Projekt 365 – podsumowanie szóstego tygodnia

Tydzień szósty.

Oblepiony z każdej strony ostrym zapaleniem górnych dróg oddechowych, który w tajemniczych okolicznościach atakuje oskrzela. I ja osobiście bardzo nie lubię, ale tak zostałem polubiony, że paskudztwo nie chce zniknąć.

Ale bronię się rękami, nogami i antybiotykiem.

 

Zdjęcie 36. „Kilka sztuk!”

Sopot. Poddasze. Wieczór z niedosytem, bo w połowie trzeba wyjść. Ale dobrze klei się masę solną wymieszaną z papierem, żeby porobić coś innego, niż tylko pić alkohole wysokoprocentowe.

 

Zdjęcie 37. „Czego się lampisz?”

Lampa ze sklejki, patrzyła w kącie przy okazji odwiedzin jakiegoś opuszczonego miejsca. Dałem drugie życie, jak widać bardzo fotogeniczne.

 

Zdjęcie 38. 

Już tak jest, że jak się nad tym morzem mieszka to za rzadko się nad nim bywa. I tak jest ze mną. Ale poszlajane – czasami musi być poszlajane, żeby głowę odpowiednio wywietrzyć.

 

Zdjęcie 39.

Na tym zdjęciu pogodziłem się z blendą.

 

Zdjęcie 40. „Torcik wedlowski”

„Zróbmy na te urodziny taki mały uroczy torcik przekładany kremem. Wiesz… taki równiutki, elegancki i pyszny…” Ale kilka butelek wina później:

 

Zdjęcie 41. „Mieszała z mopem”

Piękne podwórko na tyłach sopockiej kamienicy. Bardzo lubię takie podwórka, bo kojarzą mi się z dzieciństwem spędzonym na Górnym Śląsku. Tylko śmiechu się wtedy odbijało w tych betonowych ścianach…

 

Zdjęcie 42. Bez tytułu.

Krzywa cisza między maską, a twarzą…

Projekt 365 – podsumowanie piątego tygodnia

Zdjęcie 29. „Łysy” Autoportret.

Początek kolejnego tygodnia projektu 365 zdjęć zaczynam w środę. W połowie tygodnia z samego rana witam kurwamaćjapierdolizm uroczysty szeroko rozsiany po całym mieszkaniu i łypiący na mnie mrużąco z każdej zakurzonej szafki swoimi rozszerzonymi źrenicami. Ale wiesz… kawa w przepastnym wiaderku zazwyczaj stawia na nogi bardzo szybko jednocześnie przestawiając tryb myślenia na bardziej spokojny i leniwy… człowiek wtedy wśród celebracji tej aromatycznej chwili smuży się między własnymi myślami chwytając tylko te, które rzeczywiście przynoszą trochę przyjemności.

Zdjęcie 30. „Gdynia”.

Zdjęcie 31. „Trasa Kaszubska” Gdynia

Zdjęcie 32. „Mama”

Zdjęcie 33.

Zdjęcie 34.

Zdjęcie 35. „Czesław zaniepokojony o poranku”

Styczeń w migawkach

Mija miesiąc odkąd rozpocząłem projekt 365 zdjęć. Od pierwszego stycznia aparat na powrót wrócił do codziennych łask stając się dodatkowym narzędziem do patrzenia na otaczający mnie świat – i łapię się na tym, że to kapitalne uczucie posiadać dodatkowy organ do uzewnętrznienia cyfrowym sposobem swojego wszystkiego.  Nawet jeśli owy organ postanowił się chwilowo rozkalibrować i czasami ostrzy gdzie popadnie – ale zapas tych organów jak się okazało mam całkiem spory, więc dajemy radę! I jakby to powiedzieć… Oczywistym jest, że zapisów codzienności w danym dniu powstawało zdecydowanie więcej, ale ze względów na ideę projektu upubliczniane było tylko jedno zdjęcie. Czekałem na okazję, żeby wywalić resztę na światło dzienne… No i proszę! Koniec pierwszego miesiąca wydaje się być momentem idealnym…

