































Zawsze jest jakieś lustro. Brudne, pęknięte albo pokryte bliżej nieokreślonymi zaschniętymi substancjami. I zawsze jest jakiś człowiek. Ułożony stertą brudnych ubrań w zapomnianym kącie, kupką papierosowych niedopałków czy zapachem gówna. Ale bywa też obecny fizycznie, uśmiechnięty i wzruszający ramionami nad swoim losem. Bo to jedyne wzruszenie jakie mu zostało.















Pustostany umysłowe do higienizacji. Żółte niczym zęby ludzi, których spotykam i z którymi rozmawiam. Pustostany higieniczne i niebolące. Wtedy nie trzeba nic.
Dwie Zorki nieumiejętnie rozkręcone parę lat temu w celach eksperymentalnych ciągle czekają. Sam nie końca jestem pewny na co, ale stan oczekiwania wydłuży się jeszcze na parę lat zapewne… jakby dojrzeje, doprecyzuje się w tym łbie przepastnym przepoconym od nadmiaru eksperymentów bardziej i mniej życiowych, ale nade fotograficznych. Zdecydowanie jestem dzieckiem Cyfry… Które koślawo tuptając poczęło uprawiać fotografię naście lat temu pierwszymi z tą możliwością telefonami komórkowymi. Analogi były ładne, ładnie stały na półce, ładnie były zbierane, ładnie były fotografowane cyfrowo. I tyle. Ostatnio z braku snu, pochodnych od wspomnianego stanu skupienia oczu i wystających niezdarnie skądinąd myśli natłokowych z racji ogólnego rozregulowania wpada mi nocną porą film dokumentalny o Tadeuszu Rolke. Tadeuszu mocno inspirującym i choć wspomniana inspiracja rodzi się dopiero po wgłębieniu się, po raz kolejny na przestrzeni tych nastu lat z fotografią, w jego zdjęcia to jednak rodzi się ponownie. Bo to nie pierwszy taki zryw serca w stronę zapisów socjologicznych objawiających się w następnym kroku łapaniem aparatu za łeb i wypełźnięciem w miasto, w bramy szemrane, podwórka niedobre i inne tego typu miejsca. Odkąd pamiętam zawsze lubiłem rozmawiać z ludźmi. I zawsze przywierał do mnie człowiek prawdziwy – zbity życiem z pajęczyną zmarszczek na zmęczonej twarzy i brudną dłonią dzierżącą chwilę wcześniej butelkę z alkoholem. I choć nie analogiem, a cyfrą… to jednak chłonę z podobną do siebie radością, jak mniemam, co Tadeusz na swojej kliszy fotograficznej. Ale to nie koniec bo w głowie kiełkuje myśl, żeby przeprosić się jednak z analogiem i choć nie mierzę wysoko, bo raptem spoglądam tęsknie w stronę lomograficznego fish-eye kupionego parę ładnych lat temu to jednak uśmiech jest coraz szerszy. I z tym coraz szerszym uśmiechem wypstrykuję wsadzoną nawetniewiemkiedy kliszę typu 135 i sprawdzam gdzie i za ile wywołam potem to cudo. Ale trochę mi mało, a że z nowej karty w przeglądarce bardzo blisko do karty z adresem allegro to kupuję lomograficzną La Sardinę – przecież tam wystarczy kliknąć po prostu „kup teraz„. I czekam. A w trakcie czekania mnóstwo zdjęć czynię sposobem jeszcze cyfrowym…

























O ile przyjemniej byłoby pojawić się w tym miejscu tuż przed wschodem słońca, jakimś dniem jesiennym który mgłę powciskałby w każdą wolną przestrzeń między drzewami i nadał jeszcze bardziej niepowtarzalnego klimatu temu miejscu. Do tego można by jeszcze być trochę niewyspanym, zaropiałym okiem ogarniając ustawienia przysłon i czasów w aparacie popijać za gorącą kawę z chromowanego termosu na przykład. I oczekiwać równie zaspanych chmur leniwie pełznących od lewa do prawa albo dreptać w miejscu chuchając w zaciśnięte tuż przy ustach dłonie, mówiąc sobie że wcale nie jest tak zimno jakby się mogło wydawać.
Ale nie… W Leśniewie Górnym pojawiam się z końcem sierpnia poprzedniego już roku, powietrze w gorączce lepi się nieznośnie do skóry z każdej strony, od czasu do czasu przystaję celem odklejenia spoconej koszulki od ciała, która przywarła tu i ówdzie… Chmury schowały się na tyle, że letnie niebo sprawia wrażenie wypalonego bielą, sporadycznie wystające turystyczne łby niemieckiego pochodzenia tradycyjnie psują kadry, bo oczywiście robią to w najmniej odpowiednim momencie.Brakuję mi intymności między miejscem, a pryzmatem pentagonalnym…
Wydawać by się mogło, że wszystko jest nie tak jak lubię… Zawsze wolałem trochę marznąć podczas fotograficznych eskapad, niż w ukropie dźwigać torbę z osprzętem rodzaju ciężkiego na ramieniu… Zawsze wolałem odziać na stopy wygodne, grube skarpety przywiezione kiedyś z Norwegii i potem zasznurować mocno buty trekingowe i brodzić w śniegu dzielnie dzierżąc aparat… Zimą i jesienią migawka jakoś przyjemniej potrafi brzmieć, wszystko ma jakby większy sens i głębsze znaczenie, aparat szumi jakby trochę przyjemniej, trochę bardziej słodko ciąży… Oddech jest głębszy, mróz ściąga skórę twarzy i wmawiam sobie, że to bardzo pomaga mi się skupić…
Ciężko mi ostatnio pogodzić się z aparatem, brakuje czasu, chęci i motywacji – póki co zaległości wywalam na światło dzienne…









