Zostały pięknie zdobione … nie wiem … jakby sarkofagi, którym trumny były przykryte?
I aż dziwne, że jeszcze nikt nie rozkradł owych cudów.
Miejsce piękne, z historią przeklętej rodziny – i aż szkoda, że nie ma ludzi, którzy zaopiekowaliby się tym miejscem.
W końcu, jakby nie patrzeć zabytek …

untitled-2748 - Kopia

untitled-2873

untitled-2877

untitled-2726

untitled-2987

untitled-3018

untitled-3020

untitled-2859

untitled-3008

untitled-3011

untitled-3003

untitled-2961

untitled-2973

untitled-2787

untitled-2782

untitled-2693 copy

untitled-2697

untitled-2795

untitled-2800

untitled-2803

untitled-2805

untitled-2827

untitled-2825

Gothic Ophelia …

piotrografia.com - Zbigniew Piotr Piotrowski - Ofelia (2)

Zimnooooooooo !
Ofelia z dzisiejszych zdjęć jest kobietą-cyborgiem! Jest niezniszczalna!
Z Lady Moon poznaliśmy się przy okazji jakieś wspólnej eksploracji opuszczonych i tak jakoś się stało, że zebraliśmy dupska po dłuższym czasie znajomości i uskuteczniliśmy wspólną wizję.
Nadmienić powinienem, że woda w rzece do najcieplejszych dziś nie należała i, że Lady Moon wytrzymała godzinę (zupełnie nie będąc morsem nadbałtyckim czy innym tego typu wynalazkiem ;)).
Więc Ofelia – trochę romantyczna, ale przede wszystkim gotycka, mroczna, demoniczna.

piotrografia.com - Zbigniew Piotr Piotrowski - Ofelia (12)

piotrografia.com - Zbigniew Piotr Piotrowski - Ofelia (6)

piotrografia.com - Zbigniew Piotr Piotrowski - Ofelia (5)

piotrografia.com - Zbigniew Piotr Piotrowski - Ofelia

piotrografia.com - Zbigniew Piotr Piotrowski - Ofelia (19)

untitled-1777

piotrografia.com - Zbigniew Piotr Piotrowski - Ofelia (14)

piotrografia.com - Zbigniew Piotr Piotrowski - Ofelia (16)

piotrografia.com - Zbigniew Piotr Piotrowski - Ofelia (10)

piotrografia.com - Zbigniew Piotr Piotrowski - Ofelia (8)

piotrografia.com - Zbigniew Piotr Piotrowski - Ofelia (13)

W całej tej Ofelii jest jeszcze moja historia ;)
Ofelia targana nieszczęściem, zostaje nawiedzona przez okrutnego demona i wyłazi z tej wody pozabijać wszystkich, którzy do tej wody właśnie ją wsadzili ;)

piotrografia.com - Zbigniew Piotr Piotrowski - Ofelia (18)

piotrografia.com - Zbigniew Piotr Piotrowski - Ofelia (7)

piotrografia.com - Zbigniew Piotr Piotrowski - Ofelia (9)

piotrografia.com - Zbigniew Piotr Piotrowski - Ofelia (15)

Osobiście bawiłem się przednio – jak to zwykle mam w zwyczaju ;)
Jak widać po poniższych zdjęciach Ofelia również – momentami smutek znikał…

piotrografia.com - Zbigniew Piotr Piotrowski - Ofelia (3)

piotrografia.com - Zbigniew Piotr Piotrowski - Ofelia (11)

Military Fashion Show – czasobraki powłóczyste …

untitled-0576

Nie.
Nie będzie narzekania, użalania się i biadolenia w stylu wiejskobabcinym „ojjakijabiednyjestemojojoj„.
Przecież średnio co trzeci człowiek narzeka na brak czasu, więc dlaczego miałbym być tym statystycznym trzecim dziko cierpiącym na braki czasowe?
Skoro jestem w stanie wyrzucić z siebie pierwszą część zaległych zdjęć, pracować nad drugą częścią, w międzyczasie właśnie pracować jeszcze zawodowo, pić kawę, herbatę, słuchać muzyki, robić zdjęcia bardzo martwej naturze, odbierać telefony i załatwiać pierwsze terminy zdjęć narzeczeńskich swoim ślubnym, jeździć po Gdańskach, Sopotach i Gdyniach, do tego jeszcze na zajęcia w szkole dreptać i przy tym wszystkim uprawiać również gumę dwuchromianowowiedeńską w ciemni szkolnej, a nawet zbierać jeszcze materialy do kolejnych martwiących się natur na sposób trochę nieżywy i potem spać jakoś krzywo i nie do końca to chyba nie jest jeszcze tak źle … ? ;)

