Leśniewo Górne

O ile przyjemniej byłoby pojawić się w tym miejscu tuż przed wschodem słońca, jakimś dniem jesiennym który mgłę powciskałby w każdą wolną przestrzeń między drzewami i nadał jeszcze bardziej niepowtarzalnego klimatu temu miejscu. Do tego można by jeszcze być trochę niewyspanym, zaropiałym okiem ogarniając ustawienia przysłon i czasów w aparacie popijać za gorącą kawę z chromowanego termosu na przykład. I oczekiwać równie zaspanych chmur leniwie pełznących od lewa do prawa albo dreptać w miejscu chuchając w zaciśnięte tuż przy ustach dłonie, mówiąc sobie że wcale nie jest tak zimno jakby się mogło wydawać.

Ale nie… W Leśniewie Górnym pojawiam się z końcem sierpnia poprzedniego już roku, powietrze w gorączce lepi się nieznośnie do skóry z każdej strony, od czasu do czasu przystaję celem odklejenia spoconej koszulki od ciała, która przywarła tu i ówdzie… Chmury schowały się na tyle, że letnie niebo sprawia wrażenie wypalonego bielą, sporadycznie wystające turystyczne łby niemieckiego pochodzenia tradycyjnie psują kadry, bo oczywiście robią to w najmniej odpowiednim momencie.Brakuję mi intymności między miejscem, a pryzmatem pentagonalnym…

Wydawać by się mogło, że wszystko jest nie tak jak lubię… Zawsze wolałem trochę marznąć podczas fotograficznych eskapad, niż w ukropie dźwigać torbę z osprzętem rodzaju ciężkiego na ramieniu… Zawsze wolałem odziać na stopy wygodne, grube skarpety przywiezione kiedyś z Norwegii i potem zasznurować mocno buty trekingowe i brodzić w śniegu dzielnie dzierżąc aparat… Zimą i jesienią migawka jakoś przyjemniej potrafi brzmieć, wszystko ma jakby większy sens i głębsze znaczenie, aparat szumi jakby trochę przyjemniej, trochę bardziej słodko ciąży… Oddech jest głębszy, mróz ściąga skórę twarzy i wmawiam sobie, że to bardzo pomaga mi się skupić…

Ciężko mi ostatnio pogodzić się z aparatem, brakuje czasu, chęci i motywacji – póki co zaległości wywalam na światło dzienne…

Opuszczone Okrąglaki

piotrografia - opuszczone okraglaki (10)

piotrografia - opuszczone okraglaki (11)

Głównym celem sierpniowej wyprawy do miejscowości, której nazwa zaczyna się siedemnastą literą w alfabecie, są opuszczone, mocno modernistyczne okrąglaki. Pierwsze zdjęcia w Sieci, które się pojawiły z początkiem miesiąca, namieszały trochę i eksploratorzy z całej Polski zaczęli zjeżdżać do tajemniczej miejscowości celem nie tyle chyba dokumentacji, co bardziej radości, że ostały się w naszej polskiej, urbexowej rzeczywistości jeszcze takie cudeńka. Cudeńka wydawać by się mogło nietknięte ręką menelowatego grabieżcy o purpurowej i napuchniętej winem tańszego pochodzenia, twarzy. Grabieżcy, który na własnych plecach, ewentualnie taczce z odzysku, wytargałby kaloryfery, co prawda żadne tam zabytkowe, a pamiętające czasy Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, ale ciągle ważące na tyle dużo, że opłacałoby mu się zaciągać je do skupu złomu i materiałów pochodnych, które można spieniężać w sposób jak najbardziej legalny.

piotrografia - opuszczone okraglaki (16)

Na miejscu okazuje się dlaczego miejsce jeszcze stoi i wygląda w miarę przyzwoicie jak na polskie realia urbexowe – wszak na terenie rezyduje właściciel obiektu, który pomimo dosyć częstej niedyspozycji alkoholowej w tych swoich brudnych dresach gania ludzi dewastujących obiekt. Po krótkiej wymianie uprzejmości, z kieszeni swoich wspomnianych dresów wyciąga pęk kluczy i ochoczo zaprasza do środka, czując się absolutnie odpowiedzialny za oprowadzenia nas po swoich włościach. Co prawda oprowadza chwiejnym krokiem i bełkotliwie, ale nikomu to jakoś nie przeszkadza…

piotrografia - opuszczone okraglaki (22)

piotrografia - opuszczone okraglaki (27) piotrografia - opuszczone okraglaki (25) piotrografia - opuszczone okraglaki (24)piotrografia - opuszczone okraglaki (23)piotrografia - opuszczone okraglaki (31)piotrografia - opuszczone okraglaki (28) piotrografia - opuszczone okraglaki (30) piotrografia - opuszczone okraglaki (29)

piotrografia - opuszczone okraglaki (49)

Mijają dwa lata od mojej wizyty w tym miejscu – nie mam pojęcia jak potoczyły się losy tego przybytku i jak ono wygląda w chwili obecnej. I czy ówczesny właściciel, jeszcze w tym swoim alkoholowym amoku i chwiejnym krokiem oprowadza po swoich rozkradanych na bieżąco włościach. Po dwóch latach w końcu wyrzucam z siebie zdjęcia z nadzieją, że przybliżą choć odrobinkę dawną świetność i PRLowskie bogactwo. Wszak swego czasu opuszczone w tej chwili okrąglaki tętniły życiem przez bardzo duże Ż 😉

Opuszczony Klub Garnizonowy na Helu

Opuszczony Klub Garnizonowy…?