Ferropolis – dawna kopalnia odkrywkowa, dziś jedno z tzw. muzeów na otwartym powietrzu. Niezwykłe industrialne pamiątki swoich czasów znaczą historię kontynentu w ramach Europejskiego Szlaku Dziedzictwa Przemysłowego. (Czytaj więcej!)
Oprowadza osobista i jedyna w swoim rodzaju rodzicielka. Grudzień 2016, Boże Narodzenie, Gräfenhainichen, Niemcy.





























































Gdynia-Berlin-Wittenberg-Gräfenhainichen-Ferropolis-Wittenberg-Berlin-Gdynia.
Mam dużo pomiętych biletów poupychanych gdzieś po kieszeniach i posiadłem umiejętność kupowania wspomnianych w języku niemieckim właśnie. Zapisy chaotyczne i nic ponad to. Od wczoraj Olsztyn mi chodzi po głowie, fotograficznie…

Któregoś wieczoru, jeszcze podczas wizyty na Górnym Śląsku, trafiam do klubu motocyklowego EXPANDERS EX, gdzie na moich oczach rozgrywa się prawie, że mecz życia. Nie miałem pojęcia, że gra w piłkarzyki może być pełna tylu emocji – osobiście bawiłem się wyśmienicie podczas tego fotografowania. Była krew, był pot, były łzy! ;) Mała relacja poniżej…