Więc jak wspomniałem … zdjęcia zaległej Karoliny, znaczy zaległe zdjęcie Karoliny ;) Mały i powłówczysty Military Fashion Show. Czy jakoś tak właśnie :)

mach

untitled-0547

untitled-0556

untitled-0559

untitled-0558

Nie narzekam, a na resztę przyjdzie przecież czas :)

Martwa Natura a

martwa natura - zbigniew piotr piotrowski

martwa natura - zbigniew piotr piotrowski (2)

Jakiś kosmos zupełny !
Moje mieszkanie zamieniło się ostatnio w plan zdjęciowy.
Kilkanaście reklamówek ze zdobytym „produktem martwonaturalnym” (czyt. warzywa, owoce i inne zgniłe płody ziemi) wala się po kątach, odpływ w wannie mam zapchany rzeżuchą, na parapecie w kuchni leżą kurze łapki i świńskie kopyta i ryba w lodówce czeka na swoją kolej.
Chyba dopiero rozkręcam się – temat martwej natury głęboko osadził się w mojej wyobraźni i jak na razie – nie zamierza znikać :)
I w sumie podoba mi się taki stan rzeczy!

Bez_tytułu_1

bajzlowo1

martwapognieciona

ŻÓŁTO-CZARNA TASIEMKA

piotrografia.com - Przemek tasiemki (15)

Cóż autor miał na myśli? No właśnie, to ważne?
Jeśli wpada mi do głowy wizja to po prostu staram się ją wywalić z głowy i w procesie twórczych czynności uskuteczniających, wspomnianą wizję umieścić właśnie tutaj w postaci plików JPG.
Może to jakaś męska wersja telefonicznej Lejdi Gagi? Tylko na ubogo i z owłosionymi nogami

O granatowym niebie …

Zwiedzanie pokojów z przymkniętymi drzwiami o barwie Rzeczywistości.
Rzucam oddech w stronę południowych ścian – zza popękanego serca łeb wychyla Nicość, rozłożona trochę niezdarnie, niczym na łóżku i niczym bezsensu.

Jestem nienormalny?
Czy zdjęcia, niemalże rodem z nieistniejącej już gazety „ZŁY”, są jakimś odruchem obronnym przed otaczającą mnie różowością świata tego?
Ktoś krzyknie, gdy przekroczę jakieś granice w uskutecznianiu swoich, nie zawsze logicznie układających się w głębszy przekaz, wizji?
Dziękuję.

Sen o spaniu …

Wolny czas sprzyja moim dziwactwom, choatycznie porozkładanym po kątach mojej głowy.

Sennie i z otwartymi oczami.
W niebieskim drzewie pojutrza siedzą wrony i rozdziobując płaty serc śliskich, są w odcieniach fioletu.
Leżysz półprzytomnie, fragmentami ciszy będąc.

Wariactwa spontaniczne na niebieskich drzwiach …

Jest świt.
Głupi uśmiech rzucony gdzieś nad kostką brukową nie należy do tych dobrych.
Przez chwilę jestem rozkopany, potem wszystko wraca do normy i znowu mogę włożyć ręcę do kieszeni.

Na zdjęciach helskie wariatki. Mam dużo zdjęć, ale też dużo wolnego i nadzieję, że niedługo wszystko ładnie obrobię ;) Pozdrawiam !

Rozmowy nieklejące się w ogóle …

 1

To zadziwiające. Bo wiele rzeczy nie dzieje się.
Cisza jest pomieszana w kostki cukru, dwanaście łyżeczek i swoistą nieruchomość cielesną.
Uprawiasz Sen.

Wieje.
W trzecią kawę wpleciona jest głośna muzyka. Potem, kontemplując nudę swojego mieszkania, przeglądam stare płyty.
To fascynujące, że można zarejestrować kilka lat swojego życia i umieścić na takim małym, lśniącym krążku, a potem sobie odtwarzać i śmiać się cicho pod nosem.
Z całej tej głupoty ułożonej w rząd koślawych uśmiechów i prób ubarwiania swojej rzeczywistości. I z tej rozbuchanej kreatywności, która w chwili obecnej wydaje się być zupełnie nie do końca na miejscu. Na swój sposób trochę śmieszno-pompatyczne czasy.
Kilka zdjęć sprzed, wydawałoby się, wieków ;)

