Ferropolis

Ferropolis – dawna kopalnia odkrywkowa, dziś jedno z tzw. muzeów na otwartym powietrzu. Niezwykłe industrialne pamiątki swoich czasów znaczą historię kontynentu w ramach Europejskiego Szlaku Dziedzictwa Przemysłowego. (Czytaj więcej!)

Oprowadza osobista i jedyna w swoim rodzaju rodzicielka. Grudzień 2016, Boże Narodzenie, Gräfenhainichen, Niemcy.

Opuszczony Pałac Czartoryskich, Stary Sielec

Zbigniew Piotr Piotrowski - pałac Czartoryskich, stary Sielec (43)

Zbigniew Piotr Piotrowski - pałac Czartoryskich, stary Sielec (36)

Zbigniew Piotr Piotrowski - pałac Czartoryskich, stary Sielec (25)

Zaległych miejsc opuszczonych, w których byłem w przeciągu ostatniego roku i które grzecznie w kolejce czekają na swoje miejsce jest kilka. A czwartek z godziną trzynaście zero dwa to świetny czas na to, żeby zabrać Was do pałacu rodu Czartoryskich w Starym Sielcu. Pałac zaczęto budować w 1911 i nigdy tej budowy nikt nie skończył – odsyłam do artykułu. Miejsce odrobinę przywodzi na myśl zamek w Łapalicach – ale dosłownie odrobinę, bo Łapalice to Łapalice ;)

Fotograf z Gdyni i pałac z horroru, Dalwin

Złożony proces porannego powstawania z ciepłych pierzyn prywatnych alkowych nie ma miejsca – to już nie te czasy, żeby zrywać się o 6 rano i lecieć na łeb i szyję i z krzywo uczesanym włosiem na głowie, który przy ściągniętej czapce w samochodzie i tak przybiera kształt bliżej nieokreślony (albo określony, ale spuśćmy kurtynę milczenia)… Zatem z  domu wychodzę o ósmej z minutami… prawie o dziewiątej, która swoją niewyraźnością jest i tak chyba bliżej jedenastej. W plecaku prócz Nikodema, jest też kubek-obiektyw wypełniony zieloną breją, którą ostatnio się odżywiam w ramach szeroko pojętego zdrowego stylu życia… czy zwał jak zwał.

Jedziemy przed siebie… Towarzysz współfotografujący i ja. Jest chłodny, styczniowy poranek – jeden z takich poranków jakie ja osobiście bardzo lubię… Jeden z takich, gdzie chłodne powietrze próbuje wcisnąć się w jakąkolwiek szparę w kurtce i z racji takiej niemożliwości sprawia, iż masz przeczucie że ten dzień będzie wypełniony dobrem. Nie wiem jak to działa, bo nie analizuję i pozwalam sobie być po prostu nieświadomym odbiorcą. Dobro objawia się w najróżniejszy sposób – najpiękniejsze jest dobro fotograficzne, którego czasami nie jestem w stanie pojąć, bo działa na zwykłej i prostej zasadzie „spotykasz człowieka…”. Spotykasz człowieka, któremu wydaje się wszystko. Z tego wszystkiego najzabawniejsze jest to, że spotkanemu człowiekowi wydaje się, że znasz wszystkich jego kolegów z pobliskich miejscowości, więc dlatego opowiada Ci co u nich słychać, który ostatnio najwięcej spożywa alkoholu i jeszcze żebyś nie miał wątpliwości rzuca nazwiskami, żebyś mógł sobie wizualizować (gdybyś jednak jakimś cudem nie kojarzył kto jest kim). I spotkany człowiek jest jeszcze na tyle miły, że oprowadza Cię po tym pałacu, do którego przyjechałeś i który fotografujesz gdzieś między potokiem słów nieznajomego, który w co trzecim zdaniu mówi, że w pałacu pomieszkuje Kowalski, który teraz poszedł na obiad do kogoś. I, że dach. Że dach ewidentnie trzeba natentychmiast zrobić, bo dłużej pałac tak nie postoi. I, że pewnie gmina sprzeda, za strasznie ogromne miliony, bo to zabytek i zrobią hotel, w którym najsampierw trzeba dach zrobić, bo dłużej pałac tak nie postoi… A pan fotograf? Tak. Fotograf z Gdyni…

 

piotrografia.com - fotograf z Gdyni w pałacu (29)

piotrografia.com - fotograf z Gdyni w pałacu (28)

A zrobi mi Pan zdjęcie? 

Ludzi portretować kocham. Ludzi, których spotykam po raz pierwszy w życiu i fotografuję takich trochę duchowo nagich przed moim obiektywem i nie popsutych instagramowymi filtrami, które w tym wypadku występują bardziej jako symbol socjalnego narcyzmu – kocham pasjami.(Nie będąc hipokrytą – sam używam tej aplikacji;P) Pytanie nieznajomego sprawia, że pałac jest mniej ważny i spada na drugi plan – to nic, że dobre światło wyłoniło się zza pobliskiego chmurzyska i budynek wygląda dzięki temu niesamowicie… Że właśnie niebieskość nieba łeb wychyliła nieśmiało… Najważniejszy jest człowiek…

piotrografia.com - fotograf z Gdyni w pałacu (1)

piotrografia.com - fotograf z Gdyni w pałacu (3)

Sam pałacyk jest pałacykiem bardzo uroczym – kolumna umiejscowiona od frontu nadaje takiego charakteru rodem z filmów o rodzinie Adamsów, podobne odczucia mam patrząc na zewnętrzne, drewniane żaluzje – dużo mroczniej mogłoby stać się tuż po zachodzie słońca… dramatyczne niebo na długim czasie naświetlania i stroboskopie pochodzenia wewnętrznego nie są chyba złym pomysłem na kolejne odwiedziny tego miejsca…?

Pokoje pałacu fotogeniczne sposobem jaki bardzo lubię (zdjęcia większe po kliknięciu)

piotrografia.com - fotograf z Gdyni w pałacu (8)

piotrografia.com - fotograf z Gdyni w pałacu (6)

piotrografia.com - fotograf z Gdyni w pałacu (9)

Pałac w Nowej Wsi Rzecznej

piotrografia.com - pałac w Nowej Wsi Rzecznej (1)

piotrografia.com - pałac w Nowej Wsi Rzecznej (3)

piotrografia.com - pałac w Nowej Wsi Rzecznej (7)

piotrografia.com - pałac w Nowej Wsi Rzecznej (9)

piotrografia.com - pałac w Nowej Wsi Rzecznej (23)

We wsi znajduje się zabytkowy pałac z XIX w. wraz z parkiem krajobrazowym. W XIX w. należał do niemieckiej rodziny Hertzbergów. W 1924 r. majątek ziemski Nowa Wieś wraz z pałacem nabył Stefan Przanowski. Po II wojnie światowej majątek został przejęty przez Państwo i utworzona PGR. Dzisiaj nie jest już prowadzona działalność rolna w tym zakładzie. Zaś pałac został sprzedany prywatnej osobie. W Nowej Wsi Rzecznej znajduje się również stara szkoła elementarna i zabudowania mieszkalne datowane na 1901 rok. Powiedziała ciocia Wikipedia – w chwili obecnej prywatny właściciel skutecznie uniemożliwia zwiedzenie tego pięknego pałacu w środku. A szkoda… Gdzieś wyczytałem, że ostały się piękne zdobienia, kominki i nawet sala balowa!