Projekt 365 zdjęć – podsumowanie czwartego tygodnia

4 rano. Chłód. Mam myśl, że o tej porze jakby wszystko przestaje mieć znaczenie. Panuje chaos i mocno rozciąga się cieniem na chodniku, który zdaje się uciekać za każdym razem jak spojrzę w jego stronę.  Cień, nie chodnik. Jest Lewo szeroko rozrysowane w każdym splocie włosów mijanych kobiet chowające się przed spojrzeniem zupełnie jak ten cień mój. Krzywo zawiązane buty, czapka upleciona wszystkimi troskami  prawie zakrywa oczy, schowane dłonie w kieszeni palcami kreślą niezrozumiałe kształty wciskając się w granatową poszewkę. To był dziwny tydzień, z bliżej nieokreślonym wyrzutem siedzącym, a jakże, po lewej stronie klatki piersiowej i drążącym całą tą niezrozumiałość świata. Dokładnie tą samą, która pojawia się tuż przed zaśnięciem otulona bladoniebieską kołdrą. Sączyć się, gnieść, być i palić wszystkie papierosy świata. Spust migawki wyzwala większą ckliwość niż mogłoby się wydawać… Czułość matrycy ustawiona na wysokie parametry przekłada się na czułość wewnętrzną, którą śmiało można by też nazwać empatią dla tych nieempatycznych. Słowo siedzi na ramieniu i muska policzek. Potem wciska swoje małe palce i drażni napiętą skórę. 4 rano. Chłód.Mam myśl, że o tej porze jakby wszystko przestaje mieć znaczenie…

 

Zdjęcie 22. „Portret Joanny z prawie gotowymi naleśnikami”

Zdjęcie 23. „Portret Julii Kazimiery”

Zdjęcie 24. „Księżniczka Znudzona”

Zdjęcie 25. „Konstelacje”

Zdjęcie 26. „Małgorzata z Globicą”

Zdjęcie 27. „Spotkanie na szczycie”

Zdjęcie 28. „Popukane. Portret Mikołaja”

PROJEKT 365 ZDJĘĆ – PODSUMOWANIE TRZECIEGO TYGODNIA

Tydzień trzeci. Obfitujący w niewymuszone kadry leniwie kładące się na pryzmat pentagonalny w moim aparacie.

 

Zdjęcie piętnaste.”Z lustra vis-a-vis w oczy patrzy mi Twarz, że w mordę dać”

W ciasnej łazience siedzę na pralce. W lewy bark wciska się drewniana półeczka, nieumiejętnie zawieszona kilkanaście lat temu. Co prawda różowe kafle pomalowałem jakiś czas temu ponadczasową szarością, ale pomimo tego w powietrzu i tak czuć jakąś bliżej nieokreśloną wnętrzarską spuściznę lat osiemdziesiątych wychylającą nieśmiało łeb z dziur w fugach.  Powietrze jest ciężkie… jakby gryzące i duszne… Ściana o którą opieram plecy – chłodna… W którymś momencie łapię się na tym, że w tej łazience przecież już teraz jestem gościem. Że tak naprawdę do mieszkania, które do niedawna zajmowałem kilka ładnych lat jako jedyny lokator, wpadłem tylko na herbatę z miodem. Dziwne to było odkrycie, absurdalne. W tym momencie Michał wstawia łeb w okienko od wewnątrz, morda kapitalnie współgra w fakturą ozdobnej szyby, a ja po prostu muszę zrobić zdjęcie.

 

Zdjęcie szesnaste. „Czesław odkrywa kaczki”

Mam las. Nowy. I w tym nowym lesie mam staw. I kaczki. I mam Czesława, którego trzeba czasem wybiegać. Więc ja stoję nad brzegiem stawu, palę te swoje mocne papierosy, do których wróciłem parę ładnych miesięcy temu i patrzę jak Czesław próbuje nawiązać niezobowiązującą konwersację z niewzruszonymi kaczkami. I tutaj tego dnia sprawdza się zasada, że najlepszy aparat to ten, który masz akurat przy sobie. Zdjęcie popełnione telefonem.