♪♫ Queen – The Show Must Go On

Krótka historia o posuwaniu z nutką grafomaństwa w tle

Istota „posuwania” może wydawać się bardziej skomplikowana, niż jest w rzeczywistości.
Już w pierwszej chwili, po usłyszeniu tego słowa większość przeciętnych ludzi oczami wyobraźni widzi godzinę dwudziestą trzecią, bramę podwórkową wielkiej metropolii i dwudziestoparolatka w dresie firmy „ododios”, które swoimi siedmioma paskami budzą szacunek na dzielnicy, posuwającego różową i głośno sapiącą koleżankę swojej naiwnej dziewczyny, czekającej na niego kilka przecznic dalej. Potem ona zapyta czemu tak długo?, a on odpowie bo się zagadałem, kurwa.
A jak daleko można „posunąć się” w fotografii? Co w dzisiejszym, i tak już dziwacznym, świecie może jeszcze zaskoczyć?
Coraz częściej dochodzę do wniosku, o którym już albo pisałem, albo wielokrotnie komuś mówiłem – że pięćdziesiąt lat temu (?) można było wzlecieć na fotograficzne wyżyny, gdzie panowała inna mentalność dzięki czemu Sukces był na wyciągnięcie ręki – tylko trzeba było znaleźć się w odpowiednim miejscu i o odpowiedniej porze.
Sam z chęcią udałbym się w trasę koncertową z The Rolling Stones i nawet wciągałbym z nimi, w imię sztuki, te tony heroiny zwiniętymi studolarowymi banknotami, tak jak Leibovitz. (Czy w dzisiejszych czasach wsadzenie murzynki do wanny pełnej mleka byłoby kontrowerysjne? Nie sądzę.)
Albo zamieszkał w suterenie i uprawiał orgie z fotogenicznymi paniami w rozmiarze xxl, które potem rozbierając się przed obiektywem uskuteczniałyby mój absurd piętrzący się między zwojami mózgopodobnej substancji w głowie – też miałbym swoją słynną i brudną „piwniczą” ścianę jak czeski Saudek.
No cóż, pieprzę? Nie wiem.
Są nas tysiące, ba, miliony nawet – i zrobić coś, co na chwilę zatrzyma, jest niezwykle ciążką sprawą.
Bliski mi absurd – sztuka fotograficzna na pograniczu kiczu, atrakcyjność całości tłumaczę sobie możliwościami. Bo można absolutnie wszystko i wszędzie.
Czasami realizuję pojedyncze obrazy z głowy, bez większego przekazu artystycznego czy podwójnego dna – nie zdarza mi się uzupełniać jednej sztuki serią, a na pytania co autor miał na myśli parskam śmiechem, Ty mi powiedz co autor miał na myśli i wszystko będzie cacy :)

Już dawno nie fotografowałem samego siebie – brak czasu, ochoty, pomysłu? Ale idzie jesień – oficjalny sponsor weny twórczej artystów wszytkich płaszczyzn, więc pewnie nadrobię.
Autoportrety. Absurd. Choas. I szukam tych granic, ciągle szukam posuwając się ostrożnym krokiem do przodu.

Bastet

O Bastet mógłbym napisać historię rodem z zagranicznych, niszowych filmów o trudnej sztuce miłości.
Mógłbym ją napisać i zastanawiać się czy ta historia, aby na pewno jest prawdziwa.
I czy na pewno zdarzyło mi się spotkać tę kobietę.
Poznaliśmy się kilka lat temu w jednej z rosyjskich restauracji, gdzie Bastet śpiewała stare piosenki Edit Piaf kulejącym francuskim.
Dość absurdalnie.
Tuż po jej występie wyciągnąłem aparat, żeby pstryknąć zdjęcie i w tym momencie ona powiedziała coś w stylu „Ja haczu jeszczo…”, co miało najwyraźniej znaczyć, że chce jeszcze i więcej.

Bastet była jak kot – piękna, niezależna.
Nasza znajomość była bardzo krótka, aczkolwiek intensywna.
Po tych zdjęciach, już nigdy więcej jej nie spotkałem.

;)

Zdjęcia przeleżały na komputerze kilka lat.

Galeria E66 / pracownie artystyczne

Przy okazji swojego sierpniowego urlopu postanowiłem zapakować kilka członków rodziny do samochodu i udać się w stronę województwa warmińsko-mazurskiego na rodzinne spożywanie trunków wysokoprocentowych i delektowanie się mazurską ciszą trwającą pomiędzy drzewami, polami i jeziorami.
I tak wlokąc się w stronę, wiecznie remontowanej krajowej siódemki i upominając rodzinnego kierowcę, żeby uważał na wszystkich drogowych kretynów, wzrokiem poszukiwałem ciekawych temtów do sfotografowania. I w taki oto sposób moim oczom ukazała się różowa, jak mi się wydawało, pantera.
Pantera trwała milcząco za zardzewiałym płotem, pilnując wejścia do zniszczonego budynku, miała na sobie okulary i z bliska bardziej wyglądała jak lwica niż pantera. Ale to jest nie ważne.
Po weekendzie na Mazurach, zwerbowałem koleżankę Katarzynę i razem udaliśmy się do Gdańska na bliższą i głębszą kontemplację owego zjawiska, jakim potem okazało się całe miejsce.