I znowu miejsce opuszczone…?

I znowu Hel…?

Przy okazji ostatniej wizyty w tym mieście na półwyspie, gdzie udało się odwiedzić opuszczony kinoteatr, sposobem dosyć bezczelnym wlazłem też do klubu garnizonowego, w którm pracowała kiedyś moja przeserdeczna koleżanka. W czasach gdy zdarzyło mi się ową koleżankę odwiedzać w pracy – żadne z nas nawet przez chwilę nie myślało o tym, że owy klub będzie kiedyś miejscem opuszczonym i, że dzierżąc dzielnie swój aparat bede błądził po pustych korytarzach i uskuteczniał fotografię rodzaju dokumentalnego…

Opuszczony Ośrodek Wypoczynkowy na Kaszubach

Opuszczony ośrodek wypoczynkowy na Kaszubach – obiekt na tyle sporych rozmiarów, że przyjemność dreptania po nim i wchłaniania w siebie wszystkich związków pleśni i grzybów naściennych układających się w urocze esy floresy, rozlewała się uśmiechem na twarzy p o d w ó j n i e . Szybsze bicie serca na widok potłuczonych okien, powyrywanych klamek, porzuconych dokumentów i innych chyba już zawsze będzie mi towarzyszyć – wszystko jakby na zasadzie dzieckiem być… i radości z rzeczy, na których widok normalny człowiek machnie ręką czy głośniej stęknie bez większych znaczeń po prostu …

No ale co ja zrobię, że ja lubię…?

Ośrodek przesiąknięty Polską Rzeczpospolitą Ludową, drewniana boazeria przesiąknięta smrodem klubowych papierosów, posadzki przesiąknięte proszkiem Javox… Wszystko przesiąknięte herbatą z musztardówek, tanimi ozdobami pod sufitem, sercami wyciętymi z kolorowego papieru i przyklejonymi do szyby sali potańcówkowej, w której odbywały się pierwsze wieczorki zapoznawcze pracowników pkp, gdyż do ośrodka ze skierowaniem i z ramienia służbowego się szło.  Pewnie, żeby w pobliskich jeziorach kręgosłupy naprawiać czy zwyczajnie wymoczyć się za wszystkie czasy niemoczeniasię… 

I jak zwykle wyobraźnia ponosi…

Obszerna relacja:

Opuszczony teatr gdzieś w helskich czeluściach

Nagle pojawiły się gdzieś cicho mruczące chęci ponownego kaleczenia rąk w trakcie włażenia w opuszczone miejsca przez krzywo wybite okna – i mrucząc coraz głośniej zagnały mnie na półwysep w poszukiwaniu takowych. Jestem, głośno wciągam powietrze świszcząc z podniecenia, że oto JA i ZNOWU i NARESZCIE – oczywiście, że miejsce mogłoby być trochę bardziej spektakularne, ale cóż… Radość była i tak całkiem imponujących rozmiarów…

Kino lub teatr – sam nie jestem pewny co bardziej, bo szyld nad budynkiem wyraźnie mówi, że kino ale za to całe techniczne zaplecze mówi, że bardziej teatr…











Opuszczona Szkoła Ogrodnicza w Połoninach

Czerwcowa sobota to nie najlepszy czas, żeby chodzić do szkoły- wiem…

Ale alternatywnie zapraszam do opuszczonej szkoły stojącej w okolicach Elbląga, w której światło układające się po kątach jest w stanie ukraść serce każdego urbexowicza z aparatem fotograficznym na podorędziu.  Klimatyczna piwnica wypełniona stosem książek, instrukcjami jak robić alkohol czy porcelanę (ależ pokrewne tematy…) czy kilka porzuconych świadectw dojrzałości skutecznie uprzyjemniły mi zwiedzanie tego miejsca i skutecznie też zapełniły parę bajtów w karcie pamięci.

I nie będę ukrywał – trochę czułem się jak intruz okrutny… wszak mija dużo czasu odkąd ostatni raz byłem w jakimkolwiek opuszczonym miejscu…

Więcej wpisów z kategorii miejsc opuszczonych po kliknięciu tutaj.

 


Mały, biały domek

Mały biały domek, okna się w nim szklą…

Styczeń, rok temu – już nawet po raz kolejny nie chce mi się tłumaczyć, że pewne zdjęcia dojrzewają, żeby dopiero potem się pokazać, że przy niektórych moich materiałach musi minąć kawał czasu – i dopiero po tym kawale pojawia się w głowie chęć na wywalenie zdjęć w świat po to by trochę żyły własnym byciem… w końcu.