Nie lubię zaległości.
Takich fotograficznych nie lubię najbardziej – piętrzą się foldery, patrzą na Ciebie tym swoim chełpliwym, folderowym okiem, a zdjęcia ze środka szepczą „musisz nas obrobić chuju…” Czy coś ;)
Zatem w końcu usiadłem do swoich zaległości, w końcu znalazł się i czas i chęci – zdjęcia odleżały swoje, najwyraźniej musiały dojrzeć, można iść dalej.
Urlopowy wrzesień to był zdecydowany czas wojaży podróżniczych i przypadkowych spotkań.
Pod koniec urlopu jadę na Górny Śląsk – do Katowic, a stamtąd do Zabrza, gdzie mieszkałem pierwsze trzynaście lat swojego życia. Jadę na cały tydzień, żeby zupełnie na luzie i bez przysłowiowych spinek pospacerować, powspominać, pozwiedzać… i porobić wszystko to, na co nie miałem czasu, kiedy byłem tu ostatnim razem. Zdjęć w zasadzie nie robię wcale, zabieram ze sobą aparat, ale bardziej skupiam się na chłonięciu atmosfery jaka towarzyszy dzielnicy, w której się wychowywałem. To bardziej czas bliżej nieokreślonych refleksji i celebrowania w sobie uczucia zadowolenia, że oto jestem i mogę mury swojej podstawówki pomacać i inne tego typu dziwne ciągoty.
Jest środa. Ciepłe popołudnie. Spożywając kawę, miętoszę misternie przykrywkę papierowego kubka i rozmawiam z Januszem o sztuce wysokiej, niskiej i tej pomiędzy, którą czasem ciężko określić mianem jakiejkolwiek. Kątem oka, którego oczywiście nie mam prawa posiadać z naukowego punktu widzenia, dostrzegam kobiecinę, która wymachując flagą w niebo krzyczy coś cała taka przejęta i ubrana w Kaczyńskiego. Niewiele myśląc łapię kubek kawy w zęby, plecak z aparatem w rękę, Janusza pod pachę i lecimy do kobieciny zapytać o co chodzi…
No i się zaczęło.
„Jestem Krystyna, Częstochowa, mam tam poletko i wszyscy mnie tam znają… bo mam emerytury tysiąc czterysta z groszem i szukam trzeciego męża, bo dwóch poprzednich nie dało rady i musiałam pochować, ale takiego co nie będzie miał więcej ode mnie… takie piękne te kwiaty w Częstochowie mam…Uniwersytet Trzeciego Wieku, bo ja jeżdżę trochę po Polsce i te monety w Krakowie takie piękne, widziałam wszystkie… zapiszcie sobie numer telefonu do mnie i adres też weźcie Panowie to może wpadniecie kiedyś na kawę jakąś alboco… może któryś z Was by tym trzecim został co…? Nie? Bo byłam nauczycielką i teraz jestem na wakacjach życia i tak chodzę i śpiewam… zaśpiewać Wam coś? No to zaśpiewam piosenkę patriotyczną, zakazaną kiedyś…”
Plac Wolności w Zabrzu, wypełniony po brzegi ludźmi, ludźmi na przystankach, ludźmi spacerującymi, ludźmi wszędzie, a Krystyna L. zaczyna śpiewać „Nielegalny kwiaty, zakazany krzyż” i wymachiwać flagą. Cała jej mowa ciała, a przede wszystkim to w jaki sposób spojrzeniem lgnie do człowieka podczas rozmowy/śpiewu/koegzystencji wszelakiej, (wręcz układa się tym spojrzeniem w każdym widząco-czującym fragmencie człowieka) sprawia, że nie mogę o Niej myśleć inaczej jak tylko „dobry, fajny i ciepły człowiek”, już nawet niech ma tego Kaczyńskiego na koszulce…
Można kilka zdjęć? Fotograf z Gdyni jestem…
I tym jakże śpiewającym akcentem rozpoczynam wychodzenie z fotograficznych zaległości miesiąca września!
W Brodzkich Młynach pod Gniewem rzeka Wierzyca, pola rzepaku w ilości jak tylko okiem sięgnąć i most – pozostałość po linii kolejowej Starogard Gdański – Skarszewy (najprawdopodobniej). I tyle. A że żaden ze mnie spostrzegawczy krajobrazista to są momenty kiedy stoję pośrodku zielonego pola panicznie rozglądając się za czymś do sfotografowania. I wtedy Ów Jegomość wyłania się zza wzniesienia polnej drogi – w pierwszej chwili aparat do twarzy, że niby drzewo fotografuję, (bo takie wow zielone i wow z kwiatkami), a tak naprawdę kątem oka obserwuję zachowanie Ów Jegomościa – no patrzy, patrzy jakby z jakimś grymasem, więc myślę sobie, że pewnie wpieprzyłem się w jego pole i rozdeptuję bezczelnie jakieś niesamowicie ważną uprawę. Podnoszę rękę w geście powitania i wspinam się pod zieloną górę, z przepraszającym uśmiechem, że „jak po pańskim polu łażę to przepraszam…”.
Ale gdzieżby tam …
„Wszyscy łażą, sąsiad to na rybach właśnie gdzieś na dole siedzi. Szwagier w więzieniu, bo przekręty robił w latach 90tych, a tak to jak widzę młodych teraz jak im się pracować nie chce to mnie krew zalewa. Kiedyś to wszyscy pracowali, i nie było wybrzydzania, że za mało płacą. Tam jak pan spojrzy to kiedyś kolej jeździła… taka zwykła, osobowa z ludźmi…chce Pan wina?”.
Wina nie chciałem, ale Ów Jegomość z radością zgodził się na kilka zdjęć – jakby tylko na to czekał…
„Ja tylko wino schowam, bo tak głupio z tym winem…”
A co w Gniewie? W Gniewie kilka bardzo inspirujących spotkań z mieszkańcami…
Lezie sobie Piotrowski z aparatem między uliczkami miasteczka i nagle rzuca się na niego lokales, (tuż po przyśmietnikowym wypiciu swojej kolejki) rzuca się z prośbą, żeby mu zoom pokazać jak działa („no pokaż jak duży jest ten…no ten…„). I wtedy nagle robi się tłum, wspólne zdjęcia, ze szwagrem, z zięciem, z kumplem… („Na fejsa może wrzucę, bo z takiego aparatu to pewnie ładnie wyjdą„). Z owego spotkania wychodzę z kilkoma fajnymi zdjęciami i jednym, nowym znajomym na fejsie, który prezentuje swoje dziary, a potem łapie mnie jeszcze żeby parę fot z dzieciakami porobić. Cholernie to fajne :)
I potem już dużo spokojniej…;)
I absolutny mistrz ze spotkania pod gniewskim zamkiem – kowal :)

Jeden dzień. Plener TSF. Pasłęk. I chwilowa przerwa od zdjęć majówkowych ;)
Z prześwietnym podzamczem, klimatycznymi uliczkami i przychylnym do użyczenia swojego wizerunku na potrzeby internetowe dżentelmenelem ;)