 

Zdjęcie siedemnaste. „Ogórki na mizerię”

Jakże ja kocham odkrywać ludzi przed obiektywem! Jowita należy do takich niepozornych cudów, które w pewnym momencie stają się inspiracją w trybie ciągłym. Ja czuję, że my jeszcze ustrzelimy kilka mrocznych kadrów z potencjałem tej dziewczyny. No i na drugim planie ogórki, które po przeleżeniu kilku miesięcy w piwnicy w tajemniczych okolicznościach rozpłynęły się barwiąc wodą na kolor intensywnie zielony. Ale ogórków fotografować już nie będę. Chyba… ;)

 

Zdjęcie osiemnaste. „Piwo”

Fascynacja długim czasem naświetlania ostatni raz miała miejsce w ’74, kiedy to w bliżej nieokreślonym markecie ze sprzętem rtv zostawiłem kilka pierwszych wypłat i kupiłem Nikona d40. Częste wówczas przepinanie obiektywów w nie za fajnych warunkach szybko ostudziło mój zapał do fotografii tego typu – syfy, tłuszcze i plamy na matrycy skutecznie popsuły przyjemność robienia zdjęć ze statywu.

 

Zdjęcie dziewiętnaste. „Portret Gosi, malarki”

I chyba najfajniej fotografię traktować spontanicznie – czego przykładem może być poniższy portret Gosi.

 

Zdjęcie dwudzieste. „Trup świąteczny”

Poniedziałek. Interpretacja dowolna.

 

Zdjęcie dwudzieste pierwsze.

Trzeci tydzień kończę chorobowym zdychaniem wsadzony w ciepłe skarpetki. Bardzo nie lubię tego stanu – dopiero wtedy człowiek docenia jak fajnie jest wziąć głęboki wdech bez wypluwania płuc i kawałków oskrzeli.

PROJEKT 365 ZDJĘĆ – PODSUMOWANIE DRUGIEGO TYGODNIA

Kolejny tydzień projektu za mną. Żałuję trochę, że światło tak szybko znika o tej porze roku, ale oboje dajemy jakoś radę. Ja i mój aparat! ;)

Zdjęcie ósme. „Co ma być?”

Pół litra wódki. Zawsze najprzyjemniej kupuje się pół litra wódki, koniecznie na sobotę, żeby sposobem pani Beni ładnie posiedzieć przy drinku i popitolić o troskach dnia codziennego. Nawet jeśli zastane towarzystwo w którymś momencie woli te troski topić z  kieliszka, niż mieszać z napojami w ozdobnej szklance mieszczącej się w podświetlanej witrynce. Na zdjęciu Angelika, bardzo mi bliska. Nowy tydzień rozpoczynam czarnobiałym zdjęciem.

Zdjęcie dziewiąte.  „Oranżowa stopa podczas sprzątania”

Lubicie sprzątać? Ja swoje rozenkowo-małgorzatowe zapędy dzielę na dwa stany. Pierwszy stan to ten, w którym zawsze znajdę ważniejsze rzeczy od sprzątania.  To znaczy zdjęcia do podciągnięcia w programach graficznych, druga kawa, nadrabianie zaległości w netflixowych serialach i inne niezwykle ważne i niecierpiące zwłoki rzeczy. Drugi stan to ten, w którym powinienem mieć na drugie imię Rozenek… albo chociaż Małgorzata. Nagle sam zamieniam się w białą rękawiczkę i sprawdzam po sobie czy rzeczywiście tutaj było posprzątane. Drugi stan występuje rzadziej, niż ten pierwszy, ale jak już się trafi to drżyjcie roztocza… A, że tego dnia Domowe Melodie sączyły z głośników historię Zbyszka, to nie mogło być inaczej jak z oranżową stopą.

 

Zdjęcie dziesiąte. „Portret Oli z okiem”

Otwieram drzwi. Dzień Dobru Olu… kawa, herbata, zdjęcie?

 

Zdjęcie jedenaste. „Portret Ewy Świecącej, ale znudzonej życiem”

Otwieram drzwi. Dzień Dobru Ewa… kawa, herbata, zdjęcie?