W małym, białym domku wydarzyło się kilka historii muśniętych pięknymi światłocieniami wciskającymi się do środka przez brudne okna. Cichy mróz tego dnia trzymał smród zbutwiałego drewna i pochodnych poupychanych we wszystkich kątach za pysk i nie pozwalał mu mocniej tego pyska rozdziawiać, więc same odwiedziny tego miejsca przebiegały w atmosferze zupełnie nie śmierdzącej choć ciężkiej od spojrzeń sąsiadów zza płota. Podejrzewać mogę, że moje ciche pomruki zadowolenia pojawiające się zawsze przy pierwszych nieśmiałych relacjach mój aparat-miejsce opuszczone budziły we wspomnianych i wystających z okien pobliskiego mini-blokowiska sąsiadów pełne niezrozumienia i politowania spojrzenia – ale kogo by to obchodziło? To niepojęte, że wciskasz się do środka przez ledwo wiszące na zawiasach drzwi i przed Twoimi oczami nagle otwiera się historia życia jednego człowieka – za sprawą zdjęć, dokumentów, pamiętników i wszystkich innych, które normalnie nie powinny skończyć swojego żywota w ten sposób jak na zdjęciach poniżej. Tu odgrywa się historia grzebania w czyimś życiu, choć może nie ma to pozytywnego wydźwięku jednak zagłębiając się w tę historię sprawiasz, że staje się ona w danej chwili ciut żywsza niż wtedy, gdy leżała niedbale na rozpadającym się stole, komodzie czy zwinięta w bezkształtną, papierową masę na podłodze. Budzi się w Tobie bliżej niezrozumiały dla zwykłych ludzi szacunek do każdego zwitka papieru, który okazuje się przecież czyimś aktem zgonu, urodzenia czy nawet, wydawać by się mogło, że głupim biletem do teatru. Trochę jakbyś wchodził i zapalał światło, które rozlewając się na wszystkim co zapomniane zapomniane wydaje się być już dużo mniej – choćby za sprawą samej Twojej obecności…

 

Ferropolis

Ferropolis – dawna kopalnia odkrywkowa, dziś jedno z tzw. muzeów na otwartym powietrzu. Niezwykłe industrialne pamiątki swoich czasów znaczą historię kontynentu w ramach Europejskiego Szlaku Dziedzictwa Przemysłowego. (Czytaj więcej!)

Oprowadza osobista i jedyna w swoim rodzaju rodzicielka. Grudzień 2016, Boże Narodzenie, Gräfenhainichen, Niemcy.

Opuszczony Pałac Czartoryskich, Stary Sielec

Zbigniew Piotr Piotrowski - pałac Czartoryskich, stary Sielec (43)

Zbigniew Piotr Piotrowski - pałac Czartoryskich, stary Sielec (36)

Zbigniew Piotr Piotrowski - pałac Czartoryskich, stary Sielec (25)

Zaległych miejsc opuszczonych, w których byłem w przeciągu ostatniego roku i które grzecznie w kolejce czekają na swoje miejsce jest kilka. A czwartek z godziną trzynaście zero dwa to świetny czas na to, żeby zabrać Was do pałacu rodu Czartoryskich w Starym Sielcu. Pałac zaczęto budować w 1911 i nigdy tej budowy nikt nie skończył – odsyłam do artykułu. Miejsce odrobinę przywodzi na myśl zamek w Łapalicach – ale dosłownie odrobinę, bo Łapalice to Łapalice 😉

Fotograf z Gdyni i pałac z horroru, Dalwin

Złożony proces porannego powstawania z ciepłych pierzyn prywatnych alkowych nie ma miejsca – to już nie te czasy, żeby zrywać się o 6 rano i lecieć na łeb i szyję i z krzywo uczesanym włosiem na głowie, który przy ściągniętej czapce w samochodzie i tak przybiera kształt bliżej nieokreślony (albo określony, ale spuśćmy kurtynę milczenia)… Zatem z  domu wychodzę o ósmej z minutami… prawie o dziewiątej, która swoją niewyraźnością jest i tak chyba bliżej jedenastej. W plecaku prócz Nikodema, jest też kubek-obiektyw wypełniony zieloną breją, którą ostatnio się odżywiam w ramach szeroko pojętego zdrowego stylu życia… czy zwał jak zwał.