Zwiedzanie zaczęło się wdrapaniem na parapet otwartego okna i wpełźnięciem do środka.

Potem było już tylko lepiej. Po skorzystaniu z plenerowej łazienki, umyciu rąk i spuszczeniu wody w ubikacji udaliśmy się zwiedzać wszystko inne.

Pewnej sztuki nie rozumiem, ale wystarczy mi samo patrzenie na nią.

Cały budynek pokryty był fantastycznymi graffiti.

Wgłębiając się coraz bardziej w zaplecza nasze oczy robiły się, można rzec, wyłupiaste z zachwytu. W między czasie pojawiło się tajemnicze szuranie.

Zaglądając przez wielkie, brudne okna widzieliśmy mnóstwo dziwnych, małych pokoików i zgodnie stwierdziliśmy, że trzeba poszukać jakiegoś legalnego wejścia do środka. Zaglądając przez uchylone okno, z którego słychać było tajemnicze szuranie zobaczyłem tajemniczą kobietę, która w równie tajemniczej pozycji na kolanach tajemniczo szurała bliżej niezidentyfikowanym, tajemniczym narzędziem. Śmiertelnie przerażona, że jej ktoś w okno zagląda wpuściła nas do środka w celach fotograficznych.

Pomijając nasze ochy i achy, oraz dialogi które odbywaliśmy pomiędzy wcześniej wymieniownymi okazało się, że znajdujemy się w Galerii E66 połączonej z pracowniami artystycznymi studentów Akademii Sztuk Pięknych. Pomysł prześwietny, osobiście jestem zachwycony całą ideą, którą rozpoczął Andrzej Stelmasiewicz – prezes Fundacji Wspólnota Gdańska. Myślę, że takiej hali magazynowej nie można było lepiej zagospodarować. I jeszcze tam wrócę!

Lekkie zabarwienie ślimakowe

Skłamię jeśli napiszę, że planowałem te zdjęcia.
Dobrym przykładem przypadku w fotografii jest sam Nicéphore Niépce – uważany za ojca prafotografii. Dlaczego? Bo i u niego wszystko działo się przypadkiem i gdyby nie On, myślę, nie fotografowalibyśmy.
Przekonany jestem, że gdzieś w świecie na pewno istnieją takie zdjęcia, że ktoś już wpadł na taki pomysł i uskutecznił go na swój sposób. Sfotografowano już chyba wszystko – teraz można tylko nadrabiać postprodukcją i bawiąc się środkami artystycznego przekazu dopełniać obraz swoim „widzimisię”. Na zdjęciach Ewelina zwana Pigułą z Gdyni, gościnnie wystąpili też Kasia i Bastian.

Kasia na tych zdjęciach jest zjawiskowa pod każdym każdym.

I na koniec Bastian, który zdecydował się na sesje na zasadzie Time For Print.

Oprócz udział w moim tzw. wyziewie artystycznym, załapał się też na kilka zdjęć portretowych bez ślimakowych wspomagaczy.

I na koniec jeszcze Kasia.

Udanego weekendu wszystkim!

Obrazowanie

Poszukiwania snu, toczę półuśmiech. Magiczne herbaty, rozciągnięte w horyzoncie ust słowa, popełnianie. Nadinterpretacja małości.

Nie lubię ściemniać i wymyślać historii dotyczących swoich zdjęć.
Czasami mam w głowie obraz, który muszę zrealizować – obraz bez większego przekazu merytorycznego, znaczenia czy metafory.
Po prostu.

Stylizowała tapirując – Ewa Klepacka.

Zadziwiająco dużo rzeczy, dzieje się

Czasami żałuję, że w dobie tak mało godzin – ale tylko czasami :)

(…)Czasami się staczam. Myślowo.
Umiejętnie drążąc dziurę w brzuchu i równie umiejętnie oszukując się, że potrafię więcej niż w rzeczywistości.
Staczanie się jest umiarkowanie łatwe, wystarczy nie pomalować ust przez jeden dzień, paznokci, nie umyć twarzy.
Wystarczy krzywy uśmiech rzucony w stronę nieba, fałszywie napoczęty dzień w kawałkach rozwalający się pod wpływem tego uśmiechu. I staczam się tak łatwo, że aż radośnie.
Łatwiej wszystko robić nieświadomie przecież – zdaję sobie sprawę, że nie tak ma być, i że nie o to mi chodzi.
Tak naprawdę.

Uspokaja mnie krzyk, dzisiaj. Serce, słowa, łzy i wszystko inne, którym się przykrywam.

Cichy. Niecichy.