Majówka. Wpis drugi.
Idziesz.
Taki wyłączony trochę, beztrosko mrużąc oczy do słońca, przedzierającego się przez soczystą zieleń drzew.
Wypinając brzuch do wiatru, ręce chowając w kieszeni i nie myśląc o, zbliżającym się nieuchronnie, powrocie do rzeczywistości (czyt. koniec śląskomajówkowego biesiadowania).
I nagle bum. Albo jeb! Albo jedno i drugie. To tak jakbyś z zimnej zewnętrzności wchodził do ciepłego środka czegokolwiek – jest takie uderzenie gorąca, które w tym wypadku jest symbolem mojej zwyrolskiej WszechWyobraźni. Najpierw jest budynek rozrządowni czy czegoś – to w tej chwili nie ma absolutnie znaczenia, bo moim oczom ukazuje się zbiornik wodny… Nie byle jaki zbiornik. Basen pełen męskości, miłości, martwych chłopców i martwych dziewczynek, pełen euforii. To z tego basenu wieki temu wyłoniła się, ociekając złociście lśniąco zajebistością, Pramatka wszystkich galerianek, zwana też PraGalerianą i do swych cór wściekłych wykrzyczała władczo (wcześniej wypluwając je z ust, bo nigdy nie połykała) „Idźcie moje córy wściekłe! Idźcie w świat i obciągajcie w imię Miłości!!”. Namaszczając każdą z wielkim pietyzmem, klejącą się do skóry, świętą wodą i na drogę jeszcze w plastikowobłękitne buteleczki wodę świętą nalewała, żeby córy, podczas wędrówki pełnej niebezpieczeństw, piły i obciągały bez końca. W imię Miłości…
No dobra, WszechWyobraźnia poniosła mnie po prostu na wyżyny, ale co ja poradzę?
Zwyrol piotrograficzny nad basenem pełnym prezerwatyw – no to wizja sama się wepchnęła ;) I jeszcze! W wodzie pełno żab … Wyobrażacie sobie? Wszystkie żaby w ludzkiej ciąży i nie wiadomo kto jest ojcem…
Podczas wizualizacji tego, co dzieje się w mojej głowie proponuję rzucić okiem na kilka zdjęć ;)
Katowice. Muchowiec. Stacja nierządu, tfu … rozrządu ;)
Dawniej była to prężnie działająca stacja rozrządowa, posiadająca dwie grupy torów przyjazdowych i jedną grupę torów kierunkowo-odjazdowych. Działała też druga, pomocnicza górka rozrządowa, zaś od strony zachodniej mieściły się lokomotywownia oraz wagonownia
































































I kiedy już z buziami pełnymi uśmiechu, kartami pamięci pełnymi zdjęć, głodni i spragnieni (z basenu pić nikt nie chciał) kierujemy się, powłócząc nogami, w kierunku wyjścia – przed oczętami rozgrywa się kolejna scenka.
Oto pojawia się przedstawicielka starożytnego rodu PraGaleriany. Krążą legendy, że gdy nastał czas rewolucji zbuntowane galeriany przestały obciągać już tylko w imię Miłości, udusiły PraGalerianę wpychając jej do przełyku prawie wszystkie nylony basenowe pełne lepkiej miłości i nastał czas obciągania w imię dóbr materialnych, osobistych, pieniężnopieniężnych i innych. Tak więc przedstawicielka starożytnego rodu jest po ewolucji – to ssak leśny, dar przyleśny, przydrożny słonecznik, stacjonarna światłość wiekuista – jedzie upchnięta na przednim siedzeniu białego powozu, z wysoko podniesioną głową (w ten sposób sugerując swoje pragalerianowe korzenie) i lewą rękę ma pełną miłości, za którą potem dostanie środki płatnicze, które z kolei będzie mogła wymienić między innymi na produkty, skrzętnie kolekcjonowane w tym historycznym basenie.
Uśmiechamy się. Czytała Krystyna Czubówna.

No właśnie gdzie?
Trójmiejska Grupa Eksploracyjna poszalała w tegoroczną, minioną już, majówkę.
Część odpoczywała po mazursku, wyeksplorowawszy przy okazji opuszczony tartak. Inni zostali na pomorzu i eksplorowali tuż za miedzą.
Nasza czwórka zapakowała się do zielonego Jeepa grupowego kolegi i ruszyła podbijać silesię, gdzie mieszkałem lat trzynaście.
Więc jesteśmy w Krainie Absolutnie Szczęśliwego Dzieciństwa.
Gdzie zimą, wracając po lekcjach, specjalnie brodziłem po kolana w śniegu, bo wtedy Szanowna Mama Prywatnie-Osobista robiła taką zajebistą, malinową herbatę na rozgrzanie. Gdzie w naiwności poznawania rzeczy zakazanych (czyt. zapałkiiiii) i chęci zrobienia pierwszego w życiu ogniska, spaliłem drzewo w pobliskim parku i też prawie pół rzeczonego parku. Gdzie z blond pyskatą koleżanką (pozdrawiam :*) spotykałem się nad magicznym źródełkiem i pisaliśmy swoje pierwsze „książki”, które oczywiście musiały być opatrzone ilustracjami własnej roboty ;) Gdzie długie, szkolne przerwy zaczynało się pędem do przyszkolnego placu zabaw, żeby zjechać parę razu z pseudowyciągu z oponą imitującą siedzenie. Gdzie w niezrozumieniu pojęcia „kot zawsze spada na cztery łapy” wyrzucałem te biedne zwierzątka z okna pięciopiętrowej kamienicy, żeby sprawdzić (żadne zwierzęcie nie ucierpiało ;))
Eh … tego tyle jest i tak bardzo ryj mi się uśmiecha na samo wspomnienie…
No więc Zabrze, dzielnica Mikulczyce, województwo śląskie, kraina dzieciństwa – najpiękniejszego okresu w moim życiu, tak myślę :)
Nie muszę chyba mówić, jak bardzo cały środek mój piszczał na widok tych miejsc? ;)
