Jedziemy przed siebie… Towarzysz współfotografujący i ja. Jest chłodny, styczniowy poranek – jeden z takich poranków jakie ja osobiście bardzo lubię… Jeden z takich, gdzie chłodne powietrze próbuje wcisnąć się w jakąkolwiek szparę w kurtce i z racji takiej niemożliwości sprawia, iż masz przeczucie że ten dzień będzie wypełniony dobrem. Nie wiem jak to działa, bo nie analizuję i pozwalam sobie być po prostu nieświadomym odbiorcą. Dobro objawia się w najróżniejszy sposób – najpiękniejsze jest dobro fotograficzne, którego czasami nie jestem w stanie pojąć, bo działa na zwykłej i prostej zasadzie „spotykasz człowieka…”. Spotykasz człowieka, któremu wydaje się wszystko. Z tego wszystkiego najzabawniejsze jest to, że spotkanemu człowiekowi wydaje się, że znasz wszystkich jego kolegów z pobliskich miejscowości, więc dlatego opowiada Ci co u nich słychać, który ostatnio najwięcej spożywa alkoholu i jeszcze żebyś nie miał wątpliwości rzuca nazwiskami, żebyś mógł sobie wizualizować (gdybyś jednak jakimś cudem nie kojarzył kto jest kim). I spotkany człowiek jest jeszcze na tyle miły, że oprowadza Cię po tym pałacu, do którego przyjechałeś i który fotografujesz gdzieś między potokiem słów nieznajomego, który w co trzecim zdaniu mówi, że w pałacu pomieszkuje Kowalski, który teraz poszedł na obiad do kogoś. I, że dach. Że dach ewidentnie trzeba natentychmiast zrobić, bo dłużej pałac tak nie postoi. I, że pewnie gmina sprzeda, za strasznie ogromne miliony, bo to zabytek i zrobią hotel, w którym najsampierw trzeba dach zrobić, bo dłużej pałac tak nie postoi… A pan fotograf? Tak. Fotograf z Gdyni…

 

piotrografia.com - fotograf z Gdyni w pałacu (29)

piotrografia.com - fotograf z Gdyni w pałacu (28)

A zrobi mi Pan zdjęcie? 

Ludzi portretować kocham. Ludzi, których spotykam po raz pierwszy w życiu i fotografuję takich trochę duchowo nagich przed moim obiektywem i nie popsutych instagramowymi filtrami, które w tym wypadku występują bardziej jako symbol socjalnego narcyzmu – kocham pasjami.(Nie będąc hipokrytą – sam używam tej aplikacji;P) Pytanie nieznajomego sprawia, że pałac jest mniej ważny i spada na drugi plan – to nic, że dobre światło wyłoniło się zza pobliskiego chmurzyska i budynek wygląda dzięki temu niesamowicie… Że właśnie niebieskość nieba łeb wychyliła nieśmiało… Najważniejszy jest człowiek…

piotrografia.com - fotograf z Gdyni w pałacu (1)

piotrografia.com - fotograf z Gdyni w pałacu (3)

Sam pałacyk jest pałacykiem bardzo uroczym – kolumna umiejscowiona od frontu nadaje takiego charakteru rodem z filmów o rodzinie Adamsów, podobne odczucia mam patrząc na zewnętrzne, drewniane żaluzje – dużo mroczniej mogłoby stać się tuż po zachodzie słońca… dramatyczne niebo na długim czasie naświetlania i stroboskopie pochodzenia wewnętrznego nie są chyba złym pomysłem na kolejne odwiedziny tego miejsca…?

Pokoje pałacu fotogeniczne sposobem jaki bardzo lubię (zdjęcia większe po kliknięciu)

piotrografia.com - fotograf z Gdyni w pałacu (8)

piotrografia.com - fotograf z Gdyni w pałacu (6)

piotrografia.com - fotograf z Gdyni w pałacu (9)

Pałac w Nowej Wsi Rzecznej

piotrografia.com - pałac w Nowej Wsi Rzecznej (1)

piotrografia.com - pałac w Nowej Wsi Rzecznej (3)

piotrografia.com - pałac w Nowej Wsi Rzecznej (7)

piotrografia.com - pałac w Nowej Wsi Rzecznej (9)

piotrografia.com - pałac w Nowej Wsi Rzecznej (23)

We wsi znajduje się zabytkowy pałac z XIX w. wraz z parkiem krajobrazowym. W XIX w. należał do niemieckiej rodziny Hertzbergów. W 1924 r. majątek ziemski Nowa Wieś wraz z pałacem nabył Stefan Przanowski. Po II wojnie światowej majątek został przejęty przez Państwo i utworzona PGR. Dzisiaj nie jest już prowadzona działalność rolna w tym zakładzie. Zaś pałac został sprzedany prywatnej osobie. W Nowej Wsi Rzecznej znajduje się również stara szkoła elementarna i zabudowania mieszkalne datowane na 1901 rok. Powiedziała ciocia Wikipedia – w chwili obecnej prywatny właściciel skutecznie uniemożliwia zwiedzenie tego pięknego pałacu w środku. A szkoda… Gdzieś wyczytałem, że ostały się piękne zdobienia, kominki i nawet sala balowa!