Dwór Marysieńki…?

kolibki-dworek (112) (Kopiowanie)

DWOR-MARYSIENKI-piotrografiacom (6)

DWOR-MARYSIENKI-piotrografiacom (24)

DWOR-MARYSIENKI-piotrografiacom (11)

DWOR-MARYSIENKI-piotrografiacom (1)

DWOR-MARYSIENKI-piotrografiacom (27)

Nieeeee….
Zdecydowanie to nie jest wpis świątecznie kolorowy, gdzie pomiędzy wklepywaniem kolejnych literek z klawiatury jedną ręką lepię pierogi, drugą mieszam bigos, a trzecią pewnie lukrowałbym pierniczki. Do tego włosy miałbym pewnie okraszone brokatem z bombek, byłbym świątecznie uśmiechnięty i myłbym wszystkie trzy okna dla jezusa, w zębach trzepiąc dywan z kurzu, słuchając na cały regulator „Dzisiaj w Betlejeeeeeem” (i „Cicha noc” żeby „Dzisiaj w Betlejem” mi się nie znudziło za szybko), a oczy miałbym takie przepełnione świąteczną miłością i radością, i lepieniem bałwanów i pachnącymi świeczuszkami i w ogóle siedziałbym na bujanym fotelu przykryty ciepłym kocem i w ciepłych kapciach popijałbym herbatą z konfiturami i karpia trzymałbym na kolanach głaszcząc go i mówiąc do niego pieszczotliwie „tygrysku…”. Ja pierdolę, nieeee… :D
Okien nie myłem, prezenty spakowałem wczoraj, kawa jak zawsze zajebista więc mogę siedzieć i wychodzić z zaległości, gdyż najbliższy tydzień zamierzam spędzić na nicnierobieniu połączonym właśnie z odgrzebywaniem zdjęć z niedalekiej przeszłości, ewentualnie urodzę kilka nowych fotografii ;) A, że święta? No święta, fajnie ale bez paranoi…

Dlaczego tytuł tego wpisu jest ze znakiem zapytania…?
Bo generalnie sam nie wiem czy mogę nazwać tak prezentowane tu dzisiaj miejsce – co prawda sam obiekt mieści się w Parku Marysieńki, w samym parku można znaleźć „Grotę Marysieńki” i „Dąb Marysieńki” … ale po wpisaniu w googlowskim okienku wyszukiwania „Dwór Marysieńki” wyskakuje Dwór Królowej Marysieńki spod ręki Invest Komfortu, który chwali się, że w 2003 ich inwestycja marysieńkowa zdobyła złote wiertło (no, cudownie!). I oczywiście nie jest to ten sam obiekt co z moich zdjęć…
No, ale mniejsza… Większość ludzi, którzy kiedykolwiek zapuścili się w rejony Kolibek, do wspomnianego parku na pewno kojarzy cudo dworkowe. Cudo dworkowe wygląda trochę ubogo i po przejściach – zdecydowanie nie raz dostało w pysk ciężką ręką PRLu – niezliczone dzielenia pomieszczeń w środku odcisnęły swoje ślady w ścianach, o sali balowej z drewnianym sufitem już od dawna można wykrzyczeć „przeminęło z wiatrem” – i kto by pomyślał, że właścicielem był sam Król Jan III Sobieski? Po Jego śmierci rządy na dworze przejęła królowa Marysieńka i pomijając perypetie związane z wszystkimi rodami szlacheckimi i ludźmi, którzy też swego czasu byli właścicielami – ostatnim prywatnym właścicielem majątku, tuż po I Wojnie Światowej został Witold Kukowski.
W chwili obecnej, tak jak wspomniałem, dwór bardziej straszy niż cieszy oko spacerowiczów parku Marysieńki.
Kilka zdjęć, powstałych w okolicach maja lub czerwca.

I oczywiście, żeby nie było: Wesołych Świąt wszystkim! :)

DWOR-MARYSIENKI-piotrografiacom (35)

Kirby Hall – ruiny Elżbiety Pierwszej

_DSC3420 kopia

Od powrotu do Polski z urlopu po angielsku mija prawie tydzień – strasznie ciężki tydzień, gdzie trzeba było przestawić trybiki i zmusić się do przystosowania do nieurlopowej rzeczywistości – generalnie wypadałoby, żeby człowiek po urlopie był wypoczęty i zrelaksowany, więc dlaczego co rano czuję się jakbym zmartwychwstawał? ;)
Urlop niesamowicie intensywny, od rana do wieczora latanie z wywieszonym jęzorem i aparatem u szyi, żeby jak najwięcej zobaczyć, udokumentować, zobaczyć, zobaczyć, zooobaaaczyć!!! (W międzyczasie sporo kawy!)
Sesja zombie na starym, angielskim cmentarzu, całodniowy spacer po Londynie (na wspomnienie nogi znowu zaczynają boleć!), wizyta w Cambridge, Burghley House, mnóstwo zdjęć z Peterborough (w pierwszych dniach robiłem najwięcej zdjęć, bo zachwycony byłem ABSOLUTNIE WSZYSTKIM!), przepiękna Katedra św. Piotra, Pawła i Andrzeja… Tyle tego, że przez najbliższy miesiąc nie ruszam się sprzed komputera i wszystko obrabiam! ;)

Teraz zapraszam do Kirby Hall – elżbietański dworek(!), w którym wypoczywała czasami Królowa Dziewica Elżunia Pierwsza Tudorowa. To najpiękniejsze ruiny, w jakich kiedykolwiek byłem, a wierzcie mi – widziałem ich mnóstwo!

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (16)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (7)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (4)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (5)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (11)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (13)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (18)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (20)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (15)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (10)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (6)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (2)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (14)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (3)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (19)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (8)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (12)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (9)

Zbigniew Piotr Piotrowski - Kirby Hall (17)

Laboratorium ZNTK, Poznań

_DSC3754 (Kopiowanie)

_DSC3772 (Kopiowanie)

_DSC3779 (Kopiowanie)

_DSC3799 (Kopiowanie)

_DSC3897 (Kopiowanie)

_DSC3910 (Kopiowanie)

_DSC3959 (Kopiowanie)

_DSC4063 (Kopiowanie)

_DSC3963 (Kopiowanie)

Zdjęcia z Poznania.
Laboratorium Zakładów Naprawy Taboru Kolejowego – kilka godzin zwiedzania, spotkanie z innymi eksploratorami z Polski i wizyta złomiarzy, którzy przy nas kaloryfer oknem wywalali, żeby potem sprzedać. Miejsce magiczne – prawie już nie istniejące.