Choinka ledwo przetrwała sylwestra i w krótko po tym pięknym wieczorze wylądowała na cmentarzu innych choinek. Ale, że nie zdążyłem schować wszystkich choinkowych świecidełek to pomiędzy kolejnymi łykami kawy powstała fotografia z Ewą. Światło kuchenne zastane, odrobinę modyfikowane prawą ręką.

 

Zdjęcie dwunaste. „Portret Wioli Intelektualnej”

Otwieram drzwi. Dzień Dobru Wiolu… kawa, herbata, zdjęcie?

 

Zdjęcie trzynaste. „Martwa”

To jakby rosnąca w głowie chęć szerszego powrotu do martwych natur. I póki co ma raptem kilka centymetrów, ale pnie się w górę za każdym razem gdy radośnie zaglądam do domowego śmietnika w poszukiwaniu inspiracji… ;)

Zdjęcie czternaste.  „Apartament z widokiem”

Tydzień projektu kończę czarnobiałą fotografią ze swojej nowej dzielnicy. Absurdalnym pasem zieleni  między blokami, gdzie ktoś postawił owe cudo mieszkaniowe i czasami spaceruje między źdźbłami zmarzniętej trawy rozmyślając zapewne o tym, w którym pokoju postawić telewizor.  Albo kanapę.

 

Projekt 365. Ale, że co?

Można zamknąć się w najzwyklejszym cyfrowym rejestrowaniu codzienności, można poszaleć inscenizacyjnie układając skorupki jajek do zdjęcia prawie pod linijkę… Można wszystko. Jedyna zasada w całej zabawie projektem to to, że trzeba codziennie zrobić jedno zdjęcie- i kompletnie nie wiem czy wytrwam kolejne ponad 300 dni, które mi zostały, ale póki co sprawia mi to dużo przyjemności. Z fotograficzną systematycznością ostatnio mi nie po drodze – wydawało mi się, że ferwor życia codziennego, brak czasu i chroniczne zmęczenie to przyczyna wyżej wymienionego stanu. I miałem rację! Wydawało mi się! Coraz częściej łapię się na tym, że wystarczy tylko i wyłącznie mieć aparat zawsze przy sobie – a to naprawdę jest do zrobienia bez większego wysiłku.

Projekt 365 zdjęć – podsumowanie pierwszego tygodnia

Projekt 365. Ale, że co?

Można zamknąć się w najzwyklejszym cyfrowym rejestrowaniu codzienności, można poszaleć inscenizacyjnie układając skorupki jajek do zdjęcia prawie pod linijkę… Można wszystko. Jedyna zasada w całej zabawie projektem to to, że trzeba codziennie zrobić jedno zdjęcie- i kompletnie nie wiem czy wytrwam kolejne ponad 300 dni, które mi zostały, ale póki co sprawia mi to dużo przyjemności. Z fotograficzną systematycznością ostatnio mi nie po drodze – wydawało mi się, że ferwor życia codziennego, brak czasu i chroniczne zmęczenie to przyczyna wyżej wymienionego stanu. I miałem rację! Wydawało mi się! Coraz częściej łapię się na tym, że wystarczy tylko i wyłącznie mieć aparat zawsze przy sobie – a to naprawdę jest do zrobienia bez większego wysiłku.

Zdjęcie pierwsze.

Cóż to była za noc! Sylwestra w tym roku wyjątkowo nie przesypiam. Mało tego! Przywdziewam kwiecistą kieckę, perukę rodem z filmu o Marysi (co kilogramy cukru białym, rowerowym składakiem woziła), rajstopy i przy Maryli Rodowicz nakurwiam piruety podczas których cycki wypadają mi z dekoltu, pękając i zalewając mieszkanie wodą. Bo cycki zmontowane arcyprostym, ale ryzykownym sposobem – woda w prezerwatywie, ot co!

