Mały, biały domek

Mały biały domek, okna się w nim szklą…

Styczeń, rok temu – już nawet po raz kolejny nie chce mi się tłumaczyć, że pewne zdjęcia dojrzewają, żeby dopiero potem się pokazać, że przy niektórych moich materiałach musi minąć kawał czasu – i dopiero po tym kawale pojawia się w głowie chęć na wywalenie zdjęć w świat po to by trochę żyły własnym byciem… w końcu.

W małym, białym domku wydarzyło się kilka historii muśniętych pięknymi światłocieniami wciskającymi się do środka przez brudne okna. Cichy mróz tego dnia trzymał smród zbutwiałego drewna i pochodnych poupychanych we wszystkich kątach za pysk i nie pozwalał mu mocniej tego pyska rozdziawiać, więc same odwiedziny tego miejsca przebiegały w atmosferze zupełnie nie śmierdzącej choć ciężkiej od spojrzeń sąsiadów zza płota. Podejrzewać mogę, że moje ciche pomruki zadowolenia pojawiające się zawsze przy pierwszych nieśmiałych relacjach mój aparat-miejsce opuszczone budziły we wspomnianych i wystających z okien pobliskiego mini-blokowiska sąsiadów pełne niezrozumienia i politowania spojrzenia – ale kogo by to obchodziło? To niepojęte, że wciskasz się do środka przez ledwo wiszące na zawiasach drzwi i przed Twoimi oczami nagle otwiera się historia życia jednego człowieka – za sprawą zdjęć, dokumentów, pamiętników i wszystkich innych, które normalnie nie powinny skończyć swojego żywota w ten sposób jak na zdjęciach poniżej. Tu odgrywa się historia grzebania w czyimś życiu, choć może nie ma to pozytywnego wydźwięku jednak zagłębiając się w tę historię sprawiasz, że staje się ona w danej chwili ciut żywsza niż wtedy, gdy leżała niedbale na rozpadającym się stole, komodzie czy zwinięta w bezkształtną, papierową masę na podłodze. Budzi się w Tobie bliżej niezrozumiały dla zwykłych ludzi szacunek do każdego zwitka papieru, który okazuje się przecież czyimś aktem zgonu, urodzenia czy nawet, wydawać by się mogło, że głupim biletem do teatru. Trochę jakbyś wchodził i zapalał światło, które rozlewając się na wszystkim co zapomniane zapomniane wydaje się być już dużo mniej – choćby za sprawą samej Twojej obecności…