Zakład dla Nerwowo i Psychicznie Chorych Żydów „Zofiówka”

DSC9153-kopia

zofiowka (29)

zofiowka (28)

zofiowka (30)

Początek grudnia w Warszawie z Grupą Mobilnych.
Z Warszawy, parę godzin przez odjazdem w stronę Trójmiasta zabieramy się ze ZłymStarymSierżantem do Otwocka, żeby zobaczyć urbexowe miejsce z tych które po prostu TRZEBA zobaczyć. Zatem otwocki zakład dla nerwowo i psychicznie chorych żydów „Zofiówka” – w chwili obecnej królowa ruin, jakie kiedykolwiek miałem okazję zwiedzać. Jedynie fakt tego co tam się działo w przeszłości nadawał całości takiego pompatycznego charakteru tej wizycie – zainteresowanych historią miejsca odsyłam tu. Wspomnieć należy, że pogoda tego dnia jakoś zbytnio nie chciała współpracować, co przełożyło się na dosyć słabe światło.

Głębinowa kopalnia soli kamiennej w Wapnie

_DSC8213

Był plan na tę miejscówkę już dużo wcześniej – niestety podczas lipcowo-urlopowego powrotu z Dolnego Śląska nie starczyło czasu na zahaczenie o to cudo, więc w minioną niedzielę postanowiliśmy nadrobić. O samej kopalni w internecie można przeczytać, że była bohaterką największej górniczej katastrofy w historii górnictwa. Część sztolni zalała się wodą i postanowiono zalać i resztę – gdzieś pomiędzy połowa miasta zapadała się pod ziemię, ewakuowano mnóstwo ludzi.

_DSC8094

_DSC8033

_DSC8046

_DSC8070

_DSC8108

_DSC8101

_DSC8166

_DSC3213

_DSC3238

Fjerde dag i Norge / Czwarty dzień w Norwegii

_DSC7051 kopia

Szybki czwarty dzień. Deszczowy.
Wbijamy na górę Aurenakken – to znaczy wbijają Anitex i Cyborgowy Konkubent, ja ledwo wpełzam ;)

_DSC7098 kopia

_DSC7113 kopia

_DSC7092 kopia

_DSC7090 kopia

_DSC7126 kopia

_DSC7123 kopia

_DSC7150 kopia

_DSC7109 kopia

_DSC7037 kopia

_DSC7068 kopia

_DSC7110 kopia

I gdy już po Aurenakken z widokiem na Sykkylven wracamy do Cyborgowego Domu wypić kawę, herbatę i inne rozgrzewające płyny Anitex krzyczy, że musi mi coś jeszcze pokazać! Odziany w zapasowe, suche rzeczy Cyborgowego Konkubenta (deszcz leje i leje) wsiadam w samochód i jedziemy nad przystań.

_DSC2948

_DSC2954 kopia

_DSC2961 kopia

A potem pod uroczy i niepozornie wyglądający z zewnątrz opuszczony domek, gdzie zdjęcia trzaskam trochę w biegu mokrym fiszajem ;)

_DSC2823 kopia

_DSC2913

_DSC2869

Więcej zdjęć domku: TU.

Tredje dag i Norge / Trzeci dzień w Norwegii część 2 / Sanatorium Harastølen

_DSC6899

Deszcz. Wiatr. Mgła. Dosyć ciężko zazwyczaj o kompilację tych trzech zjawisk w jednym czasie ;)
Sześć kilometrów drogą wciśniętą w strome zbocze. Co kilka metrów ostry zakręt.
Dziury w drodze, więc poczuć się można jak u siebie, w Polsce.
Docieramy. Parkujemy.
Następuje szybkie przegrupowanie, synchronizacja zegarków, kontrola sprzętu i poprawienie opasek na głowach.
Poprawiamy pieczołowicie, gdyż na pięciuset m n.p.m piździ jeszcze mocniej, intensywniej.

_DSC6855

Abstrahując na moment od sanatorium…
Muszę przyznać, że jestem zafascynowany działaniem miejsc opuszczonych o których słyszałem i w którym byłem.
W norweskim regionie Vågsøy (nie mam zielonego pojęcia jak to czytać) stoi latarnia morska.
Stoi opuszczona wiele lat – jest trochę podniszczona, rozklepana, rozciapkana, posunięta przez czas i tak dalej, ale na samym czubku w dalszym ciągu osadzona jest prężnie działająca soczewa, przez którą światło błyska na ocean.
I władzom regionu/komuny/gminy cholernie ciężko burzyć takie cudo (podejrzewam, że w Polsce nikt nie miałby skrupułów).
Zatem władze rzucają hasło „Braaaać!”. Dosłownie… Możesz przyjść, zapłacić symboliczną koronę norweską i stajesz się niejako właścicielem tego morskiego cudu. Warunek? Remont na własną kieszeń … Możesz mieszkać, otworzyć restaurację, galerię, cokolwiek.
Ktoś by się rzucił? Bo ja z pewnością :)

_DSC6768

Ale wróćmy do Harastølen.
Otworzone w ok. 1900 roku początkowo było szpitalem dla chorych na gruźlicę.
Położone wysoko w górach, gdzie klimat podobno sprzyjał wyzdrowieniu chorym.
Z własnym wagonikiem górskim transportującym chorych z miasta, chlewnią gdzie radośnie ogonem merdało pożywienie, a nawet pierwszą w Norwegii turbiną wodną, która płodziła prąd…
Niezależność takiego miejsca pełnego chorych na pewno była w tym czasie bardzo ważna…
Po II Wojnie Światowej sanatorium stało się ośrodkiem dla psychicznie chorych. Mnóstwo samobójstw, jakie popełniali rezydenci skłoniło władze ówczesnego zakładu do zabezpieczenia balustrad schodów grubą siatką pełznącą od piwnicy po ostatnie piętro.
Końcówka lat 80tych sanatorium staje się miejscem, gdzie uchodźcy z Jugosławii i Bośni znajdują schronienie.
Potem długoletnia cisza, przeplatana dźwiękiem wybijanych szyb tego opuszczonego budynku.