Zatrzymaj się.
Wsadź sobie rękę w porwaną kieszeń i znajdź tam tą nadzieję o której tak pieprzysz.
Widzę Ciebie, wśród pozytywnie brzmiących wykrzykniów, chaotyczności towarzyszącej już od urodzenia, budzeniu się kilkakrotnym w nocy – o trzeciej w nocy obciągasz, oblizujesz wargi, przygryzasz palce, brzeg poduszki, łóżka, serca.
Na imię. Jak kiedyś.

Bywanie elitowe, masz krawat i szepczesz niezrozumiałem słowa w równie niezrozumiałym języku, ptaki we włosach, skrzydła, dzioby – układam się w obrazy znanych malarzy, bogowie się śmieją z nas – markotnie, drążymy czerń, na twarz świt – promienie w zagłębiniach skóry, obojczyki pełne pocałunków – poukładaj się w kąty bytu.

/Chaotycznie poznawanie, nocne mruczenie, parapet pełny wiatru, nieszczelne okno. Boli Cie linia pleców odpowiedzialna za dźwiganie Świata. Nie krzycz, kurwa mać.

Piotr. Zdrowy jak ryba.

Который год, не знаю сам, я мультибренд, герой реклам.

Patrzę na Ciebie i mam wrażenie, że umrzesz jak Ci wszysycy wielcy. Z braku hamulców bogatego wnętrza lub innych rzeczy, na które na dobrą sprawę nie masz wpływu. Nie wciągaj, podobno to nie zdrowe.
Mówisz jedno słowo psując tym samym mój stosunek do samej siebie, a ja bardzo lubiłam ten stosunek, rozkoszowałam się nim, smużyłam z przygryzioną wargą (mylą mi się dni ostatnio)
Przy Tobie mam wrażenie, że można wszystko – tylko trzeba powoli, sukcesywnie i z nadzieją wciśniętą w kieszeń podartych dżinsów z warszawskiego bazaru pod zielonym mostem, nad ciszą.
Układam Cię w kostkę, w papier, w dłonie i jestem bardziej Tobą czasami. To nie dobrze, raczej.
Wyjeżdżam do Francji.

…i Powroty

Działo się.
Publikacje wszystkiego nastąpią w późniejszych terminach – z racji przewlekłego przeziębienia i potrzeby wytarzania się na łonie rodziny.
Nawet nie wiem jak się za to wszystko zabrać :)

Nierealne apopleksje / noce bezsenne

Czarne chmury nad miastem, wiatr między gałęziami i podkołdrowe uśmiechy.

I niech mnie biorą w nocy zamglone apopleksje, rozluźniające się samoistnie kąty szarych pokojów układające się pod kołdrą w złowrogo piętrzące się, nieme twarze.
/Złożenie następuje : samo, sobie i po prostu. Akty niesionego serca, dłoni, stóp – rosnę niczym Maria w delikatnej doniczce, jak kurwa mać moja droga i w ogóle.
I niech mnie biorą apopleksje nienazwane, rozłożone w sznur brudnej bielizny, ciasnych propozycji i wszechstronności. Wydaję z siebie jednostajny odgłos sera.
Nierealnie.
Swoiście drżąc, myślisz o tych wszystkich czekających zakrętach szeroko pojętego jutra.

/Lubię taką pogodę, kłęby szarych chmur tworzą realniejszy obraz świata, łatwiej się dopasować, wsadzić, współgrać i tworzyć te wszystkie artystyczne wyziewy mieszczące się w fotograficznej puszce.
Wyłączam się, wymyślam, rysuję przerywaną linią wszystkie małe sukcesy żeby móc potem połączyć je pogrubioną kreską.
Nadużywam ostatnio słowa „generalnie”.
Ściągam testy egzaminacyjne z poprzednich lat i dochodzę do wniosku, że nie są takie straszne. Może jakoś uda się prześlizgnąć z wymaganą ilością procentów, bo „generalnie” nie mam głowy do spółkowania z książkami.

Anna eM

Na brzegu wyobraźni niebo ma inny kolor…
Brązowe kubki, papierosy, twarze.
(Chłodne szepty za oknem, chłodne cienie na ścianie, chłodne ramiona jutra wciskającego się w horyzont tego dnia ciężkiego co to półotwartymi ustami oddycha.)

„Mam czelność Być dziś. Ubrana powłóczyście zachłysnęłam się porankiem.”

„Ludzi można podzielić na ludzi i kawałki gówna, które intensywnie śmierdząc zabiera nam chęć na egzystnecję…”

Koszmarne Dni.
Rozłożywszy chude ramiona z chęci przytulenia tej pomarańczy na niebie Antonina zadrżała.