Hałdy mikulczyckie pamiętam jako porośnięte trawą i inną faunoflorową warstwą. Na grzyby tam się kiedyś chodziło. I nawet, jakby dobrze spojrzeniem zarzucić, to w oddali majaczyły sylwetki bliżej nieokreślonych gór. W chwili obecnej hałdę likwidują/rozbierają. Pozostał tylko zapach siarki (?) – zdecydowanie nieodłączony element mojego dzieciństwa – więc stałem tak sobie i chłonąłem całym sobą ten zapach, ba, mógłbym nawet do słoika pozbierać trochę i ćpuńsko wąchać po kątach ;) ale w oddali dało się dojrzeć, czarno ubranego, Pana Pilnującego z towarzyszką usadowioną na plastikowym krześle, która, najwyraźniej po uświadomieniu sobie, że przecież możemy być z jakiś gazety (wyczytałem, że jest jakaś afera pomiędzy firmą likwidującą, a mieszkańcami) skrzętnie skrywała twarz za dłonią (jakbym rzeczywiście szerokim kątem był w stanie sfotografować jej facjatę ;P). Zapewne pilnowali maszyn burzącolikwidujących, bo hałdy raczej nikt nie ukradnie ;)



To był dzień pierwszy.
Po sześciu godzinach podróży i moim sentymentalnym szlajańsku po starej dzielnicy padaliśmy na twarzoczaszki sposobem wręcz nieprzyzwoitym – trzeba było wracać do naszego katowickiego hostelu. Swoją drogą trochę współczuję swoim współpodróżnikom – bo prawie spazmów dostawałem na widok znajomych przestrzeni i oni biedni musieli słuchać trajkotania pt. „A tutaj to, tutaj tamto, tu robiłem to, blablaba” ;)
Jeszcze się trafił szybki, nocny spacer fotograficzny po Katowicach …









W drugim dniu majówki przyszedł wreszcie czas na obowiązki ;)
Pod katowicką kopalnią węgla kamiennego „Kleofas” docieramy bardzo modnie spóźnieni. Ktoś zaszalał na stronie o opuszczonych miejscach pisząc, że miejsce nadal aktywne – tak naprawdę to już praktycznie nie istnieje. Został szkielet szybu, jakiegoś łącznika między budynkami, budynek biurowy i tony gruzu wokół. I dziadkowie pilnujący, których szumnie ktoś, gdzieś nazwał specjalistycznie uzbrojoną formacją ochronną – ten z wąsem, uzbrojony w specjalistycznego owczarka niemieckiego ;), najodważniejszy chyba, na nasze głośne „dzień dobry” wymamrotał dwa razy „opuścić teren, opuścić teren…”. No więc opuszczamy niespiesznie, spacerkiem uskuteczniając nasze nieporozumienie w oczach, że „jakim cudem my tu trafiliśmy?” i, że „którędy to się wychodziło?”, żeby pod czujnym okiem Najgrubszego Pilnującego (który okiem patrzył z daleka) złapać jeszcze parę kadrów.















Nie da się ukryć, że pogoda dopisała niesamowicie.
Jak i rozmachoprzepych (kocham te swoje dziwactwa „nowomowowe”) miejsc, które jeszcze odwiedziliśmy, a o których następnym razem.
I na koniec jeszcze piotrograficzny Piotrowski, ustrzelony przez kornatkowiczankę



Sobota wieczór. Łódź, Bałuty. Oj szybciutki spacerek…
Tuż po wyjściu z hostelu na ulicy Rybnej usłyszeliśmy przeciągle-dresowe „kurwa!Kto to?!” skierowane w naszą stronę, więc wieczór mógł być cudny absolutnie.
Potem jakoś stało się, że kobiecina z twarzą przesiąkniętą odcieniem bordo przechodząc obok wypierdoliła się soczyście („Bo tak szłam, zagapiłam się jak cipa i się wzięłam przewróciłam. Macie papierosa?”).
Potem trójka lokalesów rzuciła się na kolegównę Kaziutę, z czego jeden nalegał na wspólne zdjęcie z rzeczoną kolegówną (miał eleganski sweterek).
Następnie przypałętał się kolejny Kaziutowy Amant (z pochodzenia jak dobrze pamiętam grek) i spod jego bujnego wąsa wypluwały się ślinowo (prócz słów, którymi coś tam opowiadał) zapachy alkoholi przeróżnych, wysokoprocentowych.
Dalej jakiś Jego Mość mocno bujający się między brzegami chodnika, tłumaczył swemu psu „Jak Ty kurwo, nie umisz iść prosto, to ja cię nauczę …”.
W kolejnej bramie grupa lokalesów, spożywająca zapewne z okazji sobotniego wieczoru herbatę, z wyrazem pożądania w oczach patrzyła na nasze aparaty (przyspieszamy kroku!).
Były też jednookie koty w oknach – chyba jedyne trzeźwe stworzenia, które spotkaliśmy tego wieczoru.

Łódź, piękna Łódź. Piękne bramy, piękne światła, piękne wszystko!