Fotograf w Gdyni – Dwór Marysieńki…?

kolibki-dworek (112) (Kopiowanie)

DWOR-MARYSIENKI-piotrografiacom (6)

DWOR-MARYSIENKI-piotrografiacom (24)

DWOR-MARYSIENKI-piotrografiacom (11)

DWOR-MARYSIENKI-piotrografiacom (1)

DWOR-MARYSIENKI-piotrografiacom (27)

Nieeeee….
Zdecydowanie to nie jest wpis świątecznie kolorowy, gdzie pomiędzy wklepywaniem kolejnych literek z klawiatury jedną ręką lepię pierogi, drugą mieszam bigos, a trzecią pewnie lukrowałbym pierniczki. Do tego włosy miałbym pewnie okraszone brokatem z bombek, byłbym świątecznie uśmiechnięty i myłbym wszystkie trzy okna dla jezusa, w zębach trzepiąc dywan z kurzu, słuchając na cały regulator „Dzisiaj w Betlejeeeeeem” (i „Cicha noc” żeby „Dzisiaj w Betlejem” mi się nie znudziło za szybko), a oczy miałbym takie przepełnione świąteczną miłością i radością, i lepieniem bałwanów i pachnącymi świeczuszkami i w ogóle siedziałbym na bujanym fotelu przykryty ciepłym kocem i w ciepłych kapciach popijałbym herbatą z konfiturami i karpia trzymałbym na kolanach głaszcząc go i mówiąc do niego pieszczotliwie „tygrysku…”. Ja pierdolę, nieeee… 😀
Okien nie myłem, prezenty spakowałem wczoraj, kawa jak zawsze zajebista więc mogę siedzieć i wychodzić z zaległości, gdyż najbliższy tydzień zamierzam spędzić na nicnierobieniu połączonym właśnie z odgrzebywaniem zdjęć z niedalekiej przeszłości, ewentualnie urodzę kilka nowych fotografii 😉 A, że święta? No święta, fajnie ale bez paranoi…

Dlaczego tytuł tego wpisu jest ze znakiem zapytania…?
Bo generalnie sam nie wiem czy mogę nazwać tak prezentowane tu dzisiaj miejsce – co prawda sam obiekt mieści się w Parku Marysieńki, w samym parku można znaleźć „Grotę Marysieńki” i „Dąb Marysieńki” … ale po wpisaniu w googlowskim okienku wyszukiwania „Dwór Marysieńki” wyskakuje Dwór Królowej Marysieńki spod ręki Invest Komfortu, który chwali się, że w 2003 ich inwestycja marysieńkowa zdobyła złote wiertło (no, cudownie!). I oczywiście nie jest to ten sam obiekt co z moich zdjęć…
No, ale mniejsza… Większość ludzi, którzy kiedykolwiek zapuścili się w rejony Kolibek, do wspomnianego parku na pewno kojarzy cudo dworkowe. Cudo dworkowe wygląda trochę ubogo i po przejściach – zdecydowanie nie raz dostało w pysk ciężką ręką PRLu – niezliczone dzielenia pomieszczeń w środku odcisnęły swoje ślady w ścianach, o sali balowej z drewnianym sufitem już od dawna można wykrzyczeć „przeminęło z wiatrem” – i kto by pomyślał, że właścicielem był sam Król Jan III Sobieski? Po Jego śmierci rządy na dworze przejęła królowa Marysieńka i pomijając perypetie związane z wszystkimi rodami szlacheckimi i ludźmi, którzy też swego czasu byli właścicielami – ostatnim prywatnym właścicielem majątku, tuż po I Wojnie Światowej został Witold Kukowski.
W chwili obecnej, tak jak wspomniałem, dwór bardziej straszy niż cieszy oko spacerowiczów parku Marysieńki.
Kilka zdjęć, powstałych w okolicach maja lub czerwca.

I oczywiście, żeby nie było: Wesołych Świąt wszystkim! 🙂

DWOR-MARYSIENKI-piotrografiacom (35)

Kirby Hall – ruiny Elżbiety Pierwszej

_DSC3420 kopia

Od powrotu do Polski z urlopu po angielsku mija prawie tydzień – strasznie ciężki tydzień, gdzie trzeba było przestawić trybiki i zmusić się do przystosowania do nieurlopowej rzeczywistości – generalnie wypadałoby, żeby człowiek po urlopie był wypoczęty i zrelaksowany, więc dlaczego co rano czuję się jakbym zmartwychwstawał? 😉
Urlop niesamowicie intensywny, od rana do wieczora latanie z wywieszonym jęzorem i aparatem u szyi, żeby jak najwięcej zobaczyć, udokumentować, zobaczyć, zobaczyć, zooobaaaczyć!!! (W międzyczasie sporo kawy!)
Sesja zombie na starym, angielskim cmentarzu, całodniowy spacer po Londynie (na wspomnienie nogi znowu zaczynają boleć!), wizyta w Cambridge, Burghley House, mnóstwo zdjęć z Peterborough (w pierwszych dniach robiłem najwięcej zdjęć, bo zachwycony byłem ABSOLUTNIE WSZYSTKIM!), przepiękna Katedra św. Piotra, Pawła i Andrzeja… Tyle tego, że przez najbliższy miesiąc nie ruszam się sprzed komputera i wszystko obrabiam! 😉

Teraz zapraszam do Kirby Hall – elżbietański dworek(!), w którym wypoczywała czasami Królowa Dziewica Elżunia Pierwsza Tudorowa. To najpiękniejsze ruiny, w jakich kiedykolwiek byłem, a wierzcie mi – widziałem ich mnóstwo!