_DSC6840

I dopiero pod koniec lat 90tych pojawia się Kristian – po sześciu latach spędzonych w Stanach Zjednoczonych wraca do Norwegii. Przez kilka miesięcy pomieszkuje w jednym z pokoi opuszczonego sanatorium. A potem zostaje takim jakby prawnym opiekunem/właścicielem tego miejsca. Dosyć ciężko postawić miejsce na nogi, ale widać, że chłopak świetnie sobie radzi.
Wita nas nienagannym angielskim. Choć papieros, najwyraźniej na stałe przyklejony do górnej wargi, utrudnia mi trochę rozumienie jego słów. Szybko nas oprowadza mówiąc, których miejsc zdecydowanie unikać – wszak nie chcemy zasilić grona lokalnych samobójców. Na pytanie po co to wszystko robi z rozbrajającą szczerością mówi, że jest wariatem. I, że wiele lat był miłośnikiem miejsc opuszczonych, aż w końcu postanowił osiąść na stałe w jednym z nich. Z sanatorium związany dosyć blisko – zmarła mu tu babcia.

_DSC6673

_DSC6671

_DSC6824

_DSC6803

_DSC6796

_DSC6793

Poniżej na zdjęciu ponad stuletni fotel dentystyczny…

_DSC6670

_DSC2764 kopia

_DSC6814

_DSC6808

_DSC2641

_DSC6724

_DSC6780

_DSC6779

_DSC6776

_DSC6734

_DSC6747

_DSC6731

_DSC6757

_DSC2585

_DSC2592

_DSC2591

Biblioteka ze stołem do gry w pokera :)

_DSC2595

I martwą naturą w słoiczkach…

_DSC6698

_DSC2726

_DSC6733

_DSC6729

_DSC6745

_DSC6721

_DSC6711

_DSC6852

_DSC6875

_DSC6868

Plany na przyszłość związane z sanatorium Harastølen?
Pewni filmowcy zaopiekowali się drugim piętrem i kręcą tam film „Villmark 2” – zwiastun można obejrzeć tu .
Po za tym Kristian w przyszłym roku planuje otworzyć, zamknięte do tej pory, domu stojące wokół głównego budynku. Najpewniej stare siedziby pielęgniarek i wszelkiej maści doktorów urzędujących tu w latach świetności Harastølen. Otworzyć dla takich ludzi jak ja – przyjeżdżasz, masz możliwość przenocowania i łazisz z aparatem po sanatorium tyle godzin ile dusza zapragnie. Nawet w nooocy – bo jest pokój zwany „naked room” gdzie właśnie w nocy straszy najbardziej ;)

Reszta potężnej galerii poniżej.

A na koniec jeszcze w przypływie weny twórczej, fotograficznie samojebkowej…

_DSC2717 kopia

Pozdrawiamy! ;)

Tredje dag i Norge / Trzeci dzień w Norwegii część 1

_DSC6606

Sobotni wieczór z szampanem absolutnie nie przeszkadza przy wczesnym wstawaniu dnia następnego.
Szybka kawa na tarasie spożyta w towarzystwie norweskich wróbli…

_DSC6611

i wybywam na deszczowy spacer po Lustrafjorden.
Lustrafjorden to najbardziej wcięte ramię Sognefjorden. Największy fiord w Norwegii. I trzeci pod tym względem na świecie.
I z takimi widokami, że dech zapiera !!! ;)

_DSC6657

_DSC6622

_DSC6604

_DSC6602

_DSC6603

_DSC6628

_DSC6613

_DSC6615

_DSC6619

_DSC6665

_DSC6624

_DSC6626

_DSC6627

_DSC6631

_DSC6632

_DSC6634

_DSC6637

_DSC6640

_DSC6643

_DSC6644

_DSC6645

_DSC6646

_DSC6647

_DSC6651

_DSC6653

_DSC6662-2

A gdzieś przed godziną dwunastą docieramy w góry, gdzie moje szczęście tego dnia osiąga absolutne apogeum.
Opuszczone sanatorium, w którym buszujemy kilka ładnych godzin…

_DSC6855

Cedron w Wejherowie, opuszczone

_DSC0586 kopia

Rozlewnia wina „Cedron” to prywatna rozlewnia powstała na bazie wejherowskiej firmy „LAS” w 1993 roku. Istniała do 2000 roku.
Dziś rozlewnia to niszczejąca ruina, a co za tym idzie idealne miejsce na poczynienie fotograficznych odwiedzin…
Tym bardziej, że w ostatnim czasie jedynym urbexem jaki czyniłem był urbex wirtualny, któremu towarzyszyły pomruki zachwytu i tęsknoty. Czasu brak, ale staram się ostatnio nadrabiać! ;)

_DSC0367

_DSC0394 kopia

_DSC0397 kopia

_DSC0432 kopia

_DSC0452 kopia

_DSC0455 kopia

_DSC0446 kopia

_DSC0471 kopia

Wioska indiańska, Gdańsk

_DSC5754

Piękne bagna, więc stoję oparty o drzewo lewą stroną ciała i ustawiam ustawienia w aparacie nikonowym. W zasięgu wzroku, tuż nad najbardziej fotogenicznym odcinku bagiennym, stoi Ktoś. Ktoś ma ręce w kieszeni, łysiejącą głowę i pogwizduje piosenki. Nie rozpoznaje twarzy, ale to Ktoś budzący poczucie bezpieczeństwa. Mówi „uważaj, tu są aligatory”. No rzeczywiście są. Leżą leniwie i zauważam je dokładnie wtedy, kiedy zaczynają leźć w moją stronę. Więc w akcie ucieczki biegnę, pasek nikonowy niewygodnie zawinął mi się na szyi. Aligatory też biegną. Wstają i zapierdalajo na tych swoich krzywych nóżkach poszczekując dziwnie i kiedy jeden z nich mnie dogania z całej siły próbuję go kopnąć – w tym momencie budzi mnie ból absolutnie wszystkich palców nożnych, którymi napierdalałem w ścianę przy łóżku :)

_DSC5628

Grzebanie palcami w cudzym życiu. Wioska Indiańska, Gdańsk-Wrzeszcz. Lubię ten stan.