„Chodź do bramy, pogadamy!” ;)












I coś dla smakoszy słodkości absurdalnych – zdjęcia amatorskie w ciągu godziny.
Znaczy modelowi wydaje się, że pozuje. Fotografowi wydaje się, że robi zdjęcia.
A płacić mogłaby Gruba Pani Urszula z siódmego piętra, czy ktokolwiek.
Ot, taki tam smaczek – wielbię takowe.

A Łodzi tutaj jeszcze trochę będzie w przyszłości!

Tuż po Łodzi, do której wrócę. Z fantastycznymi ludźmi w fantastycznym miejscu.
O samym więzieniu można przeczytać:
„Zakład karny mieści się w dawnym klasztorze Ojców Dominikanów, który został wzniesiony pod koniec XIII wieku. Na przestrzeni lat był on wielokrotnie niszczony i przebudowywany. Budowla spłonęła w XVII wieku, a nowa wzniesiona od strony północnej wykorzystywała jako ścianę wschodnią miejskie fortyfikacje. Klasztor i kościół otoczono murami obronnymi, do których dobudowano obecną bryłę budynku. W 1799 roku obiekt został zamieniony przez władze pruskie w zakład karny i w tej formie funkcjonował przez ponad 200 lat. Dziś, po 6 latach od opuszczenia murów przez ostatniego więźnia, to już jedynie puste cele i ściany, które mogłyby opowiedzieć wiele dramatycznych i mrożących krew w żyłach historii.
Zakład w Łęczycy był uznawany za jedną z najcięższych placówek w Polsce – było to więzienie o najtwardszym rygorze w całym kraju. W dawnych dominikańskich murach przetrzymywani byli m.in. internowani w stanie wojennym działacze „Solidarności”, m.in. Władysław Frasyniuk. Pod koniec XIX wieku wyrok za długi karciane odsiadywał tu także mąż Marii Konopnickiej. Po 6 latach od zamknięcia obiektu można tu zobaczyć jedynie puste i obdrapane mury. Jedynym umeblowanym pomieszczeniem jest mała cela, która oddaje jak trudne warunki panowały w zakładzie karnym. Można tu zobaczyć jedynie prycze przykryte siennikami i toaletę. W 1961 roku kompleks został wpisany do rejestru zabytków województwa łódzkiego i jest własnością Skarbu Państwa, który wielokrotnie wystawiał go na sprzedaż. Po trzech przetargach (ostatni 17.12.2013 roku) wciąż nie udało się znaleźć potencjalnego inwestora. ”
Osobiście z dziką chęcią zostałbym inwestorem, zakupił to mroczne cudo i uczynił tam sobie pustelnię, w której uskuteczniałbym swoje wizje fotograficzne – jednakże w chwili obecnej nie posiadam luźnego 1.600 mln zł ;) więc zmuszony jestem (tuż po cudnej wizycie) podziwiać piękno tego miejsca na zrobionych zdjęciach. Enyoj!


















































































Pornografia słowa.
Umiejętność zakochań, fascynacji i wspólnej ciszy.












Jakby gdzieś zupełnie na zapleczu życia, siedzi człowiek.
Siedzi upieprzony ciszą, ciszą upieprzoną milczeniem, milczeniem rozkładającym nogi.
Siedzi i mu się wydaje. Wydaje Mu się wszystko – czarne kruki jutra wyplątują się z włosów powoli, boleśnie. Oddech. Potem ręce też milczą, w kieszeni ułożone w znak krzyża tylko po to, żeby zaprzeczyć istnieniu istnienia. Jednym ruchem w powietrzu. Brzegiem wyobraźni, albo chociaż parę kroków dalej.
Potem czarne ptaki rozdziobują serce puszczone nitkami skóry z łupiny żeber- każdy ma swoją pomarańczę bólu, powiesz.
Potem czarne ptaki nie mają skrzydeł. Nie mają oczu. Nie umierają. Nie.
Latanie.
Dwa kaptury na rozczochranym łbie, węglowodany owinięte papierkiem i żołądkowa gorzka.
Czasami łapy w kieszeń. Słuchawki na uszach. I papierosy.
Sobota chłodna, wietrzna.
Mijam buty – dużo butów w lesie, jakby ludziom już nie chciało się iść dalej i zaznaczali zostawiając te buty właśnie, że zaszli tak daleko. Bez butów raźniej wracać chyba.
Bliżej natury, mniej śladów i nie następuję „brukańsko-okrutne” Matki Ziemi, która potem mści się brakiem śniegu zimą na przykład.
Więc idziemy. Idziemy milcząc i słuchając całej tej wiejskiej ciszy, słuchając i mijając kilka Jezusów uwieszonych na krzyżach na skrzyżowaniach dróg leśno-polnych.
Zimno Jezusom – mocno wieje.
Szkoda, że takie miejsca cichną …
Że skurwiali nowobogaccy mieszkający w chateńkach z kurewskozieloną elewacją (ślepy by zauważył) oszczędzają na Saniporach i innych wywożących śmieci i wywalają co popadnie w te miejsca właśnie.
Tyle historii, tajemnicy, potencjału, drzew i możliwości wyciszenia się.
Na zielonopodobnej wersalce przy wejściu na włościa po prostu siedzę i chłonę całym sobą ten spokój wokół.


























