Tag: mazury

Pałac rodu von Dönhoff, Drogosze

_DSC4085 kopia

Weekend ten należał do dosyć ciężkich.
Po suto podlanym procentami piątkowym wieczorze w towarzystwie rodziny, sobotni ból ćmił się po kątach głowy. Drgnął mocniej w momencie ujrzenia cudu znajdującego się na powyższym zdjęciu (znak na wiejskiej drodze z informacją, że „pałac rodu von Dönhoff” w trakcie rodzinnej wycieczki i spontaniczny skręt w lewo, bo może opuszczone?), apogeum osiągnął, gdy Starsza Pani Pilnująca wpuściła do środka – z radości i niedowierzania ciśnienie mi strasznie skoczyło do góry, więc ból łba był absolutnie masakryczny – ledwo idąc trzaskałem te zdjęcia w biegu i trochę jakby na odpierdol – z tego bólu to nawet specjalnie nie mogłem głowy wyżej zadrzeć, żeby mocniej się rozejrzeć. Kadry jakby też bolesne – ciężko mi się myślało. A w samochodowym schowku takie śliczne opakowanie z tabletkami przeciwbólowymi… 🙂

_DSC4105 kopia

_DSC4096 kopia

_DSC4093 kopia

_DSC4121 kopia

Piotrograficzna lustracja, prywaty, dyplomy, migawki, taki klimat…

_DSC4667 kopia

Ponad miesiąc mija od ostatniego wpisu, więc siadam trochę jakbym miał pisać list.
Taki wiesz … prawdziwy … papierowy 😉
Po głowie mi się ostatnio tłucze imię „Krystyna”, którym obdarowuje wszystkie przedstawicielki płci „skobieciałej”, niezależnie od tego czy rzeczywiście tak się nazywa rzeczony kobiet czy też nie…
Więc…
Droga Krystyno… Piszę do Ciebie, bo postanowiłem napisać, że u mnie słychać.
Słuchać dużo.
I nie tylko na płaszczyźnie fotograficzno piotrograficznej.
Już pomijając fakt, że w chwili obecnej zdrowie usiadło na brzegu skurwysyństwa i czerpie radość z moich niedyspozycji głosowo-nosowych, że przed paroma miesiącami lekarzyna (żeby śmieszniej było: Krystyna właśnie, lat 60, koszula w romantyczne kwiaty) na podstawie zwykłych wyników krwi miała czelność zdiagnozować białaczkę (!), że w zasadzie moja wątroba jest w takim stanie, że jakby prawie wcale nie istniała i w ogóle pod górę z pozostałościami mózgu i pochodnymi. To mam przyjemność ogłosić, droga Krystyno, że jest całkiem przyzwoicie.
W ostatnim czasie jakoś tak się stało, że po wleźciu do samochodu wysiadłem pod miastem, w którym się urodziłem. Jakieś 160 km od miasta, w którym teraz mieszkam 🙂
Dobrze jest mieć miejsce, gdzie z samego rana siadasz pod jabłonią z kubkiem kawy i rozkoszujesz się wszędobylską mazurską ciszą – tego mi było trzeba wtedy.
Higiena umysłu, jak to mawia pewna norweżka 😉

_DSC4559 kopia

Po owej higienie szał zdjęciowy – powstało mnóstwo zdjęć do dyplomu (po kątach, po strychach, po stodołach, gdzie tylko się dało), więc seria robi się coraz okazalsza i bardziej spójna.

_DSC4031 kopia

_DSC4032 kopia

Po powrocie do Trójmiasta kolejny szał – zdjęcia w miejscu, który swoim klimatem niesamowicie inspiruje.

_DSC5459 kopia

Były chwilowe przeprowadzki stołu prosektoryjnego do rogatych garaży kolegi. Trzeba było przewieźć stół przez połowę Sopotu – miny ludzi były takie, że cud, miód i jednorożce. Dopiero potem wpadliśmy na to, że można było kogoś na nim położyć, przykryć białym prześcieradłem i tak wieźć rubasznie przy tym rechocząc 😉

_DSC5304 kopia

_DSC5314 kopia

Przypadkowe odwiedziny Wioski Indian, malowniczo opuszczonej dzielnicy Wrzeszcza – następnie zupełnie świadoma wizyta parę dni później – wszak i tu może powstać zdjęcie do dyplomu, przy którym asystuje niezastąpiona Agnieszka… 😉

_DSC6343 kopia

… z magiczną walizeczką 😉

_DSC6412 kopia

Jak widzisz, droga Krystyno … W biegu jakby.
I wracając jeszcze do Mazur, bo właśnie sobie uświadomiłem, że to o tym miał być w zasadzie ten wpis – przeżyłem najszybszą w życiu eksplorację (bo aż całe dwadzieścia minut fotograficznego urbexu) i co dziwne – była to rodzinna eksploracja – z dzieciakami, wujkiem, kuzynkami i szwagrami 😉

_DSC4173 kopia

Pałac w Drogoszach – będę wredny, reszta zdjęc tego obiektu w następnym „liście” Krycha!
Tymczasem dbaj o dzieciaki, męża, kochanka i wszystkie koty w lodówce!!!