_DSC5856

_DSC5869

_DSC5853

Pałac rodu von Dönhoff, Drogosze

_DSC4085 kopia

Weekend ten należał do dosyć ciężkich.
Po suto podlanym procentami piątkowym wieczorze w towarzystwie rodziny, sobotni ból ćmił się po kątach głowy. Drgnął mocniej w momencie ujrzenia cudu znajdującego się na powyższym zdjęciu (znak na wiejskiej drodze z informacją, że „pałac rodu von Dönhoff” w trakcie rodzinnej wycieczki i spontaniczny skręt w lewo, bo może opuszczone?), apogeum osiągnął, gdy Starsza Pani Pilnująca wpuściła do środka – z radości i niedowierzania ciśnienie mi strasznie skoczyło do góry, więc ból łba był absolutnie masakryczny – ledwo idąc trzaskałem te zdjęcia w biegu i trochę jakby na odpierdol – z tego bólu to nawet specjalnie nie mogłem głowy wyżej zadrzeć, żeby mocniej się rozejrzeć. Kadry jakby też bolesne – ciężko mi się myślało. A w samochodowym schowku takie śliczne opakowanie z tabletkami przeciwbólowymi… :)

_DSC4105 kopia

_DSC4096 kopia

_DSC4093 kopia

_DSC4121 kopia

Mała Moskwa – poradziecki szpital w Legnicy

untitled-7463

untitled-7403

Szpital sowiecki w Legnicy.
Wielki kompleks budynków, kilka oddziałów – od chirurgii, poprzez psychiatrię, ortopedię i inne oddziały…
Długie na pół kilometra korytarze, które sprawiają takie wrażenie jakby nigdy się nie kończyły i w których można się pogubić – coś niesamowitego – dosłownie nie widać ich końca!
Oczywiście mnóstwo sal, pomieszczeń, mieszkań, zakamarków, przejść podziemnych, piwnic.
Jest także ogromny basen pływacki dla niegdysiejszych pacjentów, prawdziwe kino, sklepy, apteka, kuchnia, stołówka, sala konferencyjna, a także kaplica.
Na zapleczu szpitalnej kaplicy znajduje się chłodnia na ciała i prosektorium.
Miejsce niesamowite i w myśl zasady, że obrazy mówią więcej niż słowa nic pisać już nie będę ;)
Z 3GE! Trójmiejską Grupą Eksploracyjną

untitled-7333

untitled-7350

untitled-7415

untitled-7429

untitled-7461

untitled-7486

untitled-7625

untitled-7741

untitled-7766

untitled-7865

untitled-7870

untitled-7886

untitled-7926

untitled-7941

untitled-7977

untitled-7309

untitled-7312

untitled-7320

Pałac hrabiny Marion Dönhoff, Kwitajny

untitled-0770

Taka niespodzianka. Bo…

Nie miałem pojęcia, jadąc na plener zorganizowany przez TSF, że po pierwsze: trafimy w miejsce opuszczone (zaplanowane najwyraźniej ku moim zachwyconym wyłupiaście oczom ;)), a po drugie, że zainteresuje się na tyle samą miejscowością, iż zacznę grzebać w odmętach internetów coby odkryć też tę hrabinę kwitajnowską.
W zasadzie już sam tytuł „hrabina” przywodzi mi na myśl blichtry, bogactwa, różne pochodne układające się w złote zęby i loki na głowie na trzy metry w stronę sufitu.
A tu taki zgrzyt – hrabina Marion – żadnych pięknych sukien, przejażdżek konnych w bogato zdobionym powozie czy spacerów po oranżerii zarejestrowanych w spowolnionym tempie na potrzeby hrabinomiękkiego wizerunku (rodem z baśni, wiecie … że sobie siedzi taka na ślicznym krześle i czytając poezję pięknie wygląda czy jakoś tak) – dziennikarka, pisarka, współwydawca tygodnika Die Zeit i co ciekawe, pomimo niemieckiego pochodzenia, działaczka antyhitlerowska – wyczytałem, że nawet uczestniczyła w nieudanym zamachu na życie Adolfa Hitlera.
Właścicielka Kwitajn – więc zapewne budynków PGR również :)

untitled-0773

untitled-0817

untitled-0811

untitled-0815

untitled-0791

untitled-0790

untitled-0783

untitled-0784

untitled-1038

untitled-0849

untitled-0852

untitled-0853

untitled-0857

untitled-0860

untitled-0868

untitled-0876

untitled-0934

untitled-0940

untitled-0903

untitled-0908

untitled-0911

untitled-0917

untitled-0920

untitled-0881

untitled-0890

untitled-0887

untitled-0889

untitled-0879

untitled-0995

untitled-0996

untitled-1004

untitled-1009

untitled-1013

untitled-1016

untitled-1029

untitled-1036

untitled-1039

untitled-1040

untitled-1045

untitled-1056

untitled-1051

untitled-1054

untitled-1057

untitled-1059

untitled-1074

untitled-1085

untitled-1088

untitled-1090

untitled-1111

untitled-1114

untitled-1120

untitled-0950

untitled-0956

untitled-0957

untitled-0960

untitled-0965

untitled-0970

untitled-0974

untitled-0992

I jeszcze sympatyczny lokales napotkany pod pałacem:

untitled-0806

Być może większość z was zdawała sobie sprawę z istnienia hrabiny Marion Dönhoff – ja jestem strasznym ignorantem jeśli chodzi o historię.
I tłumaczę to tak, że temat wpada mi do głowy i tam zostaje, dopiero wtedy, kiedy mnie zainteresuje.
No straszne, ale co zrobić? Dobrze mi z tym – po za tym człowiek uczy się całe życie ;)

Letni pałac rodziny Hochbergów

untitled-8363

Pałac w Roztoce, dawny majątek rodziny magnatów niemieckich – wyczytałem w Sieci, że swego czasu jedynym bogatszym osobnikiem od nich był tylko sam cesarz.
Pierwotnie na tych ziemiach stały dwa mniejsze dwory zarządzane przez braci Conrada i Christophera von Hochberg.
Pałac na przestrzeni wielu lat przechodził mnóstwo metamorfoz budowlanych – kolejny właściciel hrabia Bolko von Hochberg dosyć intensywnie dbał o rezydencję: do piętrzącej się wieży dobudowano taras widokowy, a wszystkie okna ozdobiono marmurowymi koronami, wnętrze rezydencji zyskało bogato rzeźbione schody, ściany uświetniły malowidła Bigasa, a sufity pozłacane stiuki, robiące tak ogromne wrażenie, że nawet nie sposób o tym napisać, bo trzeba zobaczyć ;)
W środku można znaleźć marmur, szczątki barokowych mebli, leniwie zwisające z wysokich suftiów weneckie żyrandole.
Taki zupełnie baśniowy klimat – brak tylko jakiejś damy w bogato zdobionej sukni, przechadzającej się po pokojach z filiżanką popołudniowej herbaty w chińskiej porcelanie (bo z takowej podobno w czasach świetności tej rodziny pijało się popołudniowe herbaty.)
Istnieje kilka plotkolegend dotyczących tego miejsca.
Jedna z nich mówi o mezaliansie – że niby KtóryśTam von Hochberg zakochał się w pokojówce i z racji niemożności zaślubin oboje popełnili samobójstwo – ich ciała podobno pochowano w ogrodzie, w miejscu gdzie górka ziemi co roku pokrywa się pięknymi kwiatami.
Inna plotka głosi, że na terenie okalającym pałac zakopano wannę złota – ludzie zjeżdżali z całej Polski i rzucali się w wir poszukiwań ;)
Na poszukiwania tego złota czasu nie mieliśmy – za to udało się zwiedzić prawie wszystkie piętra tej dolnośląskiej perły :)