Anna Em

Bardzo spontaniczna akcja z bardzo spontaniczną stylizacją. Ciepło nareszcie :)

Matko Bosko Gejosko

(Miejsca pełne nieznajomych uśmiechów i przypadkowej miłości.)

Miejsce znane nielicznym jako nadmorska Jebalnia, gdzie elementy społeczeństwa w wieku bezprodukcyjnym załatwiają swoje homoseksualne potrzeby pęczniejące w rozporkach. Taki plenerowy kurort przydrzewny, natrawnikowy i międzykrzakowy, w którym figlarnie wiszące na gałęziach drzew prezerwatywy odstraszają matki z dziećmi i pochodne. Gdzie spomiędzy ścieżek rowerowych dochodzi brudny jęk rozkoszy fizycznej, przypadkowej bliskości. Raj dla starszych, samotnych panów przed pięćdziesiątką śliniących się intensywnie na widok nawet przypadkowo spacerującego chłopaka. Miejsce pełne Matki Boskiej „Gejoskiej” objawiającej się nielicznym w powłóczystej, wygniecionej sz(m)acie i z niemym „wypierdalaj stąd” na pełnych ustach. Ot tak …

Martwość

(Upiornie.)
Trzy ostatnie dni mogę nazwać Dniami Zwiedzania.
Opuszczony kompleks hotelowy w Nadolu natycha do całkiem świeżej serii mordów.
W wyobraźni widzi się nagłówki w gazetach „ZABIJAŁ, żeby zdjęcia były bardziej dramatyczne!” i tak dalej.

Przy stole

Flegmatycznie ubieram się w swoje obrazy, w hermafrodytyzm chwili pojętej w sztukę, w głowę szarej chmury i ociekające krwią palce.
Kurwimy się pościelowo z Alejadnrem, Albertem i Antoniem. I ta kobieta stoi taka, w czerwonej sukience – niechcący wszystko.
Wchłaniam dźwięki poranka, ułożone mi na stopach drgania zamieniają się w schody i gdyby nie ten czarny kot, co mu drogę przebiegłem już dawno tliłbym się niebiesko jak w tym filmie o lepszym świecie. Czy coś.
Leje się kawa z kubków pełnych mgnień ckliwych, chaotycznych. Zjadam Twoje serce.

AutoPortrety

Seria miała być dzisiaj z pompą kontynuowana.
Po niedzielnym szyciu wszelkości arlekinowych z przeogromną kryzą w kolorze krzyczącej bieli na czele, poniedziałkowy ranek spędzamy w łazienkach przyklejeni do luster. Nakładamy najpierw jakiśtam jasny podkład, białą farbę, czerwone usty i inne takie upodabniające nas ciut do pantomimowych postaci. Anna stylizowana na lalkę, z czerwonymi kołami na polikach i stojącymi warkoczami. Ja w bialej powłóczystej szacie, w czarnych rajstopach pod którymi mieszczę kalesony, dwie pary getrów i trzy pary skarpetek. Rozradowani wsiadamy tak do samochodu, żeby dojechać w pewne miejsce gdzie miały odbyć się zdjęcia. No i jedziemy, jedziemy, jeeedziemy i nagle na kilka metrów przed docelowym miejscem samochód nazbyt mocno zaprzyjaźnił się z zaspą śnieżną i postanowił sobie stanąć.
Próbując wypchnąć samochód zapominam, że rura wydechowa znajduje się tuż przy moim cudownie białym stroju i po chwili robię się czarny, rozmazuje mi się makijaż, rękawy brudzę czymś tajemniczo brązowy. Zza rogu jakiegoś mieszkalnego budynku wystaje przez chwilę jakaś głowa. Obok idzie kobieta z zakupami. Pada śnieg. I ja tak sobie stoję bezradnie z kawałkiem kraciastej rajstopy na głowie. Po jakimś czasie dochodzimy do wniosku, że trzeba poprosić właściciela owej wystającej przez chwilę głowy o pomoc. Więc Anna, dochodząc do wniosku, że na dobrą sprawę wygląda bardziej jak kurwa, niż arlekinowa lalka – wmawia wiejskiemu chłopu, że my na bal przebierańców dla dzieciaków czy coś tam i wiejski chłop na ciągnik wsiada i nas wcyiąga na hol. Tak w telegraficznym skrócie niech to będzie :)

Arlekinowe Portrety

Wszystko jest tak naprawdę tylko w naszej Wyobraźni.
I nie ma nic po za naszą satysfakcją, łudzę się całym tym słodkim obrazem przyszłości.