Samo hasło, że „impreza przebierana” zawsze rodziła u mnie szeroki uśmiech i choć patrząc na cyferki w dowodzie osobistym może i wypadałoby bawić się w koszuli i spodniach na kant, to jednak w głowie jakoś wygodniej te cycki zmywać z podłogi mopem i potem wspominać przez najbliższe kilka miesięcy jedną ze wspanialszych imprez w gronie najbliższych przyjaciół. Zdjęcie powstaje rano, pierwszy styczeń… Oczy poklejone krzywo zmytym tuszem do rzęs (żadna koleżanka nie wspomniała, że mydłem oczu lepiej nie szorować), ale łapa sama wędruje po aparat i cykamy rzeczywistość zastaną w łazience. W porwanych rajstopach oczywiście, bo gdy by je tam ściągał do spania… ;)

Zdjęcie drugie.

Czesław. Mój towarzysz nieprzerwanie od ponad roku. W pierwszych miesiącach życia specjalista do Spraw Zrywania Przedpokojowych Tapet, Zrywania  Kuchennych Wykładzin Pcv, Pozbywania Się Moich Ulubionych Butów. Ale to przeszłość, na szczęście… W chwili obecnej skojarzyć go można z niewyobrażalnie śmierdzącymi bąkami i tęsknym spojrzeniem jakie rzuca podczas spożywania posiłków przez domowników czy innych gości… Po za tym to kochany chłopak, którego za wszelką cenę ja i wszyscy moi bliscy próbujemy przytyć… Często lubi pozakręcać się smyczą gdzie popadnie… Na zdjęciu akurat wersja light. W wersji hard smycz jest opleciona wokół szyi i łapek z czterdzieści razy… ;)

Zdjęcie trzecie.

„Kosmiczne Energie…”

Zmieniłem miejsce zamieszkania jakiś czas temu. Jest mniej miejsc parkingowych i trochę dalej do lasu z Czesławem. Ale jest Jezus. Wszędzie zawsze jest Jezus. I niezmiennie nikt Go na zimę nie odziewa w ciepłe odzienia. Zimno Jezusowi.

Zdjęcie czwarte.

Na tym zdjęciu Michał udaje Zbigniewa. Zbigniew nie ma weny twórczej i ciężko mu zebrać cztery litery swojego ciała, żeby dokończyć historię Kuby. Więc Kuba siedzi zamknięty w cyfrowym pliku z tymi swoimi wszystkimi problemami. Ale zdecydowanie przyjdzie czas na Kubę i rozwiązanie jego trosk i pochodnych…

 

Zdjęcie piąte.

Do martwej natury wracam cyklicznie – ale i tak za rzadko. Spontanicznie wyłapane śmieci podczas sprzątania kuchni lądują na moich fotogenicznym prześcieradle do zadań specjalnych i ze swoją wrodzoną pieczołowitością układam przed kadrem kompozycję. Przecież opróżnianie zmywarki może jeszcze poczekać… ;)

Zdjęcie szóste.

Bo co z tego, że Kamil nie jest tak może inteligentny, nie czyta tak książek, jak ma to coś w sobie, taki bzik, że mu się nie da oprzeć…” pisała Masłowska. A ja przypadkiem te słowa dostałem i wcisnąłem w swój kadr. Przy okazji chwalę się jedną z dwóch popełnionych galerii na ścianie, gdzie mucha Sołowskiego wisi obok Katarzyny, która po wspięciu się na wyżyny aktorstwa zagrała świetnie Pomarańczarkę… Na zdjęciu Wiola. Tuż przed rozczesaniem włosów i przypadkową ręką w kadrze z wbudowaną funkcją uzupełniania wina w lampce. Nie będę ukrywał – tego wieczoru ta ręka bardzo nam się przydała.

No i muszę ten backstage pokazać… muszę! 

Zdjęcie siódme.

„Portret Jowity z fotografem”

Lubię odbicia. Chyba każdy fotograf lubi. Lubię też Jowitę. Więc połączenie tych dwóch, które się lubi dało piękny błysk w oku okraszony nieśmiałym uśmiechem…

– Jowita… chodź zrobię Ci zdjęcie…

-Ale teraz…?

-No teraz…

Bawię się świetnie!