untitled-8203

untitled-8205

untitled-8295

untitled-8304

untitled-8309

untitled-8311

untitled-8411

untitled-8345

untitled-8354 copy

untitled-8388

untitled-8395

untitled-8392

untitled-8160

untitled-8164

untitled-8165

untitled-8169

untitled-8182

untitled-8184

untitled-8186

untitled-8189

untitled-8192

untitled-8193

untitled-8194

untitled-8236

untitled-8238

untitled-8234

untitled-8226

untitled-8231

untitled-8207

untitled-8276

untitled-8275

untitled-8274

untitled-8196

untitled-8199

untitled-8200

untitled-8213

untitled-8224

untitled-8267

untitled-8201

untitled-8257

untitled-8278

untitled-8260

W stronę Dolnego Śląska…

untitled-7276

Zdecydowanie zdjęcie powyżej nie jest moim najlepszym – ale co zrobić? Jestem na nogach od 3 w nocy, nieogolony i z tego co pamiętam już intensywnie śmierdzę, z racji gorączkowej pogody tego dnia. Po za tym samo miejsce zobowiązywało do dziwności – w natężeniu większym niż zazwyczaj.
Dwa tygodnie temu ruszyliśmy w czwórkę na Dolny Śląsk – po drodze zahaczając o psychiatryk w Owińskach.
Ciężko mi teraz wstrzelić się w klimat jaki wtedy nam towarzyszył – było duszno, gorąco, cicho…

untitled-7196

untitled-7242

untitled-6934

untitled-6881

untitled-6882

untitled-6906

untitled-7133

untitled-7176

O psychiatryku ciocia Wikipedia mówi:

Pierwszym dyrektorem zakładu był Friedrich Wilhelm Christian Beschorner, a kolejnym Karl Wilhelm Werner. Do 1920 zakład w Owińskach był jedynym publicznym zakładem dla całej Prowincji Poznańskiej i jednym z najlepiej urządzonych w Niemczech. Rozbudowę obiektu w 1880 roku nadzorował Heinrich Laehr. Według stanu na 1911 rok dysponował 750 łóżkami. Pierwszym dyrektorem po 1920 roku był Stanisław Górny (1886–1934), a po nim nastał Marcin Zieliński. Pod koniec lat 30. planowano zreorganizować zakład i przekształcić go z detencyjnego w ośrodek o charakterze naukowo-leczniczym. Miał też być zapleczem Polskiego Instytutu Badań Dziedziczności. Po wybuchu II wojny światowej, pacjenci szpitala (1100 chorych) zostali zamordowani w ramach akcji T4 (wątek ten porusza Jakub Małecki w powieści Przemytnik cudu). Od 1943 do stycznia 1945 na terenie zakładu znajdował się Arbeitslager Treskau. Podczas działań wojennych część kompleksu została zniszczona.

Ja mówię, że moja Wyobraźnia szaleje po kątach … Widzę te wszystkie eksperymenty na pacjentach czynione przez szalonych, niemieckich doktorów. Skutki uboczne lobotomii są fascynujące – brak ciągłości własnego „ja” – pacjent nie jest świadomy jednego „ja”, codziennie może być kimś innym. No, ale to tylko moja Wyobraźnia, która zazwyczaj działa na pełnych obrotach w takich miejscach ;)
Miejsce fascynujące, zdecydowanie polecam odwiedzić – ot, chociażby żeby zakupić pamiątkową koszulkę z pierwszego zdjęcia ;)
Zdarzyło się też włóczęgostwo bezeksploracyjne :)

untitled-8038 copy

untitled-8025 copy

untitled-8020 copy

untitled-8048 copy

untitled-8112 copy

A za chwilę zaproszę do pałacu w Roztoce!

untitled-8368 copy

Kozubnik deszczowy…

untitled-2851

untitled-2566

untitled-3042

Powrót do przeszłości – nie tak dalekiej.
Folder „Majówka 2014” ponownie został otworzony – tym razem zdjęcia z Zespołu Domów Wypoczynkowo-Szkoleniowych w Porąbce-Kozubniku, który odwiedziliśmy przy okazji eksploracji Górnego Śląska (nie mylić z dolnym, który niebawem).
Szczerze? To widok wciśniętych w zbocze, porośnięte drzewami, budynków Kozubnika robi tak niesamowite wrażenie, że można by usiąść i rozkoszować oczy wszystkim co tam obecne. Tym bardziej, że trafiliśmy tam w deszczowy, ponury dzień – nad wierzchołkami drzew iście niesamowicie fotogeniczna mgła!!!
Jeśli chodzi o wnętrze – stan dosyć opłakany, w którymś z budynków na ścianach jeszcze welurowe tapety, trochę mebli i kilka drobiazgów pamiętających lata świetności tego ośrodka. Multum ozdobników ścianowych pod postacią graffiti. Absolutnie piękne miejsce!

untitled-3168

untitled-2682

untitled-2745

untitled-3062

untitled-3047

untitled-3015

untitled-3157

.

Dzieje się ! DAG w puszczy bydgoskiej

DSC05137

Albo i działo się, na chwilę przestało i teraz zaczęło znowu.
W amoku przygotowań do obrony uczelniano-szkolnego portfolio – czytaj zrobieniu pudła na zdjęcia (a kurwamaćjapierdolizmu z tym od dolin po wyżyny), batalii z drukarnią o błędy techniczne wydruków i inne pochodne, które w chwili obecnej wywołują już tylko uśmiech na twarzy – foldery z zaległymi zdjęciami tak jakoś pozakurzałysię, obrosły pajęczyną i w ogóle mrok, ciemność i wszędzie nietoperze. Ale tyle na łbie było ostatnio – w sumie to dziwię się, że po stresie związanymi ze wszystkim co wokół (a słynę z przejmowania się nawet błahostkami) jeszcze jakoś łeb prosto trzymam, że szyja się wzięła i nie ugięła pod wpływem.
Ale koniec. Albo właśnie początek. Zobaczy się.
Póki co – otwieram, leżący nieruchomo od świąt wielkanocnych, folder o nazwie DAG i wywalam na światło dzienne kawałek Bydgoszczy ukrytej w puszczy bydgoskiej. DAG Fabrik Bromberg – to największa pod względem powierzchni fabryka zbrojeniowa koncernu Dynamit Nobel AG w hitlerowskich Niemczech, istniejąca w latach 1939–1945. Po resztę informacji odsyłam w przepastne internety.
Jeśli chodzi o DAG i samą Bydgoszcz – nie obyło się bez małych przygód i drobnych nieprzyjemności.
Do samego DAG’u zawiozła nas nieznajoma niewiasta, która zgarnęła nas na dworcu i wyrzuciła w środku lasu, gdzie jak się okazało po DAG’u się oprowadza! Nie ma opcji samotnej wędrówki, wcześniej trzeba zadzwonić i umówić się z Panem, który coś tam opowiada. A, że wcześniej nikt z nas nie zadzwonił próbowano nas odesłać z kwitkiem. Na szczęście byliśmy uparci – i w las pełen opuszczoności wszelakiej wleźliśmy sami :)

untitled-9188

untitled-9239

untitled-9276

untitled-9304

untitled-9359

untitled-9434

untitled-9459

untitled-9662

W zajawce wypełzania z zaległości – następnym razem będzie wariat, czerwone rajstopy, koło i rura…

untitled-4551 copy

…że już nawet nie wspomnę o zaległym, majówkowym Kozubniku i klimatach dolnośląskich z ostatniego weekendu!