Więc wchodzę na piętro, w ogromnych oknach z idealnie nierównymi szybkami poukładanymi w szachownicę półprzezroczystości powiewają malownicze pajęczyny białych zasłon, w kwadracie podłogi wszelkie zakamarki ukrywają fragmentu zapachów z poprzednich wieczorów pełnych białego wina, sierści kota i uśmiechów pełzających od lini obojczyka w górę.
Dzień przesypiam ułożony lewą stroną do okna.

Nie męcz się tak / Poezja Ulicy

Bywam.
Na ulicy nie ma światła, jest półmrok mgliście zataczający się w ciemność.

(Bo ja mam tak, proszę Pana, że zawsze włażę tam gdzie nie powinienem. Więc włażę oknem, gruz sypie mi się na głowę, brudzę spodnie i rozcinam dłoń o resztki szyby w tym oknie. Zeskakuję na pokruszone cegłówki, siadam w kącie na starym, szkolnym krześle i kreślę niewidzialne linie w powietrzu zastanawiając się nad wszystkim i niczym.)

Wszystko jest / Poezja Ulicy

I wsiadam.
W autobusie ciepłym mlekiem pachnie, starsza kobieta czyta gazetę, ktoś kichnął. Na końcu już mi wszystko jedno, nawet umrzeć bym mógł.
Czy coś. Gdzieś.

Leżę w trawie / Poezja Ulicy

Bajka o naleśniku. Leży leśnik na leśniku. Bam.

/Swoiste przyklejenie się do łóżka w okolicach godziny siedemnastej to najcudowniejszy sposób na zaśnięcie i obudzenie się nazajutrz.

Izabella / Industrjal Gerl ;)

Wyczesać Ci trawę?
Oto Izabela, z domu Er (bo bez nazwisk) w uprzemysłowionej części mojego miasta.
W białym kombinezonie wzbudza ogólne zainteresowanie, samochody się zatrzymują, ludzie patrzą roześmiani i wracają do swojej Szarości. Iza na codzień nie wygląda jak plemnik, na codzień lubi fiolet i rude włosy. Iza jest wykrętem, niepospolicie zjawiskowym artystycznie uprzywilejowanym do zarażania optymizmem. Zdjęcia były udane, w życiu się tak nie śmiałem. :)

Poezja Ulicy / Mięso

Siedzę i mi się wydaję.
Ja mam pana boga w futrze, kiedy się przeciągam wzdłuż czuję jego palce wyprężone na grzbiecie powiedziałaś przy tym intymnym czytaniu na głos.
Odrywam kawałki siebie i rzucam na pożarcie czarnym krukom, ręce wsadzam w kieszeń i patrzę jak mnie jedzą, jak ich terytorium zmienia się pod wpływem baniek mydlanych i kradzionych kajdanek z czerwonym futerkiem.
Imaginuję sobie tą dziewczynę w płaszczu z tygrysa co w autobusie rzuca mięsem w pasażerów, kierowca bywa pasywny z rana, kawa jest mdła i boli mnie brzuch, kiedy się rozrastam w zapach.
Bo ja lubię noc, ten poranek co jeszcze nie jest dniem i co jeszcze bardziej zaspany niż ja podnosi łeb za pobliskiego horyzontu, łapiąc się na przeciągłym ziewnięciu przymyka powieki. Chaosie.
Kradnę Ci te wymyślone wspomnienia, w białe pociągane jak lalka na sznurkach w teatrze, zadziwjające sny. Znajduję złotówkę na parkingu kiedy tam idę z Hanną u boku, pociągam nosem, rękawem i kablem od słuchawek na uszach.

Cieszę się, naprawdę bardzo się cieszę.

Poezja Ulicy

Pod stopami świat układa się w plastry chłodu.
(W anomii jakiejś jestem, w pierdolonym szmatławo-tanim czymś gdzie wkurwy rozrastają się w ścianę przemilczenia albo jakieś takiego ‚pfff’).
Wiele rzeczy się dzieje, ale zdumiewająco dużo rzeczy się nie dzieje.

Poezja Ulicy

Nocny tryb życia w tym tygodniu, szwędam się do południa boso po chodnikach mojego miasta i sypiam do dwudziestej.