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (16)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (7)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (4)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (5)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (11)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (13)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (18)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (20)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (15)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (10)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (6)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (2)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (14)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (3)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (19)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (8)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (12)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (9)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (17)

Laboratorium ZNTK, Poznań

_DSC3754 (Kopiowanie)

_DSC3772 (Kopiowanie)

_DSC3779 (Kopiowanie)

_DSC3799 (Kopiowanie)

_DSC3897 (Kopiowanie)

_DSC3910 (Kopiowanie)

_DSC3959 (Kopiowanie)

_DSC4063 (Kopiowanie)

_DSC3963 (Kopiowanie)

Zdjęcia z Poznania.
Laboratorium Zakładów Naprawy Taboru Kolejowego – kilka godzin zwiedzania, spotkanie z innymi eksploratorami z Polski i wizyta złomiarzy, którzy przy nas kaloryfer oknem wywalali, żeby potem sprzedać. Miejsce magiczne – prawie już nie istniejące.

Zakład dla Nerwowo i Psychicznie Chorych Żydów „Zofiówka”

DSC9153-kopia

zofiowka (29)

zofiowka (28)

zofiowka (30)

Początek grudnia w Warszawie z Grupą Mobilnych.
Z Warszawy, parę godzin przez odjazdem w stronę Trójmiasta zabieramy się ze ZłymStarymSierżantem do Otwocka, żeby zobaczyć urbexowe miejsce z tych które po prostu TRZEBA zobaczyć. Zatem otwocki zakład dla nerwowo i psychicznie chorych żydów „Zofiówka” – w chwili obecnej królowa ruin, jakie kiedykolwiek miałem okazję zwiedzać. Jedynie fakt tego co tam się działo w przeszłości nadawał całości takiego pompatycznego charakteru tej wizycie – zainteresowanych historią miejsca odsyłam tu. Wspomnieć należy, że pogoda tego dnia jakoś zbytnio nie chciała współpracować, co przełożyło się na dosyć słabe światło.

Głębinowa kopalnia soli kamiennej w Wapnie

_DSC8213

Był plan na tę miejscówkę już dużo wcześniej – niestety podczas lipcowo-urlopowego powrotu z Dolnego Śląska nie starczyło czasu na zahaczenie o to cudo, więc w minioną niedzielę postanowiliśmy nadrobić. O samej kopalni w internecie można przeczytać, że była bohaterką największej górniczej katastrofy w historii górnictwa. Część sztolni zalała się wodą i postanowiono zalać i resztę – gdzieś pomiędzy połowa miasta zapadała się pod ziemię, ewakuowano mnóstwo ludzi.

_DSC8094

_DSC8033

_DSC8046

_DSC8070

_DSC8108

_DSC8101

_DSC8166

_DSC3213

_DSC3238

Fjerde dag i Norge / Czwarty dzień w Norwegii

_DSC7051 kopia

Szybki czwarty dzień. Deszczowy.
Wbijamy na górę Aurenakken – to znaczy wbijają Anitex i Cyborgowy Konkubent, ja ledwo wpełzam 😉

_DSC7098 kopia

_DSC7113 kopia

_DSC7092 kopia

_DSC7090 kopia

_DSC7126 kopia

_DSC7123 kopia

_DSC7150 kopia

_DSC7109 kopia

_DSC7037 kopia

_DSC7068 kopia

_DSC7110 kopia

I gdy już po Aurenakken z widokiem na Sykkylven wracamy do Cyborgowego Domu wypić kawę, herbatę i inne rozgrzewające płyny Anitex krzyczy, że musi mi coś jeszcze pokazać! Odziany w zapasowe, suche rzeczy Cyborgowego Konkubenta (deszcz leje i leje) wsiadam w samochód i jedziemy nad przystań.

_DSC2948

_DSC2954 kopia

_DSC2961 kopia

A potem pod uroczy i niepozornie wyglądający z zewnątrz opuszczony domek, gdzie zdjęcia trzaskam trochę w biegu mokrym fiszajem 😉

_DSC2823 kopia

_DSC2913

_DSC2869

Więcej zdjęć domku: TU.

Tredje dag i Norge / Trzeci dzień w Norwegii część 2 / Sanatorium Harastølen

_DSC6899

Deszcz. Wiatr. Mgła. Dosyć ciężko zazwyczaj o kompilację tych trzech zjawisk w jednym czasie 😉
Sześć kilometrów drogą wciśniętą w strome zbocze. Co kilka metrów ostry zakręt.
Dziury w drodze, więc poczuć się można jak u siebie, w Polsce.
Docieramy. Parkujemy.
Następuje szybkie przegrupowanie, synchronizacja zegarków, kontrola sprzętu i poprawienie opasek na głowach.
Poprawiamy pieczołowicie, gdyż na pięciuset m n.p.m piździ jeszcze mocniej, intensywniej.