untitled-8368 copy

Huta „jedność”, Siemianowice Śląskie

untitled-1935

untitled-2264

untitled-2181

Zabieganie z zalataniem, poplątane z poplątaniem i kurwamaćjapierdolizm uroczysty, panika i stres.
Za dużo kortyzolu i pokrewnych.
Za mało czasu, chęci i czasu znów. Ale wychodzę z „Jedności”, jeszcze majówkowej.
Enyoj!

Gdzie są kurwy?

untitled-1541 copy copy

Majówka. Wpis drugi.

Idziesz.
Taki wyłączony trochę, beztrosko mrużąc oczy do słońca, przedzierającego się przez soczystą zieleń drzew.
Wypinając brzuch do wiatru, ręce chowając w kieszeni i nie myśląc o, zbliżającym się nieuchronnie, powrocie do rzeczywistości (czyt. koniec śląskomajówkowego biesiadowania).
I nagle bum. Albo jeb! Albo jedno i drugie. To tak jakbyś z zimnej zewnętrzności wchodził do ciepłego środka czegokolwiek – jest takie uderzenie gorąca, które w tym wypadku jest symbolem mojej zwyrolskiej WszechWyobraźni. Najpierw jest budynek rozrządowni czy czegoś – to w tej chwili nie ma absolutnie znaczenia, bo moim oczom ukazuje się zbiornik wodny… Nie byle jaki zbiornik. Basen pełen męskości, miłości, martwych chłopców i martwych dziewczynek, pełen euforii. To z tego basenu wieki temu wyłoniła się, ociekając złociście lśniąco zajebistością, Pramatka wszystkich galerianek, zwana też PraGalerianą i do swych cór wściekłych wykrzyczała władczo (wcześniej wypluwając je z ust, bo nigdy nie połykała) „Idźcie moje córy wściekłe! Idźcie w świat i obciągajcie w imię Miłości!!”. Namaszczając każdą z wielkim pietyzmem, klejącą się do skóry, świętą wodą i na drogę jeszcze w plastikowobłękitne buteleczki wodę świętą nalewała, żeby córy, podczas wędrówki pełnej niebezpieczeństw, piły i obciągały bez końca. W imię Miłości…
No dobra, WszechWyobraźnia poniosła mnie po prostu na wyżyny, ale co ja poradzę?
Zwyrol piotrograficzny nad basenem pełnym prezerwatyw – no to wizja sama się wepchnęła ;) I jeszcze! W wodzie pełno żab … Wyobrażacie sobie? Wszystkie żaby w ludzkiej ciąży i nie wiadomo kto jest ojcem…
Podczas wizualizacji tego, co dzieje się w mojej głowie proponuję rzucić okiem na kilka zdjęć ;)
Katowice. Muchowiec. Stacja nierządu, tfu … rozrządu ;)

Dawniej była to prężnie działająca stacja rozrządowa, posiadająca dwie grupy torów przyjazdowych i jedną grupę torów kierunkowo-odjazdowych. Działała też druga, pomocnicza górka rozrządowa, zaś od strony zachodniej mieściły się lokomotywownia oraz wagonownia

untitled-1549

untitled-1551

untitled-1928

untitled-1923

untitled-1925

untitled-1604

untitled-1568

untitled-1545

1

untitled-1554

untitled-1560

untitled-1564

untitled-1575

untitled-1573

untitled-1595

untitled-1639

untitled-1610

untitled-1611

untitled-1613

untitled-1632

untitled-1630

untitled-1626

untitled-1910

untitled-1631

untitled-1644

untitled-1664

untitled-1656

untitled-1652

untitled-1649

untitled-1692

untitled-1671

untitled-1659

untitled-1658

untitled-1676

untitled-1681

untitled-1694

untitled-1688

untitled-1704

untitled-1706

untitled-1716

untitled-1728

untitled-1730

untitled-1756

untitled-1758

untitled-1776

untitled-1781

untitled-1783

untitled-1846

untitled-1897

untitled-1834

45

46

47

48

untitled-1785

untitled-1874

untitled-1787

untitled-1818

untitled-1805

untitled-1808

untitled-1813

untitled-1821

untitled-1904

untitled-1893

I kiedy już z buziami pełnymi uśmiechu, kartami pamięci pełnymi zdjęć, głodni i spragnieni (z basenu pić nikt nie chciał) kierujemy się, powłócząc nogami, w kierunku wyjścia – przed oczętami rozgrywa się kolejna scenka.
Oto pojawia się przedstawicielka starożytnego rodu PraGaleriany. Krążą legendy, że gdy nastał czas rewolucji zbuntowane galeriany przestały obciągać już tylko w imię Miłości, udusiły PraGalerianę wpychając jej do przełyku prawie wszystkie nylony basenowe pełne lepkiej miłości i nastał czas obciągania w imię dóbr materialnych, osobistych, pieniężnopieniężnych i innych. Tak więc przedstawicielka starożytnego rodu jest po ewolucji – to ssak leśny, dar przyleśny, przydrożny słonecznik, stacjonarna światłość wiekuista – jedzie upchnięta na przednim siedzeniu białego powozu, z wysoko podniesioną głową (w ten sposób sugerując swoje pragalerianowe korzenie) i lewą rękę ma pełną miłości, za którą potem dostanie środki płatnicze, które z kolei będzie mogła wymienić między innymi na produkty, skrzętnie kolekcjonowane w tym historycznym basenie.

Uśmiechamy się. Czytała Krystyna Czubówna.