I temat bezdomności. Niezwykle mi bliski.
Odkryte w pobliżu starego, gdyńskiego Polifarbu. Następnym razem, oczywiście.








Są bezsensowne potrzeby.
Potrzeby picia, jedzenie, kupowania, wyrzucania, zbierania, chlania, żarcia, nabywania, kolekcjonowania i wszystkich pochodnych układających się koślawo na witrynach sklepowych. W tym wszystkim jest człowiek – bardzo ważny kawałek całości.
Więc pełzam po mieście, uprzednio wypijając pseudokawę w papierowym kubku (przez co sam jestem ofiarą konsumpcjonizmu), pełzam i wpycham aparat w każdy napotkany śmietniczek, żeby odnaleźć tę konsumpcję, tę nadproduktywność i inne. Pokaż mi swoje śmieci, a powiem Ci jakim człowiekiem jesteś? Nie wiem.
Temat otwarty i niedający mi spokoju, więc będę męczył intensywnie przez najbliższy czas.


Dawno nie byłem w takim budynku – w takim gdzie moja wyobraźnia wybuchłaby niepowstrzymanie i gdzie w każdym odwiedzonym pokoju widziałbym historię człowieka. Rozumiesz?
Siostra Krystyna siedzi w okienku, siedzi przyodziana w biały fartuch i kremową spinkę na głowie poprawia pomarszczonymi dłoniami. Poprawia tak, żeby długie włosy siwizną oszronione nie wpadały do kubka świeżo zaparzonej kawy. Kubek przyniosła prywatnie, bo w szklankach pić kawy nie lubi. Z resztą ja też.
No więc Krystyna ma dziś taki lejzi dej – wyciąga panoramiczne i nakurwia niebieskim długopisem w te krateczki malutkie, zgadując te hasła skomplikowane i w między czasie zastanawiając się, czy jej zmienniczka przyjdzie na czas do pracy. Bo trzeba karty pacjentów uzupełnić czy coś jeszcze. I wargę przygryza.
Korytarzem przechadzają się leniwe staruszki z numerkami do lekarza od rejestracji i z fioletowymi płukankami na włosach – jedna ma dziś kontrolę u pana doktora i założyła nową bieliznę, żeby wstydu nie było. Druga kurczowo trzyma się przyściennej poręczy, bo dosyć ciężko idzie się jej w nowych butach, które obcierają. Trzecia jest otępiała, bezkrytyczna co do swojego stanu pomroczności jasnociemnej i przyszła ze skierowaniem wykąpać się w terapeutycznym basenie, który w latach swojej świetności mieścił całe stada takich staruszek, jak ona …
Niesie mnie wyobraźnia, oj niesie ;)

















































































W środku absolutny wypas – z koleżanką Suską, zwaną też od biedy Grażyną lub Bożeną, przechodzimy chwile kryzysowe kiedy drzwi nam się same zamykają, albo zza rogu wyskakuje niespodziewanie kot. Wspomnieć muszę, że wejście do szpitala łatwe nie jest -po bliskim spotkaniu z pewną blachą cierpią nasze genitalia ;) Ja na owej blasze stłukłem kilka jajek, a koleżanka Suska, już nigdy nie wysika się sama ;) :D
Dużo zdjęć, ale co ja sobie będę żałował? Enyoj!




















I żyli dłuuugo i szczęśliwie !!! :)

Że niby Kozak Fotograf!
W minioną niedzielę odziany zostałem w żupan i z tzw. kołpakiem na łbie pozowałem przed obozowiskiem kozackim do zdjęcia. Mam też fotę jak Mongoł gardło mi podcina, ale z racji tego, że zbyt radosny na focie jestem w zaistniałej morderczej sytuacji to lepiej, żeby zdjęcie nie ujrzało światła dziennego ;)
Cała impreza z okazji Dni Wejherowa.
A, że ja wielbię akcje z wszelkimi przebieranymi inscenizacjami…















































































Absolutnie fantastyczni ludzie z pasją :)
Nie mam wpływu na wszystko, ale najchętniej powybijałbym wszystkich kierowców parkujących swoje mechaniczne konie w pobliżu obozu. Niestety – nie obyło się bez psujących klimat zaparkowanych samochodów w tle, stojących kibli turystycznych i innych nie wpasowujących się w klimat rzeczy.
Na szczęście Bohun i jego białogłowa zabrali mnie na swoje ziemie potem, gdzie mogliśmy poszaleć trochę fotograficznie …

Ale o tym następnym razem ;)








W przerwach między zaliczeniem semestru, lubowaniu się w gumie dwuchromianowej wiedeńskiej (absolutnie polecam pędzlowe mazianie się w kuwecie przy tej technice szlachetnej), zdjęciami martwej natury na pracownie inscenizacji (którą obrałem sobie za zaliczenie), odsypianiem wszystkich niedospanych nocy i innych bardzo ważnych pochodnych – udaje mi się wyskoczyć z przyjaciółmi na jeden dzień do Słupska.
To znaczy PRAWIE do Słupska, bo ostatecznie stało się tak jakoś, że do tego miasta nie dojechaliśmy – mało czasu zostało na owe dotarcie po wizytach, w spontanicznie wyłowionych w trakcie jazdy samochodem miejscach opuszczonych.