_DSC6855

Abstrahując na moment od sanatorium…
Muszę przyznać, że jestem zafascynowany działaniem miejsc opuszczonych o których słyszałem i w którym byłem.
W norweskim regionie Vågsøy (nie mam zielonego pojęcia jak to czytać) stoi latarnia morska.
Stoi opuszczona wiele lat – jest trochę podniszczona, rozklepana, rozciapkana, posunięta przez czas i tak dalej, ale na samym czubku w dalszym ciągu osadzona jest prężnie działająca soczewa, przez którą światło błyska na ocean.
I władzom regionu/komuny/gminy cholernie ciężko burzyć takie cudo (podejrzewam, że w Polsce nikt nie miałby skrupułów).
Zatem władze rzucają hasło „Braaaać!”. Dosłownie… Możesz przyjść, zapłacić symboliczną koronę norweską i stajesz się niejako właścicielem tego morskiego cudu. Warunek? Remont na własną kieszeń … Możesz mieszkać, otworzyć restaurację, galerię, cokolwiek.
Ktoś by się rzucił? Bo ja z pewnością 🙂

_DSC6768

Ale wróćmy do Harastølen.
Otworzone w ok. 1900 roku początkowo było szpitalem dla chorych na gruźlicę.
Położone wysoko w górach, gdzie klimat podobno sprzyjał wyzdrowieniu chorym.
Z własnym wagonikiem górskim transportującym chorych z miasta, chlewnią gdzie radośnie ogonem merdało pożywienie, a nawet pierwszą w Norwegii turbiną wodną, która płodziła prąd…
Niezależność takiego miejsca pełnego chorych na pewno była w tym czasie bardzo ważna…
Po II Wojnie Światowej sanatorium stało się ośrodkiem dla psychicznie chorych. Mnóstwo samobójstw, jakie popełniali rezydenci skłoniło władze ówczesnego zakładu do zabezpieczenia balustrad schodów grubą siatką pełznącą od piwnicy po ostatnie piętro.
Końcówka lat 80tych sanatorium staje się miejscem, gdzie uchodźcy z Jugosławii i Bośni znajdują schronienie.
Potem długoletnia cisza, przeplatana dźwiękiem wybijanych szyb tego opuszczonego budynku.

_DSC6840

I dopiero pod koniec lat 90tych pojawia się Kristian – po sześciu latach spędzonych w Stanach Zjednoczonych wraca do Norwegii. Przez kilka miesięcy pomieszkuje w jednym z pokoi opuszczonego sanatorium. A potem zostaje takim jakby prawnym opiekunem/właścicielem tego miejsca. Dosyć ciężko postawić miejsce na nogi, ale widać, że chłopak świetnie sobie radzi.
Wita nas nienagannym angielskim. Choć papieros, najwyraźniej na stałe przyklejony do górnej wargi, utrudnia mi trochę rozumienie jego słów. Szybko nas oprowadza mówiąc, których miejsc zdecydowanie unikać – wszak nie chcemy zasilić grona lokalnych samobójców. Na pytanie po co to wszystko robi z rozbrajającą szczerością mówi, że jest wariatem. I, że wiele lat był miłośnikiem miejsc opuszczonych, aż w końcu postanowił osiąść na stałe w jednym z nich. Z sanatorium związany dosyć blisko – zmarła mu tu babcia.

_DSC6673

_DSC6671

_DSC6824

_DSC6803

_DSC6796

_DSC6793

Poniżej na zdjęciu ponad stuletni fotel dentystyczny…

_DSC6670

_DSC2764 kopia

_DSC6814

_DSC6808

_DSC2641

_DSC6724

_DSC6780

_DSC6779

_DSC6776

_DSC6734

_DSC6747

_DSC6731

_DSC6757

_DSC2585

_DSC2592

_DSC2591

Biblioteka ze stołem do gry w pokera 🙂

_DSC2595

I martwą naturą w słoiczkach…

_DSC6698

_DSC2726

_DSC6733

_DSC6729

_DSC6745

_DSC6721

_DSC6711

_DSC6852

_DSC6875

_DSC6868

Plany na przyszłość związane z sanatorium Harastølen?
Pewni filmowcy zaopiekowali się drugim piętrem i kręcą tam film „Villmark 2” – zwiastun można obejrzeć tu .
Po za tym Kristian w przyszłym roku planuje otworzyć, zamknięte do tej pory, domu stojące wokół głównego budynku. Najpewniej stare siedziby pielęgniarek i wszelkiej maści doktorów urzędujących tu w latach świetności Harastølen. Otworzyć dla takich ludzi jak ja – przyjeżdżasz, masz możliwość przenocowania i łazisz z aparatem po sanatorium tyle godzin ile dusza zapragnie. Nawet w nooocy – bo jest pokój zwany „naked room” gdzie właśnie w nocy straszy najbardziej 😉

Reszta potężnej galerii poniżej.