No gdzie wy jesteście?

untitled-1263

No właśnie gdzie?
Trójmiejska Grupa Eksploracyjna poszalała w tegoroczną, minioną już, majówkę.
Część odpoczywała po mazursku, wyeksplorowawszy przy okazji opuszczony tartak. Inni zostali na pomorzu i eksplorowali tuż za miedzą.
Nasza czwórka zapakowała się do zielonego Jeepa grupowego kolegi i ruszyła podbijać silesię, gdzie mieszkałem lat trzynaście.
Więc jesteśmy w Krainie Absolutnie Szczęśliwego Dzieciństwa.
Gdzie zimą, wracając po lekcjach, specjalnie brodziłem po kolana w śniegu, bo wtedy Szanowna Mama Prywatnie-Osobista robiła taką zajebistą, malinową herbatę na rozgrzanie. Gdzie w naiwności poznawania rzeczy zakazanych (czyt. zapałkiiiii) i chęci zrobienia pierwszego w życiu ogniska, spaliłem drzewo w pobliskim parku i też prawie pół rzeczonego parku. Gdzie z blond pyskatą koleżanką (pozdrawiam :*) spotykałem się nad magicznym źródełkiem i pisaliśmy swoje pierwsze „książki”, które oczywiście musiały być opatrzone ilustracjami własnej roboty ;) Gdzie długie, szkolne przerwy zaczynało się pędem do przyszkolnego placu zabaw, żeby zjechać parę razu z pseudowyciągu z oponą imitującą siedzenie. Gdzie w niezrozumieniu pojęcia „kot zawsze spada na cztery łapy” wyrzucałem te biedne zwierzątka z okna pięciopiętrowej kamienicy, żeby sprawdzić (żadne zwierzęcie nie ucierpiało ;))

Eh … tego tyle jest i tak bardzo ryj mi się uśmiecha na samo wspomnienie…
No więc Zabrze, dzielnica Mikulczyce, województwo śląskie, kraina dzieciństwa – najpiękniejszego okresu w moim życiu, tak myślę :)
Nie muszę chyba mówić, jak bardzo cały środek mój piszczał na widok tych miejsc? ;)

untitled-1210

untitled-1211

untitled-1212

untitled-1214

untitled-1252

untitled-1258

untitled-1215

untitled-1216

untitled-1219

untitled-1220

untitled-1224

untitled-1245

untitled-1247

untitled-1248

untitled-1251

untitled-1275

untitled-1264

untitled-1267

untitled-1271

untitled-1272

untitled-1273

untitled-1290

untitled-1285

untitled-1284

untitled-1283

untitled-1282

untitled-1279

untitled-1344

untitled-1346

untitled-1354

untitled-1351

untitled-1341

Hałdy mikulczyckie pamiętam jako porośnięte trawą i inną faunoflorową warstwą. Na grzyby tam się kiedyś chodziło. I nawet, jakby dobrze spojrzeniem zarzucić, to w oddali majaczyły sylwetki bliżej nieokreślonych gór. W chwili obecnej hałdę likwidują/rozbierają. Pozostał tylko zapach siarki (?) – zdecydowanie nieodłączony element mojego dzieciństwa – więc stałem tak sobie i chłonąłem całym sobą ten zapach, ba, mógłbym nawet do słoika pozbierać trochę i ćpuńsko wąchać po kątach ;) ale w oddali dało się dojrzeć, czarno ubranego, Pana Pilnującego z towarzyszką usadowioną na plastikowym krześle, która, najwyraźniej po uświadomieniu sobie, że przecież możemy być z jakiś gazety (wyczytałem, że jest jakaś afera pomiędzy firmą likwidującą, a mieszkańcami) skrzętnie skrywała twarz za dłonią (jakbym rzeczywiście szerokim kątem był w stanie sfotografować jej facjatę ;P). Zapewne pilnowali maszyn burzącolikwidujących, bo hałdy raczej nikt nie ukradnie ;)

untitled-1336

untitled-1301

untitled-1317

To był dzień pierwszy.
Po sześciu godzinach podróży i moim sentymentalnym szlajańsku po starej dzielnicy padaliśmy na twarzoczaszki sposobem wręcz nieprzyzwoitym – trzeba było wracać do naszego katowickiego hostelu. Swoją drogą trochę współczuję swoim współpodróżnikom – bo prawie spazmów dostawałem na widok znajomych przestrzeni i oni biedni musieli słuchać trajkotania pt. „A tutaj to, tutaj tamto, tu robiłem to, blablaba” ;)
Jeszcze się trafił szybki, nocny spacer fotograficzny po Katowicach …

untitled-2554

untitled-2413

untitled-2432

untitled-2501

untitled-2474

untitled-2521

untitled-2508

untitled-2548

untitled-2391

W drugim dniu majówki przyszedł wreszcie czas na obowiązki ;)
Pod katowicką kopalnią węgla kamiennego „Kleofas” docieramy bardzo modnie spóźnieni. Ktoś zaszalał na stronie o opuszczonych miejscach pisząc, że miejsce nadal aktywne – tak naprawdę to już praktycznie nie istnieje. Został szkielet szybu, jakiegoś łącznika między budynkami, budynek biurowy i tony gruzu wokół. I dziadkowie pilnujący, których szumnie ktoś, gdzieś nazwał specjalistycznie uzbrojoną formacją ochronną – ten z wąsem, uzbrojony w specjalistycznego owczarka niemieckiego ;), najodważniejszy chyba, na nasze głośne „dzień dobry” wymamrotał dwa razy „opuścić teren, opuścić teren…”. No więc opuszczamy niespiesznie, spacerkiem uskuteczniając nasze nieporozumienie w oczach, że „jakim cudem my tu trafiliśmy?” i, że „którędy to się wychodziło?”, żeby pod czujnym okiem Najgrubszego Pilnującego (który okiem patrzył z daleka) złapać jeszcze parę kadrów.

untitled-1385

untitled-1387

untitled-1392

untitled-1397

untitled-1406

untitled-1421

untitled-1429

untitled-1439

untitled-1449

untitled-1455

untitled-1456

untitled-1459

untitled-1461

untitled-1472

untitled-1484

Nie da się ukryć, że pogoda dopisała niesamowicie.
Jak i rozmachoprzepych (kocham te swoje dziwactwa „nowomowowe”) miejsc, które jeszcze odwiedziliśmy, a o których następnym razem.
I na koniec jeszcze piotrograficzny Piotrowski, ustrzelony przez kornatkowiczankę

DSC_0698

DSC_0790

Jeden dzień w Toruniu …

untitled-9863 copy

Kupiliśmy bilety podróżnika na pociągi TLK za absolutne grosze, żeby przed Wielkanocą poszaleć.
I po Wielkanocy też.
Wielka sobota w Bydgoszczy, lany poniedziałek w Toruniu.
Przedstawiam Toruń.

untitled-9681

untitled-9837 copy

untitled-9839 copy

I tyle toruniowego Torunia – mały spacer starówką, placek węgierski u Jadwigi i plackiem leżenie nad Wisłą. Piwo. Trochę meneli, jak w każdym mieście. Nawet nie było gdzie pierników kupić ;)
Potem w autobus i na kraniec miasta zwiedzić cudo co poniżej.
Ah … te opuszczone :D

untitled-9683