Poezja Ulicy

Cały dialog w architekturze łyknąłem ciężko, jak ogromną tabletę na ból głowy, kręgosłupa, dupy i mózgu szeroko otwartego na nieznane i idiotyczne. Dzielnie dzierżąc wysłużonego Nikona w łapach, temat zgłębiałem niepocieszony koncepcjobrakiem. Łaziwszy gdzieś po zakurzonych bunkrach, starych domach, zamkach, dziurach i innych tajemniczych miejscach szukałem rozmowy, współżycia, współgrania i współtworzenia w nadzieji, że nawet jak nie znajdę wyżej wymienionych to jednak wykładowca Remigiusz jakąś cudowną mocą swojej wszechwyobraźni, odnajdzie to czego ja nie widzę. I już fakt tego, iż wszystko może odbywać się na siłę – nie grał większej roli. Wspomnianemu tematowi towarzyszył drugi, równie niekonwencjonalnie brzmiący w litery układające się w określenie Poezja Ulicy. I temat wydający się przecudem, miodem i mlekiem płynącą wspaniałością i niesamowitością okazał się być jeszcze trudniejszy. No więc dziwki, brudasy, bezdomni, żebrzący i inni główni bohaterowie (którzy z ową Poezją Ulicy mi się kojarzą przewrotnie) jak na złość pochowali się z racji nadciągającej jesieni, potem zimy i tak dalej. A kiedy zdarzyło się, że nie miałem przy sobie sprzętu rejestrującego rzeczywistość poprzez odbicie w pryzmacie pentagonalnym nagle na każdym rogu ulicy, ktoś wołał o chleb, kurwił się albo przechadzał z psem uwiązanym do marketowego wózka, w którym mieścił się cały dobytek owego kogoś. Jak na złość.
Dziś w głowie zrodził się pomysł. Poezja Ulicy będzie wyglądać inaczej, mocniej, artystyczniej i może ciut naciąganie. Ale kto mnie zna, ten zdaje sobie sprawę jak bardzo ubóstwiam zamieniać się w reżysera i tworzyć głównych bohaterów, plan akcji, puentę filmu (choć puenty to przeważnie gdzie indziej) i całe mnóstwo innych rzeczy, które można ustawić, poprawić i dostroić

Portret Rodzinny

(Rozciągam się w swetrze, nienaturalnie przytłoczony mruczeniem wnętrza swojego.)
Najchętniej zakopałbym się pod muślinowo nieistniejącą kołdrą, z czerwonym kubkiem czerwonej herbaty, z zaczerwienionym nosem i zaczerwienionymi oczami. I czerwono tworzyłbym w głowie swoją wyobraźnię, późno kładąc się spać.

„Dziwka to artysta, który sprzedaje swoją duszę, przyjmując za swoje dzieła pieniądze lub narkotyki.”

Portret Rodzinny

Z migawek sennych. Napuchnięte nadgarstki, chaotyczne krzyki, urywany oddech.
Luty. Nadejdź.
Niech jasność zstąpi na ręce moje, niech wiatr co ociera się o szybę – rzucasz słowem. Podłoga cierpi, szklanka mleka, poprostość.
Palę, wyższość odczuwam w żyłach, na myśl o dzisiejszym dniu. Dam radę, mówisz.

/Miękkoogniskowy jestem.

Mam takie dni, właśnie…

Zostawiam po sobie śniadaniowe okruchy, zamarźnięte dłonie zwinięte w prześcieradło i ciszę, której nie potrafię.
Ostatnio bywa ciężko, i nie potrafiąc wytłumaczyć tego stanu – przyjmuję go łąpczywie.
Upajam się bólem głowy, pięty i krzyża. Płaczę.
Wycięci jesteśmy – tak myślę.
Patryk pyta, jakiej czułości używać. A mi w głowie tłuczę myśl, że tej najckliwszej. Głupie to wszystko. Przerysowane.
(W kuchni pachnie orzechową kawą.)
Małgorzaty już nie ma. Nie siedzi koło mnie. Nie pyta. Nie mówi. Nie śmieje się.
Linią prowadzącą są głowy, powtarza się motyw siedzącego, potem podchodzimy do sali pełnej krzeseł i zapalając światło, udajemy królowe polski.
Okna są pootwierane, drzwi pozamykane, ściskamy się za ręce i powtarzając te dziwne słowa, wchłaniamy kurz.
Musiałbym się dokończyć jakoś. Dopełnić. Dobyć. Dotrwać.
(Uczę się, wkuwam, sram słowem głośno wymawianym.)
Potem umarła babcia Łukasza, rodzice się rozwiedli, Katarzyna wyjechała do ciepłych męzczyzn za granicą, a my zostaliśmy z długiem przemilczenia w sercu. Teraz myślę.
Czasami, mógłbym się modlić – nawet do tych wymyślonych Bogów, którzy ułożeni rzędem na parapecie proszą o przeczytanie.
Jestem siódmą stroną, włosem, palcem, zapałką.
Ostatnio bywa ciężko, nie umiem tęsknić – tak myślę.
Bo ktos albo jest, albo go po prostu nie ma.
(Moja droga Kobieto.)
Zrobiłam się rzeczowa. Mam w torebce butelkę wina i piję, gdy nikt nie widzi.
Nie potrzebne mi stany uduchowienia, które drążąc dziurę w podłodze bywają wymyślone. Dziś chciałabym umrzeć.