A na koniec jeszcze w przypływie weny twórczej, fotograficznie samojebkowej…

_DSC2717 kopia

Pozdrawiamy! 😉

Tredje dag i Norge / Trzeci dzień w Norwegii część 1

_DSC6606

Sobotni wieczór z szampanem absolutnie nie przeszkadza przy wczesnym wstawaniu dnia następnego.
Szybka kawa na tarasie spożyta w towarzystwie norweskich wróbli…

_DSC6611

i wybywam na deszczowy spacer po Lustrafjorden.
Lustrafjorden to najbardziej wcięte ramię Sognefjorden. Największy fiord w Norwegii. I trzeci pod tym względem na świecie.
I z takimi widokami, że dech zapiera !!! 😉

_DSC6657

_DSC6622

_DSC6604

_DSC6602

_DSC6603

_DSC6628

_DSC6613

_DSC6615

_DSC6619

_DSC6665

_DSC6624

_DSC6626

_DSC6627

_DSC6631

_DSC6632

_DSC6634

_DSC6637

_DSC6640

_DSC6643

_DSC6644

_DSC6645

_DSC6646

_DSC6647

_DSC6651

_DSC6653

_DSC6662-2

A gdzieś przed godziną dwunastą docieramy w góry, gdzie moje szczęście tego dnia osiąga absolutne apogeum.
Opuszczone sanatorium, w którym buszujemy kilka ładnych godzin…

_DSC6855

Cedron w Wejherowie, opuszczone

_DSC0586 kopia

Rozlewnia wina „Cedron” to prywatna rozlewnia powstała na bazie wejherowskiej firmy „LAS” w 1993 roku. Istniała do 2000 roku.
Dziś rozlewnia to niszczejąca ruina, a co za tym idzie idealne miejsce na poczynienie fotograficznych odwiedzin…
Tym bardziej, że w ostatnim czasie jedynym urbexem jaki czyniłem był urbex wirtualny, któremu towarzyszyły pomruki zachwytu i tęsknoty. Czasu brak, ale staram się ostatnio nadrabiać! 😉

_DSC0367

_DSC0394 kopia

_DSC0397 kopia

_DSC0432 kopia

_DSC0452 kopia

_DSC0455 kopia

_DSC0446 kopia

_DSC0471 kopia

Wioska indiańska, Gdańsk

_DSC5754

Piękne bagna, więc stoję oparty o drzewo lewą stroną ciała i ustawiam ustawienia w aparacie nikonowym. W zasięgu wzroku, tuż nad najbardziej fotogenicznym odcinku bagiennym, stoi Ktoś. Ktoś ma ręce w kieszeni, łysiejącą głowę i pogwizduje piosenki. Nie rozpoznaje twarzy, ale to Ktoś budzący poczucie bezpieczeństwa. Mówi „uważaj, tu są aligatory”. No rzeczywiście są. Leżą leniwie i zauważam je dokładnie wtedy, kiedy zaczynają leźć w moją stronę. Więc w akcie ucieczki biegnę, pasek nikonowy niewygodnie zawinął mi się na szyi. Aligatory też biegną. Wstają i zapierdalajo na tych swoich krzywych nóżkach poszczekując dziwnie i kiedy jeden z nich mnie dogania z całej siły próbuję go kopnąć – w tym momencie budzi mnie ból absolutnie wszystkich palców nożnych, którymi napierdalałem w ścianę przy łóżku 🙂

_DSC5628

Grzebanie palcami w cudzym życiu. Wioska Indiańska, Gdańsk-Wrzeszcz. Lubię ten stan.

_DSC5856

_DSC5869

_DSC5853

Pałac rodu von Dönhoff, Drogosze

_DSC4085 kopia

Weekend ten należał do dosyć ciężkich.
Po suto podlanym procentami piątkowym wieczorze w towarzystwie rodziny, sobotni ból ćmił się po kątach głowy. Drgnął mocniej w momencie ujrzenia cudu znajdującego się na powyższym zdjęciu (znak na wiejskiej drodze z informacją, że „pałac rodu von Dönhoff” w trakcie rodzinnej wycieczki i spontaniczny skręt w lewo, bo może opuszczone?), apogeum osiągnął, gdy Starsza Pani Pilnująca wpuściła do środka – z radości i niedowierzania ciśnienie mi strasznie skoczyło do góry, więc ból łba był absolutnie masakryczny – ledwo idąc trzaskałem te zdjęcia w biegu i trochę jakby na odpierdol – z tego bólu to nawet specjalnie nie mogłem głowy wyżej zadrzeć, żeby mocniej się rozejrzeć. Kadry jakby też bolesne – ciężko mi się myślało. A w samochodowym schowku takie śliczne opakowanie z tabletkami przeciwbólowymi… 🙂