Sporo zdjęć będzie :)
Na początek pałac i zabudowania gospodarcze w Cecenowie.
Od napotkanej, uroczej pary staruszków dowiedzieliśmy się, że pałac podobno ktoś zakupił i jest w środku remontowany. To nam nie przeszkodziło w obfotografowaniu miejsce chociaż z zewnątrz, po za tym gospodarcze stały otworem :)
(UWAGA! Będzie trochę analogowo ! ;) )



Po udokumentowaniu Domu Latarników w Smołdzińskim Lesie jakimś cudem dotarliśmy pod pobliską latarnię morską, potem przez las nad morze i podziwiać wszystkie zaśnieżone wydmy :) I tak z jakieś piętnaście kilometrów pieszo, śliniąc się i dysząc, czołgając i brodząc po kolana w leśnych bagnach. Cudownie było :)
Cholernie lubię takie wnętrza, jak te poniżej !



To był niesamowicie długi dzień (jakaś miniona już sobota).
Osobiście powoli ogarniam się i ukierunkowuję na szybkie nadrobienie zaległości fotograficznych – wszystkich modeli i modelki bardzo proszę o cierpliwość – a nie będziecie żałować ;) :) :) :)
Ściskam podglądaczy !!!
Wczorajsza sobota.
Jakże to straszne, że w dni wolne od pracy włącza mi się tryb starszego pana – godzina szósta rano, oczy robią się już wyłupiaste z wyspania i gapi się człowiek w sufit jakoś tak beznamiętnie. Potem pije dwie kawy pod rząd, pali kilka papierosów i tworzy plan dnia :)
Po strasznie długich konsultacjach telefonicznych z kolegą Kamilem uznajemy, że fotograficznie szlajanie się po Sopocie będzie w sam raz – niestety kolega Kamil dosyć spontanicznie zakaszlał, zasmarkał i z drgawkami cielesno-chorobowymi poszedł do domu spożywać tabletki przeciwgrypowe. A ja jakimś cudem i w tajemniczych okolicznościach trafiłem do samochodu koleżanki Kaziuty, gdzie jej niespełna trzyletni synek w foteliku samochodowym puszczał niewyobrażalnie śmierdzące bąki :):):)
Dzień fantastyczny – lubię spotykać takich ludzi jak na zdjęciach poniżej …
I jeszcze zapraszam na wernisaż :)
Krótki reportaż z poligonu wojskowego w Ustce.
Chyba nie do końca udany, ale jak na kilka krótkich godzin, które tam spędziłem myślę, że wyszło całkiem przyzwoicie.
Podstawowa zasada pasażerowania w PTSM – podczas jazdy po górach i dolinach terenu czołgowego najlepiej trzymać się czegoś stabilnego, bo inaczej człowiek lata bezwładnie na wszystkie strony i najbezpieczniej też nie robić zdjęć, bo i aparat też lata gdzie popadnie ;)
Nie wszystkie zdjęcia mogłem udostępnić ;)
Miłego oglądania! Pozdrawiam!
Z traktora wybiega roześmiany jegomość i biegnąc po swoim polu ziemniaków (w moją stronę biegnąc, rzecz jasna) krzyczy „jak wyszło?!”.
„No wyszło, o tak ..” i wyciągając przed siebie ramię pozwalam zajrzeć w wyświetlacz aparatu.
Następuję krótka wymiana zdań na temat cen ziemniaków, suchości gleby i wszystkich kurestwach rozciągających się w niedogodności ogólne. Dostaje maila do żony jegomościa, ponieważ jegomość nie pamięta swojego. I po wysłaniu owych zdjęć uświadamiam sobie, że znowu nie zapytałem o imię. Niekulturalna świnia jestem.
Kocie Babcie.
„Pan te młode porobi, ładne są .. ”
Istotnie.
Rok temu zasiedziałem się na śmietniku kilka godzin fotografując kocie brzdące, które do dziś już spotężniały.
Pojawiło się nowe pokolenie, bardziej strachliwe i nieufne – wszak stoi jakiś debil z czarną puszką przy oku i „kici kici” wypluwa z ust pocąc się przy tym jak maniakalny morderca czworonogów śmietnikowych :)
I wszystko mi pachnie na zasadzie bezzasadności.Szarości…
Teatralny Proces, tysiące kubeczków kawy i piątkowy pociąg bezprzedziałowy.
Mimowolne poszukiwania przypadkowości w ludziach, zmarszczek na twarzy i ciasnych kadrów ułożonych w czerwone cegły, poniszczone deski i inne. Ślamazarność poranków, romantyczne filmy i pudełko lodów na śniadanie. Muzyka. Popołudniowe spacery nad skute w lód morze i historia wielkich oczu.
Torby pełne kwiatów i przestrzenie, palce uwieszone na tylnich kieszeniach – kiedy świeci słońce w powietrzu czuć wiosnę. Parapetowe koty i różne inne.